16.05.2026, 08:22 ✶
– Czyli… hm… nie nadaję się bez mojej rodziny do pracy i w policji i idę na łatwiznę, a jednocześnie poświęcam się pracy o wiele za bardzo? – spytała Brenna. Może by ją to bawiło, gdyby nie to, że matka i dziadek ewidentnie się przejmowali, no i uderzało to w jej brata. Mogła wybaczyć bardzo, bardzo wiele, ale ataki na Erika do tych rzeczy nie należały. Uśmiech przygasł jej jednak, gdyby Erik nie wspomniał o rynku matrymonialnym, a z jej ust wydobyło się westchnienie. – Wiesz, że mama nam tego nie daruje, prawda?
Po prawdzie gdyby sama się z kimś nie spotykała, może by uległa. Byli tacy, którzy zgodziliby się na aranżowane małżeństwo, bo pochodzili z rodzin zagranicznych, potrzebowali pieniędzy albo mieli tak mocno wyjebane na cały system jak choćby Vincent Prewett. Tyle że owszem, spotykała się, a tu na pewno nie miała zamiaru nawet zastanawiać się nad takim rozwiązaniem, bo raz, gdy nie chodziło o aranżacje, mężczyźni nie reagowali dobrze na propozycje małżeńskie po miesiącu umawiania się, dwa, raczej podchodził do relacji luźno, trzy jemu to zwyczajnie mogło zaszkodzić.
– Myślę, że jednak lekcje fal przydadzą się bardziej niż szermierki – roześmiała się. Gdyby nie wojna może i zachęcałaby do ćwiczeń Heather, ale w tej chwili bardziej musieli myśleć o zdolnościach, które będą faktycznie przydatne i podczas organizacji, i podczas starcia. A choć Brenna przyznawała to niechętnie, różdżka zwykle była dużo lepsza niż miecze. – Wiesz, że tu chodzi też o to, czego chcesz? – powiedziała, jakby na przekór własnym myślom. Ale… nauka oklumencji po prawdzie też mogła być przydatna: w ich szeregach było niewielu oklumentów, więc jeśli Erik wybrałby naukę ich właśnie, nie zamierzała protestować. Zawsze mógł poprosić Alastora albo Jonathana, być może znaleźliby dla niego trochę czasu. – Och, mój drogi braciszku… na wstawanie o trzeciej nad ranem też byś się zgodził.
Uśmiechnęła się do niego, tym uśmiechem przebiegłej, młodszej siostry, która już umie nacisnąć we właściwym miejscu. A i zna słabe punkty swojego brata.
– Na całe szczęście nie ma tego w planach. Ale będę wdzięczna, jeśli się temu przyjrzysz, tak okiem z zewnątrz – poprosiła, podsuwając mu papiery. – Wiesz, nie pod kątem twoim nawet, ale ile widzisz w tym sensu? Czegoś ci brakuje? Może masz jakieś przemyślenia, jak to udoskonalić? Jeżeli nie masz uwag… to możemy zacząć od etapu pierwszego. Będziesz pierwszym… wilkołakiem doświadczalnym.
A ta pierwsza faza obejmowała zapoznanie się z podstawowymi informacjami na temat fal, które Brenna wyciągnęła z podręcznika i rozpisała w pliku dokumentów, aby oddzielić bełkot naukowy od faktycznie istotnych dla adepta tej sztuki danych. Kolejnym krokiem były podstawowe ćwiczenia już z Brenną oraz z Heather.
– Mam nadzieję – powiedziała, utkwiwszy w nim tym razem spojrzenie uważne, a uśmiech znikł jej z ust. To był trudny miesiąc. I martwiła się o nich wszystkich. O Millie, Dorę, Norę, Alka, Sama, rodziców, dziadka, Morpheusa, Heather, i całą resztę. Ale było chyba dość naturalne, że o brata martwiła się trochę bardziej. – Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda? Dobra, poza tym, jakbyś zrobił sobie paskudny tatuaż, ale jakbyś taki miał na ręku, to słowo, że sprawdziłbym, czy Mabel ci go nie narysowała, zanim bym cię wsadziła – stwierdziła, już lżejszym tonem. Bo tak, tego nie wybaczyłaby nikomu, ale nie, nigdy nie podejrzewała ani jego, ani żadnego z dotychczasowych członków Zakonu o to, że mógłby nie tylko być śmierciożercom, ale choćby jakiemuś z nich kiedykolwiek pomóc.
