04.06.2026, 15:38 ✶
Teraz już nawet nie pamiętała, że takich wieczorów było w ich życiu coraz mniej.
Miała teraz wrażenie, że ktoś rozchylił przed nimi parawan czasu i pozwolił zajrzeć kilka lat wstecz – do epoki, w której nie posiadali jeszcze tylu ciążących obowiązków zawodowych, przyszłość nie była rozpisana drobnym drukiem, a większość decyzji podejmowało się bardziej z ciekawości niż rozsądku. Do czasu, kiedy podróże wydawały się nieskończone, ludzie frapujący, a wszystkie szlaki pozostawały jeszcze nieprzebyte.
Pod tym niebnym arkuszem, rodem wyciętym ze snów Fantasosa, nawet widmo nieszczęsnej Sary przestało tak ciążyć. Timmy całkiem sprawnie zdołała sobie wmówić, że kuzynka da mu odpust na widywanie Septimy. Septima zaś da sobie odpust od wyrzutów sumienia.
Bo właściwie za co miałaby się karcić? Za to, że pragnęła pozostawić pewne rzeczy dokładnie tam, gdzie je zostawiła zanim Sara nauczyła się pisać i czytać?
Przecież jej rzeczy nie należały do nieprzyzwoitych.
— Pff, błagam — parsknęła, z trudem utrzymując powagę. — Okrutna to kara! Zapomnij, że pytałam.
Pomyślała wtedy o zimnej, bezkresnej toni kosmosu i o tym, jak samotnie musi być gwiazdom. Jak długo muszą świecić, zanim ktoś nada im imię?
— Ołtarze na swoją cześć wolałabym mieć stawiane tutaj, na ziemi. — obwieściła na pozór dumnie.
Jakoś nie miała ochoty wyjawiać, że na te pośród gwiazd nie czuła, że zasługuje. Pozwoliła słowom przejść obok uczciwej prawdy i przykryć je czymś lżejszym, kapryśnym w swojej oprawie.
Decyzja to była dobra, bowiem gdy tylko usłyszała podróżniczą ofertę, poczuła pod żebrami nieprzyjemne szarpnięcie.
— Nie jestem pewna, czy Sarze spodobałby się ten pomysł. — Powiedziała to odruchowo, gasząc własny entuzjazm. Na krótko — chociaż… — Poprawiła się na kocu i spojrzała na niego z nowo rodzącym się zainteresowaniem.
— Pomyśl tylko. Leviathan Rowle w Chinach. W samym pępku świata, który czci smoki. — przechyliła lekko głowę, jakby próbowała skalibrować go w tym swoim krajobrazie.
— Byłbyś tam bogiem, Levi i to bez kiwnięcia choćby jednym palcem.
Rzuciła to nad wyraz swobodnie, pozwalając żeby zdanie zabrzmiało bardziej jak żart niż przepowiednia, bo wcale nie planowała mówić o obrazie, który właśnie zaczął układać się w jej wyobraźni z przedziwnie niepokojącą łatwością.
Ale jednak. Ujrzała go.
Nie jako przyjaciela siedzącego obok na cieplutkim kocyku, z policzkiem opartym o zwinięte ramię i źdźbłem wypalonej trawy przyklejonym do rękawa, ale Leviathana Rowle ustawionego gdzieś wysoko — pośród majestatu schodów bez początku i końca, prastarych murów z wypalonej terakoty i dachów tak strzelistych, że zdawały się bardziej próbować dosięgnąć konstelacji gwiezdnych, niż chronić ludzi przed deszczem.
Stał on tam, nie siedział, w długich szatach ciężkich od haftu i kruczych jak wnętrze jaskini, przepasanych złotem nie dlatego, że w nim gustował, ale dlatego, że lud potrzebował widzieć złoto na swoich bogach. Ramiona okryte były czymś przypominającym ceremonialny płaszcz, którego dół ciągnął się po kamiennych stopniach niczym jęzor prehistorycznego stwora. Gdzieś mile dalej, na samym dole, tysiące ludzi stało przed nim nieruchomo niczym zaklęte w kamieniu mrówkowe gniazdo, a ich twarze pozostawały zwrócone ku niemu.
Za nimi, wzdłuż murów i czerwonych dziedzińców, ustawiono szeregi żołnierzy, a gdzieś w cieniu horyzontu przelatywały smoki; nie dzikie i niespokojne jak te z rezerwatów, ale uległe, posągowe. Cesarskie.
I wtedy pomyślała coś, co spodobało jej się najmniej z tej całej wizji - Leviathan nie wyglądał tam obco. Leviathan tam należał.
Nie zapytała, jaki pierwszy dekret by wydał.
— Bardzo bym chciała, żebyś mi towarzyszył — wyznała półszeptem, gdy tylko otrząsnęła się z oparów własnej wyobraźni i podciągnęła kolana, opierając o nie podbródek.
W podróży nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak Levi.
Znali swoje drobne dziwactwa. Wiedzieli, kiedy należy wstać, kiedy skrócić drogę i kiedy nie odzywać się przez kilka godzin bez ryzyka obrazy. To, czego jej brakowało, uzupełniał bez pytania. Tam, gdzie jemu kończyła się cierpliwość, ona wyłuskiwała jej trochę więcej. Pilnowała też, żeby nie żywił się wyłącznie tym, co kilka minut wcześniej miało łuski, futro albo pecha stać się zwęglonym, jeszcze przed wpadnięciem w ich usta.
Poza tym prezencja młodego, rosłego mężczyzny o pionowych źrenicach całkiem przewidywalnie ograniczała liczbę nieproszonych rozmów.
— To co, czekamy na wschód słońca?
Tej nocy śniła o wróżkach.
