30.05.2026, 00:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2026, 09:29 przez Helloise Rowle.)
Zdjąwszy płaszcz, czarownica niedbale porzuciła go tam, gdzie akurat przechodziła — na oparciu przypadkowego krzesła czy poręczy schodów.
Odkąd odnalazła na początku października bezpieczną drogę w głąb Kniei, a wspomnienie spotkania z widmami stawało się coraz odleglejsze, Helloise wyglądała każdego dnia lepiej, zdrowiej. Przez cały wrzesień była roztrzęsiona i zmęczona, szarpały ją kolejne i kolejne lęki. Teraz powoli odzyskiwała siły i swoją dawną barwę. Była znów taka sama jak zawsze. Taka jak wtedy gdy spacerowali wspólnie po Maida Vale, gdy powietrze było ciężkie od różanych woni, a ciepły wieczór przypominał minione ledwie chwilę wcześniej gorące lato. Zniknął oblepiający ją zapach strachu i mokrej gnijącej chaty z wybitymi szybami; Helloise znów pachniała ziołowo, ostro, przywodziła na myśl suche trawy, na których można było się pokaleczyć. Znów była skora do zabaw i występnego podsuwania pokus, jak wtedy w ogrodzie czy nawet jeszcze podczas Spalonej Nocy.
— Żyj ze mną przez jeden dzień — rzekła, gdy zagłębiali się razem w pusty dwór, a ich kroki wybijały wspólnie rytm wśród milczącego domu. — Mnie nie musisz gościć. Wiem, gdzie jest wszystko, jeśli nie zmieniłeś wiele. — Zbliżyli się do klatek. Helloise przyjrzała się im z uwagą dzieloną pomiędzy ptaki a Rowle’a. — Ja również mam jutro własne rzeczy do zrobienia. Zjemy razem śniadanie i każdy pójdzie w swoją stronę. — Pochylona nad pisklętami, zaczęła obchodzić klatki, przeskakując palcami po prętach. — A gdy się ściemni i wrócisz, może będę akurat kończyć układać tu kwiaty w wazonach. A może wezmę długą kąpiel i będziesz musiał czekać na mnie z kolacją tyle czasu, że zdążysz opróżnić pół butelki wina, zanim wyjdę z łazienki — kusiła głosem pogodnym, choć jednostajnym i pozbawionym iskry ekscytacji czy wyczekiwania, jakby próbowała wciągnąć mężczyznę do gry, której wynik sama dokładnie z góry zaplanowała. Spojrzała na Leviathana przez klatki, posyłając mu krótki uśmiech, po czym ruszyła na dalszy obchód wokół sowiego więzienia. — A może wypadnie nam w międzyczasie co innego. Będziemy musieli się tym razem zająć, więc tak jak i dziś wrócimy późno, zmęczeni. — Znów znalazła się przy Levim, lecz nie przerwała spaceru i zniknęła za czarodziejem. — Być może to jedna z ostatnich szans, żebyśmy byli razem dłużej, tak bez celu. Chcę wierzyć, że po Samhain coś się zmieni w lesie. Może widma odejdą wreszcie i moja obecność tam będzie potrzebna. — Przytuliła do pleców mężczyzny głowę ciężkawą od zmęczenia długim dniem. — Wypuść dla mnie nasze pisklęta — wymruczała. — Chcę je obejrzeć bliżej.
Odkąd odnalazła na początku października bezpieczną drogę w głąb Kniei, a wspomnienie spotkania z widmami stawało się coraz odleglejsze, Helloise wyglądała każdego dnia lepiej, zdrowiej. Przez cały wrzesień była roztrzęsiona i zmęczona, szarpały ją kolejne i kolejne lęki. Teraz powoli odzyskiwała siły i swoją dawną barwę. Była znów taka sama jak zawsze. Taka jak wtedy gdy spacerowali wspólnie po Maida Vale, gdy powietrze było ciężkie od różanych woni, a ciepły wieczór przypominał minione ledwie chwilę wcześniej gorące lato. Zniknął oblepiający ją zapach strachu i mokrej gnijącej chaty z wybitymi szybami; Helloise znów pachniała ziołowo, ostro, przywodziła na myśl suche trawy, na których można było się pokaleczyć. Znów była skora do zabaw i występnego podsuwania pokus, jak wtedy w ogrodzie czy nawet jeszcze podczas Spalonej Nocy.
— Żyj ze mną przez jeden dzień — rzekła, gdy zagłębiali się razem w pusty dwór, a ich kroki wybijały wspólnie rytm wśród milczącego domu. — Mnie nie musisz gościć. Wiem, gdzie jest wszystko, jeśli nie zmieniłeś wiele. — Zbliżyli się do klatek. Helloise przyjrzała się im z uwagą dzieloną pomiędzy ptaki a Rowle’a. — Ja również mam jutro własne rzeczy do zrobienia. Zjemy razem śniadanie i każdy pójdzie w swoją stronę. — Pochylona nad pisklętami, zaczęła obchodzić klatki, przeskakując palcami po prętach. — A gdy się ściemni i wrócisz, może będę akurat kończyć układać tu kwiaty w wazonach. A może wezmę długą kąpiel i będziesz musiał czekać na mnie z kolacją tyle czasu, że zdążysz opróżnić pół butelki wina, zanim wyjdę z łazienki — kusiła głosem pogodnym, choć jednostajnym i pozbawionym iskry ekscytacji czy wyczekiwania, jakby próbowała wciągnąć mężczyznę do gry, której wynik sama dokładnie z góry zaplanowała. Spojrzała na Leviathana przez klatki, posyłając mu krótki uśmiech, po czym ruszyła na dalszy obchód wokół sowiego więzienia. — A może wypadnie nam w międzyczasie co innego. Będziemy musieli się tym razem zająć, więc tak jak i dziś wrócimy późno, zmęczeni. — Znów znalazła się przy Levim, lecz nie przerwała spaceru i zniknęła za czarodziejem. — Być może to jedna z ostatnich szans, żebyśmy byli razem dłużej, tak bez celu. Chcę wierzyć, że po Samhain coś się zmieni w lesie. Może widma odejdą wreszcie i moja obecność tam będzie potrzebna. — Przytuliła do pleców mężczyzny głowę ciężkawą od zmęczenia długim dniem. — Wypuść dla mnie nasze pisklęta — wymruczała. — Chcę je obejrzeć bliżej.
dotknij trawy