12.05.2026, 08:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.05.2026, 09:45 przez Brenna Longbottom.)
– Nie, ale mieliśmy dziś pogadać, gdy stąd wyjdziemy, a teraz zastanawiam się, czy w ogóle dzisiaj się to uda – sprostowała, bo gdy nikogo nie udało się jej złapać falami, uznała, że nie byłaby zdziwiona, gdyby jednak jej żart nie okazał się tylko żartem i mieli spędzić tutaj noc. – Próbowałeś falami?
Brała pod uwagę, że jej po prostu nie wyszło: opanowała je na tyle niedawno, że wcale nie była stu procentowo pewna swojej umiejętności, a zmęczenie i oberwanie w głowę na pewno robiły swoje.
– Słuchaj, mogło być gorzej. To mogło być łóżko ze spleśniałą pościelą, pod dziurą w dachu – rzuciła, pijąc oczywiście do pana Binnsa, który cztery piękne córki miał i pokoju, który wydawał się całkiem przyzwoity, a potem okazał się pełen wilgoci, pleśni i co gorsza kapało jej z sufitu na twarz. – Oddam ci najlepsze krzesła – obiecała jeszcze z powagą.
Jeśli chodziło o nią, to nikogo nie podrywała na kasztana, a jeżeli ktoś podrywał ją, to… prawdopodobnie tego zupełnie nie zauważyła. W schowkach na miotły kończyła bardzo często, zwykle jednak te służyły raczej za kryjówkę, kiedy trzeba było szybko zwiać z oczu nauczycieli, prefektów (także współprefektów, choć to już trochę rzadziej) albo duchów. Jeśli kończyła w takich z chłopcem, to tym zazwyczaj był traktujący ją wtedy jeszcze jak dzieciaka, którym zresztą była, Vinc, chcący uniknąć wykładu McGonagall, że nie powinni zakradać się do kuchni czy coś takiego, a w tym jednym przypadku, kiedy została wciągnięta z Anthonym, zdecydowanie nie po przyjacielsku, ten biedak został z powagą poinformowany, że zniszczył marchewki i kapustę w bukiecie. Przypadek beznadziejny. No ale przynajmniej teraz, kiedy Bulstrode ją objął, wiedziała, że to nie tak, że zrobił to przypadkiem albo po koleżeńsku, można to było uznać za postęp.
– Naprawdę? Może powinnam też tu częściej wpadać – stwierdziła. – Wątpię, żeby to podziałało, pewnie nie uwierzą. Ale może jak zaczniesz krzyczeć, że cię molestują, to ktoś się przejmie? Wiesz, w to że ktoś się rzuca na jednego z najbardziej pożądanych kawalerów Czarownicy pewnie łatwo uwierzyć.
Brała pod uwagę, że jej po prostu nie wyszło: opanowała je na tyle niedawno, że wcale nie była stu procentowo pewna swojej umiejętności, a zmęczenie i oberwanie w głowę na pewno robiły swoje.
– Słuchaj, mogło być gorzej. To mogło być łóżko ze spleśniałą pościelą, pod dziurą w dachu – rzuciła, pijąc oczywiście do pana Binnsa, który cztery piękne córki miał i pokoju, który wydawał się całkiem przyzwoity, a potem okazał się pełen wilgoci, pleśni i co gorsza kapało jej z sufitu na twarz. – Oddam ci najlepsze krzesła – obiecała jeszcze z powagą.
Jeśli chodziło o nią, to nikogo nie podrywała na kasztana, a jeżeli ktoś podrywał ją, to… prawdopodobnie tego zupełnie nie zauważyła. W schowkach na miotły kończyła bardzo często, zwykle jednak te służyły raczej za kryjówkę, kiedy trzeba było szybko zwiać z oczu nauczycieli, prefektów (także współprefektów, choć to już trochę rzadziej) albo duchów. Jeśli kończyła w takich z chłopcem, to tym zazwyczaj był traktujący ją wtedy jeszcze jak dzieciaka, którym zresztą była, Vinc, chcący uniknąć wykładu McGonagall, że nie powinni zakradać się do kuchni czy coś takiego, a w tym jednym przypadku, kiedy została wciągnięta z Anthonym, zdecydowanie nie po przyjacielsku, ten biedak został z powagą poinformowany, że zniszczył marchewki i kapustę w bukiecie. Przypadek beznadziejny. No ale przynajmniej teraz, kiedy Bulstrode ją objął, wiedziała, że to nie tak, że zrobił to przypadkiem albo po koleżeńsku, można to było uznać za postęp.
– Naprawdę? Może powinnam też tu częściej wpadać – stwierdziła. – Wątpię, żeby to podziałało, pewnie nie uwierzą. Ale może jak zaczniesz krzyczeć, że cię molestują, to ktoś się przejmie? Wiesz, w to że ktoś się rzuca na jednego z najbardziej pożądanych kawalerów Czarownicy pewnie łatwo uwierzyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.