Prudence wolała nie zastanawiać się nad tym, jak zwierzak zamierza poradzić sobie z lotem podczas tego panującego na zewnątrz Armagedonu. Obawiała się, iż jeśli zacznie to robić, to otworzy okno i zacznie zachęcać ją do powrotu, bo pogoda zdecydowanie nie sprzyjała podniebnym wojażom, a nie wiadomo przecież do kogo należało to stworzenie. Nie mogła zatrzymać go tutaj siłą, mimo, że obawiała się o jego bezpieczeństwo. Wolała więc założyć, że sowa wiedziała co robi, dzięki temu nie musiała się nią już przejmować.
Zawierucha dopiero się zaczynała, Prue miała pewność, że będą mogli dzisiaj doświadczyć naprawdę niesamowitego spektaklu, który właśnie rozpoczynał się na nieboskłonie. Natura lubiła od czasu do czasu przypominać o swojej sile, ten wieczór miał być jednym z takich przypomnień. Ciężkie chmury nie miały szybko zniknąć, otulały okolicę. Mieli szczęście, że znajdowali się w tej kuchni, z takiej perspektywy lubiła podobne sytuacje, gorzej byłoby gdyby właśnie znajdowali się w środku lasu, wtedy zapewne zaczęłaby panikować, a tak czuła się bezpiecznie, zwłaszcza, kiedy Benjy stał obok niej.
- Często Ci się to zdarza? - Zmrużyła oczy i przyglądała mu się uważnie. Groźby śmierci nie brzmiały szczególnie optymistycznie, przez to, co powiedział zastanawiała się, jak wiele ich dostaje i jak często musi czytać podobne treści listów. W sumie mogła się tego spodziewać, przynajmniej odrobinę, bo przecież miała świadomość, że mógł narazić się wielu osobom, nie oznaczało to jednak, że mogli tak po prostu do niego wypisywać.
- Z wszystkiego co wymieniłeś, ten książę egzotycznego państwa brzmi najciekawiej, myślisz, że obiecaliby Ci własny pałac? - Widać możliwości było naprawdę wiele, nie wydawało jej się, aby ktoś wysyłał sowę w taką pogodę z takiego powodu. W sumie to mogła się oczywiście mylić, oszuści lubili korzystać z okazji, jednak nie trafili na łatwy okaz do podjęcia podobnej próby. Jej chłopak miał przecież głowę na karku, nie należał do osób, które dałyby się oszukać.
Była ciekawa, co znajduje się w środku, Benjy jednak nie spieszył się z otwarciem koperty. Może to i lepiej, naprawdę nie chciała, żeby przeczytał coś, co spowoduje, że będzie musiał opuścić rezydencję.
Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Najwyraźniej nic nie miało im popsuć tego wieczoru. Całkiem niedawno przeżyli jedną apokalipsę, nie spodziewała się szybko kolejnej, mimo tego, że raczej nie należała do optymistów.
- Zrobiłam to zupełnie nieświadomie. - Nie miała niczego na swoje usprawiedliwienie. Faktycznie Benjy należał do osób, które miały specyficzne nastawienie do życia, najwyraźniej nie zamierzał jej tutaj tak po prostu porzucić z racji na to, że mogło mu się trafić kolejne zlecenie, to było całkiem miłe. Znalazł się bliżej niej, przez co musiała nieco zadrzeć głowę do góry, by na niego spoglądać. - Niczego nie sugeruję. - Dodała jeszcze, chociaż faktycznie jeszcze kilka sekund wcześniej miała pewne obawy, które okazały się być zupełnie bezpodstawne. - Zlecenie nie ucieknie, czy coś. - Nie miała co do tego pewności, nie do końca wiedziała, jak działało to w jego świecie, najwyraźniej jednak wcale nie musiał być na każde zawołanie. Doskonale. - Nie sądziłam, że ten Twój egoizm będę kiedykolwiek uznawała za coś pozytywnego. - Widać było, że wiele mogło się zmienić w zależności od punktu widzenia.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control