12.05.2026, 05:56 ✶
Dostała eliksir, maść na siniaki i to wszystko wystarczyło, aby mniej więcej przywrócić ją do normy, za to Atreus wciąż utykał i Brenna obserwowała to z pewną podejrzliwością. Skoro nie próbował na siłę udowadniać, że może chodzić bez utykania, istniało realne ryzyko, że zaraz odpadnie mu noga albo coś takiego. Oferowała, że sama odwiezie do Ministerstwa tę podejrzaną skrzynkę, ale prawdopodobnie śmiertelnie go obraziła, bo uparł się, że jednak da radę.
Powinna była ująć to inaczej. Na przykład że pójdzie i sama ogarnie raport.
Szybko okazało się jednak, że w skrzyneczce były nie dokumenty zbrodni, a coś, co może zakłócać działanie magicznych przedmiotów: niby dobrze więc, że to dorwali oni, a nie nikt inny, bardzo źle natomiast, że zaszło podejrzenie, że ich różdżki mogą oszaleć. Brennie naprawdę wystarczyło, że ostatnio sama szalała, nie życzyła sobie, by to samo spotkało jej różdżkę.
Była zmęczona. Cholernie zmęczona, bo poprzedniego dnia praktycznie nie spała, łapiąc ot trochę snu na podłodze mieszkania Victorii, a teraz było bardzo późno. Ale w takich sprawach poddawała się po prostu losowi, więc z westchnieniem oddała różdżkę pracownikom, chociaż absolutnie nie rozumiała, czemu wepchnięto ich do poczekali dla petentów. Pewnie z rozpędu. Jakby nie mogli poczekać sobie po prostu w swoich biurach, przecież do kończenia raportu nie potrzebowała różdżki.
– Sądzisz, że to się liczy jako meteoryt? – spytała, kiedy światło nagle zamrugało i zgasło. Raczej zrezygnowana niż rozzłoszczona: nie chciało się jej wnerwiać na takie rzeczy. – Może wygasili światła, bo zapomnieli, że tu jesteśmy i teraz sobie poczekamy tu do rana? – zastanowiła się, chociaż rzecz jasna nie zamierzała pozwolić na to, aby coś takiego zaistniało. Zamrugała, bo oczy, nawykłe do światła, nie widziały dosłownie niczego.
Hej, tu Brenna, wiecie, że uwięziliście nas w biurze bezpieczeństwa bez różdżek, w ciemności, chłodzie, głodzie i w ogóle, a nasz auror jest jeszcze trochę ranny? – spróbowała nadać do dyżurki, a potem poruszyła się powoli w mroku, i, oczywiście, wpadła na Atreusa.
Jeśli wymaganiem wydostania się stąd byłoby czucie ciepła drugiego ciała, to mieliby naprawdę przerąbane, bo on był po prostu bardzo, bardzo zimny.
– Hej, często tu bywasz? - spytała, podpierając się o drzwi ręką, by nie stracić równowagi. – To nic nie da, pewnie są wyciszone.
Powinna była ująć to inaczej. Na przykład że pójdzie i sama ogarnie raport.
Szybko okazało się jednak, że w skrzyneczce były nie dokumenty zbrodni, a coś, co może zakłócać działanie magicznych przedmiotów: niby dobrze więc, że to dorwali oni, a nie nikt inny, bardzo źle natomiast, że zaszło podejrzenie, że ich różdżki mogą oszaleć. Brennie naprawdę wystarczyło, że ostatnio sama szalała, nie życzyła sobie, by to samo spotkało jej różdżkę.
Była zmęczona. Cholernie zmęczona, bo poprzedniego dnia praktycznie nie spała, łapiąc ot trochę snu na podłodze mieszkania Victorii, a teraz było bardzo późno. Ale w takich sprawach poddawała się po prostu losowi, więc z westchnieniem oddała różdżkę pracownikom, chociaż absolutnie nie rozumiała, czemu wepchnięto ich do poczekali dla petentów. Pewnie z rozpędu. Jakby nie mogli poczekać sobie po prostu w swoich biurach, przecież do kończenia raportu nie potrzebowała różdżki.
– Sądzisz, że to się liczy jako meteoryt? – spytała, kiedy światło nagle zamrugało i zgasło. Raczej zrezygnowana niż rozzłoszczona: nie chciało się jej wnerwiać na takie rzeczy. – Może wygasili światła, bo zapomnieli, że tu jesteśmy i teraz sobie poczekamy tu do rana? – zastanowiła się, chociaż rzecz jasna nie zamierzała pozwolić na to, aby coś takiego zaistniało. Zamrugała, bo oczy, nawykłe do światła, nie widziały dosłownie niczego.
Hej, tu Brenna, wiecie, że uwięziliście nas w biurze bezpieczeństwa bez różdżek, w ciemności, chłodzie, głodzie i w ogóle, a nasz auror jest jeszcze trochę ranny? – spróbowała nadać do dyżurki, a potem poruszyła się powoli w mroku, i, oczywiście, wpadła na Atreusa.
Jeśli wymaganiem wydostania się stąd byłoby czucie ciepła drugiego ciała, to mieliby naprawdę przerąbane, bo on był po prostu bardzo, bardzo zimny.
– Hej, często tu bywasz? - spytała, podpierając się o drzwi ręką, by nie stracić równowagi. – To nic nie da, pewnie są wyciszone.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.