Fakt tego, jak niewiele ludzi zostało pociągniętych do faktycznej odpowiedzialności po Spalonej Nocy, średnio odpowiadał Atreusowi. W końcu, jakby nie patrzeć, ktoś zakroił sobie wielki zamach terrorystyczny na połowę kraju, a jedyne kogo łapali to typki od polewania farbą i złodzieje. Znaczy bumowcy łapali, bo przecież nie on, ale problem u aurorów wydawał się dokładnie taki sam. Brakowało winowajców. A co chyba była w tym wszystkim dla niego najważniejsze, to brakowało JEGO winowajcy.
- O ile nie jest to kawa wzorem Anthony'ego Shafiqa, to często się napiję. Nie wiem, czy miałbym aż tyle czasu, czy oboje byśmy go mieli, żeby siedzieć nad rozgrzewanymi na piasku czarkami - uśmiechnął się grzecznie. Nie to, że miał cokolwiek do tamtej kawy, którą jego i Victorii Shafiq zaserwował, ale na pewno nadawał się on bardziej do długich i spokojnych posiedzeń.
- Fascynuje mnie to, podobnie aż ciebie, jak dużo było takich przypadków. Farba, bicie się, polowanie. Nawet mnie w tym wszystkim okradli, głupio się przyznać, ale no zdarzyło się. Martwi mnie bardzo, że pośród tego wszystkiego, niewielu jest ludzi, którzy faktycznie wydawali się odpowiedzialni za cały ten chaos, a nie tylko z niego korzystali. Zastanawiam się Robercie, jak zapatrujesz się na tę kwestię? Czy nie milej by było, gdyby faktycznie znalazł się ktoś, kogo uwaga oscylowałaby wokół właśnie tych, którzy zorganizowali nam ten cały bajzel? Wokół, jakby nie patrzeć, morderców i osób, przez które tyle teraz nie ma domów? - zapytał, z taktownym uśmiechem przyklejonym do ust, który jednocześnie zdarzał się dziwacznie wręcz kontrastować z faktem, że nawet nie zamierzał bawić się w powolne podejście do tematu czy smalltalk. Mógł wypić kawkę, zapytać Croucha co tam, ale jakby nie patrzeć miał sprawę i nie miał zamiaru bezsensownie marnować ich wspólnego czasu.