Słuchał słów Marco, który wydawał się być absolutnie przekonany o tym, jak dziewczyny się uwielbiały, a mimo tego, kiedy podnieśli przy solankach zdjęcie ku górze, nawołując do potwora by przypomniał sobie te piękne chwile – w końcu każda z dziewcząt śmiała się na fotografii od ucha do ucha – wszystko się pogorszyło. Leviathan podejrzewał że albo nie było tak kolorowo, albo coś ostatnio musiało się między nimi popsuć. To nawet nie musiała być złość, a żal co do tego co więcej nie miało prawa już zaistnieć.
— Pójdę sprawdzić, jak mają się drzwi — zwrócił się do Henry'ego. Powstrzymał się jednak od uwagi żeby uważał na siebie, bo jeśli wszystkie trzy panny były maledictusami to równie dobrze mógł właśnie iść budzić dwa kolejne. — Wy porozmawiajcie z Atsy i Nali.
Najlepszym sposobem na zajęcie się maledictusem było usunięcie całego problemu. Ale tego już nie powiedział. Jeśli żaden z nich nie miał nic więcej do dodania w temacie, to mogli się chyba rozejść.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast