31.05.2026, 21:25 ✶
Brenna na samą myśl o Raphaeli miała ochotę komuś po prostu spuścić manto, pełna żalu i jakieś złości, ukierunkowanej w bardzo różne strony, bo trochę ku Averych, trochę ku ministerstwu, bardzo ku śmierciożercom… i do pewnego stopnia ku samej sobie. Bo może mogła zrobić więcej, ale znów zawiodła. Nie tylko było jej szkoda Raphaeli: Raphaela Avery oraz to, co ją spotkało, były dla niej pewnego rodzaju symbolem tego wszystkiego, co działo się w Anglii, i to z gatunku tych złowieszczych. A także kolejnym dowodem na bezradność i na to, jak pętano im ręce.
Ale nie. Wciąż nie zamierzała po prostu usiąść i płakać.
– Nie wiem, przeczytałam szukając informacji o Samhain, że coś takiego może się przydać… pewnie jeśli znasz kogoś ogarniętego w krawiectwie, to będzie wiedział więcej – powiedziała, a potem gdy mówił piła po prostu tę herbatę, przypatrując się mu w milczeniu.
Miał trochę racji z tymi sprawami, choć w dużej mierze działo się tak, bo po prostu od dwóch lat Brenna starała się, by takie sprawy trafiały do niej, jeżeli choćby podejrzewała, że mogły mieć jakiś związek ze śmierciożercami. Wątpliwości po głowie chodziło jej całkiem dużo, włącznie z tym, że właściwie przed chwilą sama mu przyznała, że zajmuje się takimi rzeczami też z ludźmi poza Ministerstwem, a to mogło wywołać pewien konflikt lojalności – bo o ile jemu jeszcze ufała, niekoniecznie byłaby gotowa przekazać każdą informację młodej Hestii czy Prudence. Zakładała, że Patrick nie bez powodu nie próbował werbować swojej krewnej. Była i myśl, że zaraz ktoś oświadczy, że wciągnięto ją w to po znajomości, chociaż tę obawę przynajmniej chwilowo mogła odrzucić, skoro grupa miała być tajna. Ale mimo całej swej skłonności do zgadzania się na wszystko, czego chcieli jej znajomi, nie mogła po prostu rzucić się w to ot tak, na główkę, i jej pierwszą myślą było, że może powinna pogadać z Harper.
– Masz kogoś konkretnego z Niewymownych na oku? – spytała wreszcie, też z pewną ostrożnością, bo o ile ufała Morpheusowi, to już większość Niewymownych zachowywała się w taki sposób, że ciężko było nie podejrzewać, że większość pobiegłaby za Voldemortem, jakby tylko dał im wolną rękę przy eksperymentach. – Kojarzę ją, znam też Roberta. – Że Victorię znała to już rozumiało się samo przez się. – Omawiałeś skład z Moody? – zapytała jeszcze, odstawiając filiżankę. A potem po prostu westchnęła, bo tak naprawdę to Atreus dawał jej niezły pretekst, by odstawić te sprawy, którymi się zajmowała i których rzucić ot tak nie potrafiła, gdy w istocie powinna skupić się właśnie na śmierciożercach. Nie tyleż dla samego Zakonu, a raczej tego, co ten prezentował: opór wobec Voldemorta. – Pomogę z czym zdołam, chociaż muszę na pewno najpierw pogadać z kilkoma osobami. Jest kilka spraw, których nie mogę po prostu z dziś na jutro zepchnąć na nowych Brygadzistów.
Ale nie. Wciąż nie zamierzała po prostu usiąść i płakać.
– Nie wiem, przeczytałam szukając informacji o Samhain, że coś takiego może się przydać… pewnie jeśli znasz kogoś ogarniętego w krawiectwie, to będzie wiedział więcej – powiedziała, a potem gdy mówił piła po prostu tę herbatę, przypatrując się mu w milczeniu.
Miał trochę racji z tymi sprawami, choć w dużej mierze działo się tak, bo po prostu od dwóch lat Brenna starała się, by takie sprawy trafiały do niej, jeżeli choćby podejrzewała, że mogły mieć jakiś związek ze śmierciożercami. Wątpliwości po głowie chodziło jej całkiem dużo, włącznie z tym, że właściwie przed chwilą sama mu przyznała, że zajmuje się takimi rzeczami też z ludźmi poza Ministerstwem, a to mogło wywołać pewien konflikt lojalności – bo o ile jemu jeszcze ufała, niekoniecznie byłaby gotowa przekazać każdą informację młodej Hestii czy Prudence. Zakładała, że Patrick nie bez powodu nie próbował werbować swojej krewnej. Była i myśl, że zaraz ktoś oświadczy, że wciągnięto ją w to po znajomości, chociaż tę obawę przynajmniej chwilowo mogła odrzucić, skoro grupa miała być tajna. Ale mimo całej swej skłonności do zgadzania się na wszystko, czego chcieli jej znajomi, nie mogła po prostu rzucić się w to ot tak, na główkę, i jej pierwszą myślą było, że może powinna pogadać z Harper.
– Masz kogoś konkretnego z Niewymownych na oku? – spytała wreszcie, też z pewną ostrożnością, bo o ile ufała Morpheusowi, to już większość Niewymownych zachowywała się w taki sposób, że ciężko było nie podejrzewać, że większość pobiegłaby za Voldemortem, jakby tylko dał im wolną rękę przy eksperymentach. – Kojarzę ją, znam też Roberta. – Że Victorię znała to już rozumiało się samo przez się. – Omawiałeś skład z Moody? – zapytała jeszcze, odstawiając filiżankę. A potem po prostu westchnęła, bo tak naprawdę to Atreus dawał jej niezły pretekst, by odstawić te sprawy, którymi się zajmowała i których rzucić ot tak nie potrafiła, gdy w istocie powinna skupić się właśnie na śmierciożercach. Nie tyleż dla samego Zakonu, a raczej tego, co ten prezentował: opór wobec Voldemorta. – Pomogę z czym zdołam, chociaż muszę na pewno najpierw pogadać z kilkoma osobami. Jest kilka spraw, których nie mogę po prostu z dziś na jutro zepchnąć na nowych Brygadzistów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.