Victoria nie próbowała tu nikogo uwieść, nie miała wątpliwości, że jej charakter i sposób bycia, nie mówiąc już o poglądach, stał bardzo daleko od tego typu zagrywek i umiejętności, dlatego szyła z tego, co miała, czyli gadała. Gadała z grubsza prawdę, a to, czego nie mówiła, typ dopowiadał sobie sam, i taki układ na tę chwilę jej odpowiadał i musiał wystarczyć. Grunt, że nie wystawił jej za drzwi i nawet sam stwierdził, że chce od niej piwo, więc siedli przy barze i Victoria poprosiła o kufel piwa dla marynarza. Rozglądała się oczywiście po knajpie, ale miała nadzieję, że mugol pomyśli sobie, że taka damulka jak ona nie czuje się zbyt pewnie w takim miejscu jak to i stąd te ruchy. Atreusa i rudych na szczęście na oku miała.
– Tak właśnie myślałam – powiedziała na wydechu i westchnęła, gdy facet „potwierdził” jej „przypuszczenia”, że nie zna nikogo takiego. Na ile zdążyła się zorientować, gdy pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym, i z mugolami miała do czynienia trochę częściej, ich dobór imion był… inny. Zupełnie inny od tego, jak swoje dzieci nazywali czarodzieje, stąd podała pierwsze imię, które raczej żadnego czarodzieja by nie zaskoczyło. – Rudy jak wiewióra – powiedziała, oparłszy łokcie na barze, a głowę na dłoniach tak, że teraz zakrywała swoje policzki i miała nadzieję, że wygląda na zrezygnowaną. A w rzeczywistości myślała intensywnie, jak to wszystko rozegrać. – Mówił, że ma brata bliźniaka – dodała, licząc, że tyle wystarczy, bo typom ze statku w zasadzie wystarczył taki opis: dwie rude wiewióry.
A zauważywszy poruszenie przy stoliku, gdzie siedział Atreus, i że jeden z rudzielców i dwie babki wstali, poruszyła się na stołku, na którym siedziała, tym bardziej mając nadzieję, że jej dłonie ukryją twarz i nie zwróci na siebie aż takiej uwagi. Wolała ich poobserwować z bliska przynajmniej na razie…