06.06.2026, 14:09 ✶
Niewiele osób śmiało go o to pytać, niewielu więc wiedziało o prawdzie mającej swoje źródło w scenie będącej dramatycznym końcem żywota jego żony – smoki w nieodwracalny sposób przylgnęły do skojarzenia, jakim była śmierć. Seisyll więc tą śmiercią żył i nie odstępowała go na krok. W pewnym momencie, chociaż nikt go z tym nie kojarzył i go o to nie podejrzewał (wszak był człowiekiem pełnym życia), uznał ją za swoją dobrą przyjaciółkę. Widział ją w towarzyszących mu smoczognikach, we własnych źrenicach kiedy spoglądał w lustro, w śladach po zębach na pozostałości po tym, co kiedyś było całkowicie sprawną nogą, w poczynaniach Lazarusa, za którym jak zwykle poszedł w ciemno i się na tym sparzył.
Walia, którą kochał całym sercem, postanowiła przyjąć za swój symbol ją właśnie – w kolorze nasyconej czerwieni.
Uznałby za ciekawą klamrę to, że w chwili kiedy jego twarz zanurzała się pod taflę wody, a on nie mógł już oddychać, nad Snowdonią dało się usłyszeć dźwięk smoczych skrzydeł łapiących wiatr. Nie poczuł jednak nic, w jego głowie nie pojawiło się żadne skojarzenie. Niby patrzył, niby odbierał bodźce, ale ziemia się chyba jeszcze wahała czy przestać być ziemią, kamienie nie były kamieniami do końca, woda zalewająca gardło nie była pewna, czy jej wolno było być wodą, bo jedynym czego Seisyll był teraz pewien było to, że oh piękna Loreley – nic dziwnego, że napisano o tobie tyle poematów – dla ust syreny warto było oddać się wodzie.
Wpierw ciszę nad drewnianym molo przeciął plusk. Następnie – przerażający skrzek.
Grrrrrrch…
To Vergil, będący świadkiem tego, jak pan zamku Llanberis w sekundę godzi się z faktem, iż ta woda się nad nim zamknęła, otuliła go swoim chłodem. Tragedia – przecież to był ojciec trójki dzieci – ale bez tego przerażonego smoczognika byłaby to tragedia bardzo cicha.
Vergil wpierw nie wiedział, co mógłby zrobić. Wszystko przecież wyglądało tak, jakby ktoś źle policzył ludzi w krajobrazie i rudowłosa kobieta wyczekująca swojego wuja znajdowała się tutaj sama. Nie poddał się jednak – jak jego zielonołuski pobratymiec poderwał się do lotu.
Wrrrrrach…!
Splunął w niebo ogniem, próbując zwrócić uwagę młodszej Rowle, w nieudolny, acz widowiskowy sposób próbując zwabić ją w kierunku ścieżki prowadzącej w dół, na brzeg jeziora.
Mam nadzieję, że jest git bo pisałam to na yolo vibes only. Jak nie to zrobię podejście numer dwa. @Mona Rowle