12.05.2026, 19:48 ✶
Sam pomysł owego całego Mulcibera wydał się Othellowi nie tyle komiczny, co dość żałosny. Próba przyciągnięcia uwagi pruderyjnej czarodziejskiej społeczności mało zabawnym, jedynie pozornie skandalicznym żarcikiem. Ze słowa "penis" chichotało się mniej więcej w czwartej klasie Hogwartu, potem smak stawał się odrobinę bardziej wysublimowany. A zresztą Fawleya mało co śmieszyło. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przyszło mu się prawdziwie śmiać. Może w ogóle nie był do czegoś takiego zdolny? Może byłoby to zbyt ludzkie zachowanie?
— Z tego, co widzę, to naprawdę prosta sprawa. Wystarczy wiedzieć, jak pracuje się z gorącym woskiem. A i ta mieszanka zapachowa to żaden fenomen. Gdybym to ja miał robić takie świeczki, z takim zastosowaniem, ludzie by od nich szaleli. A od tego? Co najwyżej komuś się zrobi odrobinę cieplej, ot co. — Odłożył falliczną świeczuszkę na bok. Z szuflady wyciągnął jeden ze swoich grubaśnych kajetów. Ten był oprawiony w skórę abraksana. W dłoni Othella znalazło się harpie pióro, którym przyszło mu zwykle pisać. — A zatem, pięć takich świeczek w większym rozmiarze. — Z innej szufladki wyjął drewnianą linijkę, którą przyłożył do większej chujoświeczki. A potem zaczęło się skrobanie stalówki o papier, ostre niczym kalkulujący umysł byłego księgowego burdelu. — To będzie sześć i dziewięć dziesiątych cala. Odliczmy cenę wosku, składniki będą dość tanie, ale obawiam się, że dopłaci pan za dyskrecję. Ach i jeszcze oczywiście robocizna. Pomnożymy razy pięć... I proszę.
Wyliczył wszystko dokładnie, po czym napisał ostateczną kwotę na karteluszce wyciętej rzecz jasna w kształt czaszki. Podsunął ją Woody'emu na stole. Dżentelmeni wszak o pieniądzach nie rozmawiali. Kwoty najlepiej wyglądały na papierze.
— Z tego, co widzę, to naprawdę prosta sprawa. Wystarczy wiedzieć, jak pracuje się z gorącym woskiem. A i ta mieszanka zapachowa to żaden fenomen. Gdybym to ja miał robić takie świeczki, z takim zastosowaniem, ludzie by od nich szaleli. A od tego? Co najwyżej komuś się zrobi odrobinę cieplej, ot co. — Odłożył falliczną świeczuszkę na bok. Z szuflady wyciągnął jeden ze swoich grubaśnych kajetów. Ten był oprawiony w skórę abraksana. W dłoni Othella znalazło się harpie pióro, którym przyszło mu zwykle pisać. — A zatem, pięć takich świeczek w większym rozmiarze. — Z innej szufladki wyjął drewnianą linijkę, którą przyłożył do większej chujoświeczki. A potem zaczęło się skrobanie stalówki o papier, ostre niczym kalkulujący umysł byłego księgowego burdelu. — To będzie sześć i dziewięć dziesiątych cala. Odliczmy cenę wosku, składniki będą dość tanie, ale obawiam się, że dopłaci pan za dyskrecję. Ach i jeszcze oczywiście robocizna. Pomnożymy razy pięć... I proszę.
Wyliczył wszystko dokładnie, po czym napisał ostateczną kwotę na karteluszce wyciętej rzecz jasna w kształt czaszki. Podsunął ją Woody'emu na stole. Dżentelmeni wszak o pieniądzach nie rozmawiali. Kwoty najlepiej wyglądały na papierze.
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.