31.05.2026, 07:19 ✶
– Mają trochę za wielu ludzi w Ministerstwie – przyznała Brenna, która maczała palce w skazaniu przynajmniej kilku osób, i oficjalnie i nieoficjalnie, ale doskonale wiedziała, jak to wygląda, i że ani Ministerstwo, ani Zakon tak naprawdę nigdy nie zrobił nic znaczącego. Śmierciożercy przejmowali kraj praktycznie bez wysiłku. – Sprawa napaści na Raphaelę? Utrącono to na samej górze. A Fortynbras Malfoy ją dorwał i jestem pewna, że to zatuszowano. Nigdzie nie wywieziono jej bez powodu – powiedziała płaskim głosem. Miała jeszcze nadzieję do niedawna, że po prostu rodzina usunęła ją z widoku, ale umysł Avery został zniszczony, a choć mogli zrobić to sami rodzice… to chyba nie chciała wierzyć, że skrzywdziliby dziewczynę tak okrutnie. I był kosmyk włosów w rękach Malfoya, mroczna wizja Morpheusa.
A mogli mu zrobić jedno wielkie nic.
– Solennie obiecuję nigdy więcej nie tykać żadnych wianków. Przed Samhain zwykle składa się te całe ofiary z wianków wodzie, a teraz się boję, co takiego mogłoby zrobić, skoro sabaty miewają ostatnio tak nieprzewidziane efekty – stwierdziła, posyłając mu blady uśmiech. Nie żeby mu się dziwiła, że się wkurzał, bo na pewno zepsuła mu przynajmniej parę nocy: lato było cięższe niż wiosna i niż jesień, która po nim nastąpiła. Czy raczej… inaczej. Jesienią było ciężej, ale trochę rzadziej znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Atreus miał więc cholernego pecha. – Podobno dobrze zamówić jakieś tam płaszcze stagnacji – mruknęła.
A potem pomyślała o Gregorym Bulstrode w salonie tatuażu. O dziwo to wyobrażenie nawet mieściło się jej w głowie: widziała go oczyma wyobraźni na krześle, tatuaż z jakimiś dziwnymi liczbami, i opowiadanie tatuażyście zagadek.
– Nie, z nim zdecydowanie nigdy nie byłam w żadnym chińskim salonie tatuażu – zapewniła, a potem, gdy padły kolejne słowa, spojrzała na Atreusa, lekko unosząc brwi. Nie za bardzo spodziewała się takiej propozycji, biorąc pod uwagę, że nie była aurorką: w dużej mierze dlatego, że po prostu chciała być detektywem. Że nieczarnoksięskie przestępstwa też miała za istotne, a najlepsi zwykle próbowali przejść do aurorów i miała wrażenie, że w efekcie wiele spraw po prostu zdycha w Brygadzie. A potem zaczęła się wojna i wszystko zaczęło obracać się wokół śmierciożerców, i wpadła w to, czy tego chciała, czy nie. – Jeśli to Biuro Aurorów, to ściągnięcie tam mnie byłoby dobrym pomysłem? – spytała, nietypowo dla siebie ostrożnie. Głównie dlatego, że ostatnimi czasy miała wrażenie, że istnienie Zakonu zaraz wyjdzie na jaw, a chociaż póki nikt nie wiedział, że czasem ktoś coś ukradł, samo pomaganie ofiarom nie było przecież legalne, to zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna odejść z Ministerstwa, zanim to nastąpi. I całkiem skupić się na śmierciożercach i Zakonie.
A mogli mu zrobić jedno wielkie nic.
– Solennie obiecuję nigdy więcej nie tykać żadnych wianków. Przed Samhain zwykle składa się te całe ofiary z wianków wodzie, a teraz się boję, co takiego mogłoby zrobić, skoro sabaty miewają ostatnio tak nieprzewidziane efekty – stwierdziła, posyłając mu blady uśmiech. Nie żeby mu się dziwiła, że się wkurzał, bo na pewno zepsuła mu przynajmniej parę nocy: lato było cięższe niż wiosna i niż jesień, która po nim nastąpiła. Czy raczej… inaczej. Jesienią było ciężej, ale trochę rzadziej znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Atreus miał więc cholernego pecha. – Podobno dobrze zamówić jakieś tam płaszcze stagnacji – mruknęła.
A potem pomyślała o Gregorym Bulstrode w salonie tatuażu. O dziwo to wyobrażenie nawet mieściło się jej w głowie: widziała go oczyma wyobraźni na krześle, tatuaż z jakimiś dziwnymi liczbami, i opowiadanie tatuażyście zagadek.
– Nie, z nim zdecydowanie nigdy nie byłam w żadnym chińskim salonie tatuażu – zapewniła, a potem, gdy padły kolejne słowa, spojrzała na Atreusa, lekko unosząc brwi. Nie za bardzo spodziewała się takiej propozycji, biorąc pod uwagę, że nie była aurorką: w dużej mierze dlatego, że po prostu chciała być detektywem. Że nieczarnoksięskie przestępstwa też miała za istotne, a najlepsi zwykle próbowali przejść do aurorów i miała wrażenie, że w efekcie wiele spraw po prostu zdycha w Brygadzie. A potem zaczęła się wojna i wszystko zaczęło obracać się wokół śmierciożerców, i wpadła w to, czy tego chciała, czy nie. – Jeśli to Biuro Aurorów, to ściągnięcie tam mnie byłoby dobrym pomysłem? – spytała, nietypowo dla siebie ostrożnie. Głównie dlatego, że ostatnimi czasy miała wrażenie, że istnienie Zakonu zaraz wyjdzie na jaw, a chociaż póki nikt nie wiedział, że czasem ktoś coś ukradł, samo pomaganie ofiarom nie było przecież legalne, to zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna odejść z Ministerstwa, zanim to nastąpi. I całkiem skupić się na śmierciożercach i Zakonie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.