Czy Morpheus zapomniał o tym spotkaniu? Nikt nie mógł się tego dowiedzieć, bo gdy nagle nachylił się nad dokumentami, aby złożyć swój zamaszysty, dramatyczny podpis, wszystkim mogło się bardzo wyraźnie wydawać, że przecież cały czas tam był, gdzieś na skraju pola widzenia. Zresztą, przecież ciężko było go realnie wyłowić z tłumu, bo nosił twarz wszystkich londyńczyków, pokrytą cienką warstwą smutku i żałoby. Wrócił do żałobnego kiru, chociaż pozwolił sobie na przypięcie w klapie magicznej szaty broszki z irysem, jedynym kolorystycznym akcentem. Tym, którzy go znali, mogło zdawać się że znacznie posiwiał. Czy była to prawda czy ogólna czerń jego szary uwydatniała srebrzyste pasma, ciężko powiedzieć.
— Niesamowite, mam wrażenie, że wróciłem do czasów młodości. Już dawno nie słyszałem, że ktoś przejmuje się konkretnymi paragrafami — to mówiło bardzo wiele na temat Niewymownych i ich specyficznego miejsca w magicznym systemie społecznym. Byli marginesem w takim samym sensie, jak marginesem był Nokturn, biedy, zapomniany, pełen przeciętnej siły roboczej. Ktoś musi zamiatać ulice i popełniać przestępstwa.
Dawno temu Morpheus należał do kandydatów na sędziego Wizengamotu, wygrał oniegdaj nieoficjalną ankietę, kto z pracowników administracyjnych będzie najprawdopodobniej następnym Ministrem Magii. Cieszył się, że uniknął tego losu. Tak jak nie życzył źle Jenkins, tak zdecydowanie cieszył się, że to nie jego idola ze słomy będą niedługo palić na ulicach Magicznego Londynu.
Bawiło go to, że był tam też Erik, ale może Anthony mu o tym mówił? Nie chciał się przyznać, że od Spalonej Nocy jego percepcja czasu oraz obecność w teraźniejszości pozostawiały sporo do życzenia. Nie pamiętał. Pamiętał za to dokładnie jak wyglądała po ósmym Warownia. Patrzcie, oto my. Jebane feniksy z popiołów, udławcie się naszymi galeonami.
Przybrał na twarz uśmiech numer pięć do wszystkich zebranych, zaraz po tym, jak wypił pół kielicha wina na raz.
Przewaga: Zmieniacz Czasu