Nie ważne było, jak to wszystko się stało, ważne było że ostatecznie siedzieli w Trzech Miotłach i zajmowali się sprawami naprawdę ważnymi. Bott z jakiegoś powodu nieco się tą sytuacją stresował, ale cóż innego mógł robić, kiedy ciążyła na nim jakaś straszliwa klątwa, utkana przez samego Czarnego Pana? Od Spalonej Nocy przypominała mu co chwila o tych wszystkich nieszczęściach, które musiał wtedy oglądać. Przypominała o strachu i niepewności, ale też tym wobec kogo była skierowana różdżka Voldemorta. Nie ważne czy było się brudnej czy czystej krwi, jeśli popierało się mugolaków i chciało dla nich godnego życia, to czekała człowieka kara.
Gabriel więc spadł mu jak z nieba. Co prawda wyszli od czegoś zupełnie innego, bo słodyczy, ale okazało się że nawet te nie były bezpieczne od gniewu Czarnego Pana. Ważne jednak, że bombonierka miała być, hehe, bombowa, bo Bertie dla rozluźnienia już opracowywał plan odnośnie tego, jak umilić tylko realizowane dla Montbela zamówienie. Oczywiście we wdzięczności za jego medyczną pomoc.
Ta okazała się niezbędna nawet podczas ich aktualnego spotkania, bo zanim znaleźli się w Trzech Miotłach, Bott zdążył wydusić z siebie pełne rozpaczy: Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu. Ta klątwa miała go chyba doprowadzić do całkowitej rozpaczy jeśli nic z nią nie zrobi.
Skupił się na ruchu wahadełka, dokładnie tak jak zostało mu przykazane. Oddychał spokojnie, miarowo, starając się odsunąć od siebie wszystko to, co ciągnęło go w tył i nie pozwalało się zrelaksować. Co prawda wspomnienie o jaju trochę go zaskoczyło, ale to też szybko zignorował, wziął parę głębszych oddechów by odsunąć od siebie zmartwienia i troski, nie tylko dzisiejszego dnia, ale tak ogólnie. Odliczanie wystartowało, a wraz z nim ciało powoli oddawało się kolejnym sugestiom Gabriela. Robił się senny, a może bardziej skupiony na swoim świecie wewnętrznym? Sam w sumie nie był pewien, jak to technicznie działało. Wiedział tylko, że wspinał się po schodach. Krok za krokiem znajdował się coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie położył dłoń na drzwiach do archiwum i pchnął je. Jasno, ciepło. Tak. Jasno i ciepło. Wdech i wydech.
//rzucam dla zasady i na to co bertie powiedział w cukierni
!Strach przed imieniem