Pod tym względem Atreus i Victoria byli bardzo podobni: przyznawanie się do błędów i przepraszanie. To znaczy z ust Victorii można to było czasami usłyszeć, ale niezwykle rzadko, bo lubiła o sobie myśleć, że tych błędów za dużo nie popełnia, a już w szczególności nie w stosunku do innych ludzi. Sprzyjało w tym myśleniu to, że nie była porywcza, że wolała rzeczy najpierw przemyśleć i dopiero potem działać, że czasami wybierała milczenie, zamiast otwieranie buzi – to i tych błędów było stosunkowo mało.
Zachowanie Atreusa zaś dotknęło ją do żywego. Auror nie miał niestety prawa wiedzieć, co działo się w ostatnich tygodniach w głowie Victorii (a może jednak powinno się to liczyć w miesiącach), jakie spustoszenie zrobiła tam relacja z Saurielem, jak bardzo straciła swoją pewność siebie, doszukując się problemów głównie w sobie, a nie w Rookwoodzie. Jak niepewnie się czuła, uważając się za nudną, niewystarczającą, nikomu niepotrzebną i niechcianą. Nie pomagało też to, jak dumną była osobą – więc to, co wydarzyło się w mugolskiej księgarni, odebrała niezwykle personalnie. Bardziej niż zapewne miałoby to miejsce, gdyby nie te ostatnie niepowodzenia, które tak ją przeszurały. I nawet jeśli do Victorii pomału docierało, że dużo problemów leży w jej głowie, to starała się o tym za bardzo nie myśleć, bo bala się, że mogłaby się zwyczajnie rozkleić, a to nie pasowało do wizerunku kogoś takiego, jak ona. Plus – wypchnięcie ją z zaplecza, zatrzaśnięcie przed nosem drzwi i późniejszy tekst nie pomagał, bo poczuła się potraktowana jak jakaś gówniara, która nie zrozumie krótkiego „daj nam chwilę na osobności”. Przeczekanie działało, w końcu Atreus i Victoria mieli spięcia nie raz i nie dwa, przy czym okazywało się, że gdy bardzo chciała, to potrafiła bardzo zręcznie unikać drugiej osoby. Kiedyś jednak Lestrange nie czuła się tak fatalnie jak teraz – a głównie to fatalnie czuła się po prostu ze sobą, czego na głos nie mówiła, bo była na to zbyt dumna, i koło się zamykało, przeczekanie może więc podziałałoby i teraz, ale możliwe, że zajęłoby to dużo więcej czasu.
Ale na pewno nie dwa dni.
Kiedy więc Bulstrode stanął przed jej biurkiem, zaskakując ja przy tym (bo sądziła, że będzie jak zawsze, czyli że będą się unikać co najmniej przez następny tydzień albo i dwa), to nie od razu podniosła na niego głowę. Odezwał się, owszem, a jedynym wyznacznikiem tego, że czarnowłosa go usłyszała było to, że na moment przestała skrobać swoim piórem po dokumencie, który wypełniała. Potem nastąpiło zanurzenie stalówki w kałamarzu, ostentacyjnie dopisanie jeszcze jednego zdania, po którym Lestrange westchnęła ciężko i uniosła w końcu spojrzenie na Atreusa. I na wyciągniętą w jej stronę bombonierkę.
Wiedziała, oczywiście, o wypadku – trudno było nie wiedzieć, skoro nie było go wczoraj w pracy, a Victoria może i się obraziła, ale to nie tak, że to przygłuszało jakieś jej uczucia do innych osób, i zmartwienie. Pomyślała sobie właśnie, gdy tak patrzyła na Bulstrode’a, który mógł zauważyć, że został właśnie otaksowany jej czujnym spojrzeniem od góry do dołu, że z Brenną to się dobrali jak w korcu maku: ona pakowała się w te wszystkie kłopoty i co rusz wpadała do różnych dziur, a Atreus najwyraźniej królował w urazach nóg.
– Jakie błędy? – zapytała, jakby dokładnie wiedząc, dlaczego blondyn tego nie zaadresował od razu i odebrała od niego obwiązaną w kokardę bombonierkę. Tej nie otworzyła, na razie po prostu patrząc na Atreusa, ale sam fakt, że się do niego w ogóle odezwała, to było już sporo.