Kożuch szanował Bertiego Botta. Nie jako człowieka, rzecz jasna, bo ludzi szanował mniej więcej podobnie, jak psy z krótkimi mordami. Szacunkiem darzył jego twórczość. A konkretniej czekoladę. Czekolada była bowiem jednym z największych osiągnięć magicznej cywilizacji zaraz obok ogrzewanych rur i kocimiętki. Psy jej nienawidziły. Psy po niej zdychały. Kożuch uważał to za wyjątkowo eleganckie rozwiązanie problemu psów. Dlatego tylko kiedy tylko usłyszał, że Bott otwiera własną restaurację, a przy okazji organizuje darmowy poczęstunek, zadek zaczął mu drżeć z podniecenia. Gdy zaś dotarło do niego, że wśród darmowych rzeczy znajdować się będą również napoje wyskokowe, sprawa była już przesądzona. Nie miał zamiaru przepuścić takiej okazji obok wąsów. Człowiek jeśli rozdawał alkohol za darmo, należało przynajmniej okazać mu elementarny szacunek i pojawić się osobiście.
Z tej okazji Kożuch postanowił nawet się przygotować. Z samego rana odbył szbyki prysznic nad rynną odpływową przy rogu jednej z kamienic. Woda była lodowata, za to nie śmierdziała rdzą. W końcu była to kamienica na Pokątnej, a nie na Nokturnie. Futro odzyskało odrobinę dawnej bieli, niewiele ale zawsze coś. Kożuch otrzepał się potem z godnością tonącego szczura i przez chwilę siedział nieruchomo na murku, liżąc łapy z taką powagom, jakby przygotowywał się do wizyty w ministerstwie. Na ogół, kołtuny w sierści niespecjalnie mu przeszkadzały. Bywały wręcz użyteczne. Dzieciaki rzadziej wyciągały do niego swoje żałosne witki, kiedy wyglądał jak coś wyciągniętego hakiem z kanału. Kożuch nie cierpiał dzieci. Pachniały mlekiem w proszku, lepikiem i impulsywną potrzebą dotykania wszystkiego, czego nie powinny. Mimo wszystko dzisiaj kocmołuchem być mu się zwyczajnie nie opłacało. Brudas szybko wylądowałby za drzwiami. A wtedy pozostałoby już tylko siedzieć pod ścianą i czekać, aż wydarzenie dobiegnie końca, a wszystko co niedojedzone i niedopite trafi do miski Kożucha, czyli na śmietnik. Oczywiście miał w tej dziedzinie ogromne doświadczenie i pewną zawodową dumę, ale świeże i ciepłe zawsze było lepsze niż zimne i przeżute przez cudze dłonie.
Przez chwilę kręcił się wokół wejścia, obserwując ludzi wpływających do środka. Pachnieli perfumami, świeżo wyprasowanymi szatami i pieniędzmi. Kożuch znał ten zapach, bo zwykle zwiastował obecność osób naiwnych, a naiwni ludzie stanowili najkrótszą drogę do darmowego jedzenia. Potrzebował tylko swojego biletu do środka. Usiadł więc tuż obok wejścia i rozpoczął polowanie. Kożuch uniósł łeb i zamiauczał przeciągle, wyciągając z gardła najwyższe częstotliwości, na jakie było go stać. Brzmiało to mniej więcej jak konający akordeon, ale doświadczenie nauczyło go, że ludzie interpretowali podobne dźwięki jako “biedny kotek”. Zwłaszcza damy. Zwłaszcza po dwóch kieliszkach wina. A kiedy tylko łapał z którymś przechodniem kontakt wzrokowy, natychmiast rozpoczynał przedstawienie. Wyprężał grzbiet, przeciągał się leniwie i ocierał bokiem o najbliższy narożnik, roztaczając wokół siebie cały ten żałosny, lecz skuteczny koci czar. Mrużył przy tym ślepia z udawaną łagodnością, choć w rzeczywistości kalkulował już, kto wygląda na wystarczająco miękkiego, by przemycić go do środka. Bo Kożuch znał ludzi. Wiedział, że wystarczy kilka żałosnych miauknięć i odpowiednio smutna mina, a człowiek sam zacznie sobie dopowiadać historię. A potem taki idiota otwierał drzwi. I właśnie na to Kożuch cierpliwie czekał.