Po prawdzie gdyby sama się z kimś nie spotykała, może by uległa. Byli tacy, którzy zgodziliby się na aranżowane małżeństwo, bo pochodzili z rodzin zagranicznych, potrzebowali pieniędzy albo mieli tak mocno wyjebane na cały system jak choćby Vincent Prewett. Tyle że owszem, spotykała się, a tu na pewno nie miała zamiaru nawet zastanawiać się nad takim rozwiązaniem, bo raz, gdy nie chodziło o aranżacje, mężczyźni nie reagowali dobrze na propozycje małżeńskie po miesiącu umawiania się, dwa, raczej podchodził do relacji luźno, trzy jemu to zwyczajnie mogło zaszkodzić.
– Myślę, że jednak lekcje fal przydadzą się bardziej niż szermierki – roześmiała się. Gdyby nie wojna może i zachęcałaby do ćwiczeń Heather, ale w tej chwili bardziej musieli myśleć o zdolnościach, które będą faktycznie przydatne i podczas organizacji, i podczas starcia. A choć Brenna przyznawała to niechętnie, różdżka zwykle była dużo lepsza niż miecze. – Wiesz, że tu chodzi też o to, czego chcesz? – powiedziała, jakby na przekór własnym myślom. Ale… nauka oklumencji po prawdzie też mogła być przydatna: w ich szeregach było niewielu oklumentów, więc jeśli Erik wybrałby naukę ich właśnie, nie zamierzała protestować. Zawsze mógł poprosić Alastora albo Jonathana, być może znaleźliby dla niego trochę czasu. – Och, mój drogi braciszku… na wstawanie o trzeciej nad ranem też byś się zgodził.
Uśmiechnęła się do niego, tym uśmiechem przebiegłej, młodszej siostry, która już umie nacisnąć we właściwym miejscu. A i zna słabe punkty swojego brata.
– Na całe szczęście nie ma tego w planach. Ale będę wdzięczna, jeśli się temu przyjrzysz, tak okiem z zewnątrz – poprosiła, podsuwając mu papiery. – Wiesz, nie pod kątem twoim nawet, ale ile widzisz w tym sensu? Czegoś ci brakuje? Może masz jakieś przemyślenia, jak to udoskonalić? Jeżeli nie masz uwag… to możemy zacząć od etapu pierwszego. Będziesz pierwszym… wilkołakiem doświadczalnym.
A ta pierwsza faza obejmowała zapoznanie się z podstawowymi informacjami na temat fal, które Brenna wyciągnęła z podręcznika i rozpisała w pliku dokumentów, aby oddzielić bełkot naukowy od faktycznie istotnych dla adepta tej sztuki danych. Kolejnym krokiem były podstawowe ćwiczenia już z Brenną oraz z Heather.
– Mam nadzieję – powiedziała, utkwiwszy w nim tym razem spojrzenie uważne, a uśmiech znikł jej z ust. To był trudny miesiąc. I martwiła się o nich wszystkich. O Millie, Dorę, Norę, Alka, Sama, rodziców, dziadka, Morpheusa, Heather, i całą resztę. Ale było chyba dość naturalne, że o brata martwiła się trochę bardziej. – Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda? Dobra, poza tym, jakbyś zrobił sobie paskudny tatuaż, ale jakbyś taki miał na ręku, to słowo, że sprawdziłbym, czy Mabel ci go nie narysowała, zanim bym cię wsadziła – stwierdziła, już lżejszym tonem. Bo tak, tego nie wybaczyłaby nikomu, ale nie, nigdy nie podejrzewała ani jego, ani żadnego z dotychczasowych członków Zakonu o to, że mógłby nie tylko być śmierciożercom, ale choćby jakiemuś z nich kiedykolwiek pomóc.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.