Miała teraz wrażenie, że ktoś rozchylił przed nimi parawan czasu i pozwolił zajrzeć kilka lat wstecz – do epoki, w której nie posiadali jeszcze tylu ciążących obowiązków zawodowych, przyszłość nie była rozpisana drobnym drukiem, a większość decyzji podejmowało się bardziej z ciekawości niż rozsądku. Do czasu, kiedy podróże wydawały się nieskończone, ludzie frapujący, a wszystkie szlaki pozostawały jeszcze nieprzebyte.
Pod tym niebnym arkuszem, rodem wyciętym ze snów Fantasosa, nawet widmo nieszczęsnej Sary przestało tak ciążyć. Timmy całkiem sprawnie zdołała sobie wmówić, że kuzynka da mu odpust na widywanie Septimy. Septima zaś da sobie odpust od wyrzutów sumienia.
Bo właściwie za co miałaby się karcić? Za to, że pragnęła pozostawić pewne rzeczy dokładnie tam, gdzie je zostawiła zanim Sara nauczyła się pisać i czytać?
Przecież jej rzeczy nie należały do nieprzyzwoitych.
— Pff, błagam — parsknęła, z trudem utrzymując powagę. — Okrutna to kara! Zapomnij, że pytałam.
Pomyślała wtedy o zimnej, bezkresnej toni kosmosu i o tym, jak samotnie musi być gwiazdom. Jak długo muszą świecić, zanim ktoś nada im imię?
— Ołtarze na swoją cześć wolałabym mieć stawiane tutaj, na ziemi. — obwieściła na pozór dumnie.
Jakoś nie miała ochoty wyjawiać, że na te pośród gwiazd nie czuła, że zasługuje. Pozwoliła słowom przejść obok uczciwej prawdy i przykryć je czymś lżejszym, kapryśnym w swojej oprawie.
Decyzja to była dobra, bowiem gdy tylko usłyszała podróżniczą ofertę, poczuła pod żebrami nieprzyjemne szarpnięcie.
— Nie jestem pewna, czy Sarze spodobałby się ten pomysł. — Powiedziała to odruchowo, gasząc własny entuzjazm. Na krótko — chociaż… — Poprawiła się na kocu i spojrzała na niego z nowo rodzącym się zainteresowaniem.
— Pomyśl tylko. Leviathan Rowle w Chinach. W samym pępku świata, który czci smoki. — przechyliła lekko głowę, jakby próbowała skalibrować go w tym swoim krajobrazie.
— Byłbyś tam bogiem, Levi i to bez kiwnięcia choćby jednym palcem.
Rzuciła to nad wyraz swobodnie, pozwalając żeby zdanie zabrzmiało bardziej jak żart niż przepowiednia, bo wcale nie planowała mówić o obrazie, który właśnie zaczął układać się w jej wyobraźni z przedziwnie niepokojącą łatwością.
Ale jednak. Ujrzała go.
Nie jako przyjaciela siedzącego obok na cieplutkim kocyku, z policzkiem opartym o zwinięte ramię i źdźbłem wypalonej trawy przyklejonym do rękawa, ale Leviathana Rowle ustawionego gdzieś wysoko — pośród majestatu schodów bez początku i końca, prastarych murów z wypalonej terakoty i dachów tak strzelistych, że zdawały się bardziej próbować dosięgnąć konstelacji gwiezdnych, niż chronić ludzi przed deszczem.
Stał on tam, nie siedział, w długich szatach ciężkich od haftu i kruczych jak wnętrze jaskini, przepasanych złotem nie dlatego, że w nim gustował, ale dlatego, że lud potrzebował widzieć złoto na swoich bogach. Ramiona okryte były czymś przypominającym ceremonialny płaszcz, którego dół ciągnął się po kamiennych stopniach niczym jęzor prehistorycznego stwora. Gdzieś mile dalej, na samym dole, tysiące ludzi stało przed nim nieruchomo niczym zaklęte w kamieniu mrówkowe gniazdo, a ich twarze pozostawały zwrócone ku niemu.
Za nimi, wzdłuż murów i czerwonych dziedzińców, ustawiono szeregi żołnierzy, a gdzieś w cieniu horyzontu przelatywały smoki; nie dzikie i niespokojne jak te z rezerwatów, ale uległe, posągowe. Cesarskie.
I wtedy pomyślała coś, co spodobało jej się najmniej z tej całej wizji - Leviathan nie wyglądał tam obco. Leviathan tam należał.
Nie zapytała, jaki pierwszy dekret by wydał.
— Bardzo bym chciała, żebyś mi towarzyszył — wyznała półszeptem, gdy tylko otrząsnęła się z oparów własnej wyobraźni i podciągnęła kolana, opierając o nie podbródek.
W podróży nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak Levi.
Znali swoje drobne dziwactwa. Wiedzieli, kiedy należy wstać, kiedy skrócić drogę i kiedy nie odzywać się przez kilka godzin bez ryzyka obrazy. To, czego jej brakowało, uzupełniał bez pytania. Tam, gdzie jemu kończyła się cierpliwość, ona wyłuskiwała jej trochę więcej. Pilnowała też, żeby nie żywił się wyłącznie tym, co kilka minut wcześniej miało łuski, futro albo pecha stać się zwęglonym, jeszcze przed wpadnięciem w ich usta.
Poza tym prezencja młodego, rosłego mężczyzny o pionowych źrenicach całkiem przewidywalnie ograniczała liczbę nieproszonych rozmów.
— To co, czekamy na wschód słońca?
***
Zasnęli pod gołym niebem, choć odwróceni w swoje strony, to przykryci jednym kocem, otuleni jakby tym samym marzeniem.Tej nocy śniła o wróżkach.
Koniec sesji
Kocham drewno i duże bicepsy.