30.05.2026, 19:23 ✶
Jeśli Othello był ponurym dżentelmenem na co dzień, to na wspomnienie o Kościanym Zamtuzie, sprawiło, że stał się naburmuszony niczym ciemne, burzowe chmurzysko. Wąskie usta skrzywiły się w nieprzyjaznym grymasie, brwi zmarszczyły, oczy zmrużyły. Ileż on słyszał wyrzutów, że nie wracał do burdelu, że porzucał swą matkę w potrzebie i stanowił źródło wszelkich jej bolączek. Tylko dlatego, że podjął decyzję, żeby już nie ślęczeć nad tabelkami, w które wpisywał, kto, z kim i za ile się ruchał.
– Proszę sobie ze mnie nie żartować, panie Tarpaulin – ostrzegł, choć groźba z jego strony tak naprawdę nie miała żadnego pokrycia. W gruncie rzeczy interes był wspólny, po prostu Othello, z racji wrażliwości na punkcie własnej osoby, oczekiwał suchego szacunku.
Uśmiechnął się dopiero, gdy dumny właściciel Rejwachu zaczął się targować. Był to uśmiech niemal nienaturalny. Wyglądał, jakby jedna z krążących tu zbłąkanych dusz zrobiła Fawley'owi dowcip i uniosła niewidzialną siłą jego kąciki ust. Niektórzy mawiali, że lepiej wyglądał, gdy był niezadowolony, bo wyraz jego szczęśliwości wręcz niepokoił. Kazał zastanawiać się, co u licha poszło nie tak. Czy Othella wreszcie opętało?
Przyjrzał się karteczce. W szarych oczach tańczyły iskierki rozbawienia. To była oczywiście wykalkulowana dokładnie taktyka, sprawdzona przez lata. Należała pokazać dystans do przeciwnika. Okazać swą wyższość.
– Dogadamy się, panie Tarpaulin. Spokojnie – powiedział jadowicie, po czym cmoknął cicho ustami. – Proszę jednak zrozumieć, że nie pracuję za darmo.
Zamaszystym ruchem wykreślił cenę zaproponowaną przez Woody'ego. Napisał własną, coś pomiędzy propozycją swoją a drugiej strony. Spotkajmy się w połowie drogi – mawiali niektórzy weseli centryści. Teraz to hasło wprowadzane było w życie.
– To moja ostateczna propozycja – zaanonsował stanowczo. Ach, to wyrażenie tak dobrze smakowało. Bezczelni, krwiożerczy kapitaliści nazywali to sztuką dealu. Ktoś by pomyślał, że osoba o kruchej osobowości, taka jak Fawley, szybko by się sfrustrowała negocjacjami. Ale on za tym przepadał. To było jak najlepsza rozgrywka w szachy czarodziejów, a on chciał jak najszybciej dać przeciwnikowi mata. Ostateczna propozycja, jak to brzmiało… Jak gładki ruch królowej przesuwającej się na drugi koniec planszy.
– Proszę sobie ze mnie nie żartować, panie Tarpaulin – ostrzegł, choć groźba z jego strony tak naprawdę nie miała żadnego pokrycia. W gruncie rzeczy interes był wspólny, po prostu Othello, z racji wrażliwości na punkcie własnej osoby, oczekiwał suchego szacunku.
Uśmiechnął się dopiero, gdy dumny właściciel Rejwachu zaczął się targować. Był to uśmiech niemal nienaturalny. Wyglądał, jakby jedna z krążących tu zbłąkanych dusz zrobiła Fawley'owi dowcip i uniosła niewidzialną siłą jego kąciki ust. Niektórzy mawiali, że lepiej wyglądał, gdy był niezadowolony, bo wyraz jego szczęśliwości wręcz niepokoił. Kazał zastanawiać się, co u licha poszło nie tak. Czy Othella wreszcie opętało?
Przyjrzał się karteczce. W szarych oczach tańczyły iskierki rozbawienia. To była oczywiście wykalkulowana dokładnie taktyka, sprawdzona przez lata. Należała pokazać dystans do przeciwnika. Okazać swą wyższość.
– Dogadamy się, panie Tarpaulin. Spokojnie – powiedział jadowicie, po czym cmoknął cicho ustami. – Proszę jednak zrozumieć, że nie pracuję za darmo.
Zamaszystym ruchem wykreślił cenę zaproponowaną przez Woody'ego. Napisał własną, coś pomiędzy propozycją swoją a drugiej strony. Spotkajmy się w połowie drogi – mawiali niektórzy weseli centryści. Teraz to hasło wprowadzane było w życie.
– To moja ostateczna propozycja – zaanonsował stanowczo. Ach, to wyrażenie tak dobrze smakowało. Bezczelni, krwiożerczy kapitaliści nazywali to sztuką dealu. Ktoś by pomyślał, że osoba o kruchej osobowości, taka jak Fawley, szybko by się sfrustrowała negocjacjami. Ale on za tym przepadał. To było jak najlepsza rozgrywka w szachy czarodziejów, a on chciał jak najszybciej dać przeciwnikowi mata. Ostateczna propozycja, jak to brzmiało… Jak gładki ruch królowej przesuwającej się na drugi koniec planszy.
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.