10.05.2026, 18:49 ✶
— Eliksiry dla koni? — powtórzyła, niedowierzając własnym uszom. — Ari, przecież to żywe stworzenia!
Już był taki jeden w Snowdonii, który zapragnął poić smoczogniki podobnym świństwemi, aby uczynić je agresywniejszymi i zapewnić czarodziejom krwawsze widowiska. Ileż istot przypłaciło za podobne potem konaniem w męczarniach z sercem wypalonym wysiłkiem oraz organizmem wyniszczonym przez okrucieństwo. Niektóre magiczne stworzenia ufały przecież pracownikom rezerwatu bezgranicznie... Konie, gady, nie miało to znaczenia. Wszystkie oddawaly się ludzkiej opiece, nie pojmująć, że ręka karmiąca mogła równie dobrze stać się ręką kata.
Spojrzenie Mony powędrowało do przedramienia, gdzie tatuaż znaczył skórę ukochanego. Jej twarz stężała, kiedy wzór przemienił się. Wszystko na powrót się posypało. Obraz za obrazem nałożył się na siebie, zacisnął się wokół umysłu kobiety aż pozostał już tylko jeden obraz utkany z twarzy Icarusa i wysłannika czarnego pana wykrwawiającego się na podłodze.
Poderwała się gwałtownie, a świat zakołysał się pod jej stopami. Sapnęła ciężko, na próżno spróbowała rozluźnić mięśnie, więc poruszyła prawym ramieniem. Czuła piekący żar pod nieistniejącymi stawami i elektryczne impulsy przebiegające przez nerwy zakończone pustką. Minęły miesiące lata od dnia amputacji, jednakże umysł wysyłał sygnały w stronę nieistniejacej kończyny.
– To nie to samo – powiedziała do siebie, a następnie dodała: – Daj mi moment.
Musiała pomyśleć. Tak dużo informacji. Może była jedynie naiwną kobietą usiłującą nazwać inaczej rzeczy, które w istocie były takie same. Organizacja pozostawała organizacją, a znak znakiem. Icarus był naznaczony dokładnie tak samo jak tamten człowiek leżący w jej kuchni. Naznaczony przez własnego ojca. Wciągnięty w machinę, z której nie istniała droga powrotna. — Dlaczego tak uważasz? Mówimy o ludziach, którzy potrafią zabijać dla idei! — powiedziała, chodząc nerwowo w kółko. Tak dużo informacji, a pod całą tą grozą i tak przebijał się ból w postaci wstydliwej świadomości, jak bardzo była egoistyczna wobec Prewetta. Nie wiedziała już czego obawiała się bardziej — tego, że Oko sprowadziło na Icarusa niebezpieczeństwo, czy tego, że rzeczywiście został wciągnięty w coś... tak szemranego. Ponad wszystkim unosiło się jeszcze widmo Dedalusa. Czy od samego początku prowadził syna ku tej otchłani? — Chciałeś powiedzieć mi o tym dopiero wtedy, gdy byłoby już za późno żebym mogła... — ledwie zdążyła stłumić okrucieństwo słów, które wymknęły się z jej ust.
Już był taki jeden w Snowdonii, który zapragnął poić smoczogniki podobnym świństwemi, aby uczynić je agresywniejszymi i zapewnić czarodziejom krwawsze widowiska. Ileż istot przypłaciło za podobne potem konaniem w męczarniach z sercem wypalonym wysiłkiem oraz organizmem wyniszczonym przez okrucieństwo. Niektóre magiczne stworzenia ufały przecież pracownikom rezerwatu bezgranicznie... Konie, gady, nie miało to znaczenia. Wszystkie oddawaly się ludzkiej opiece, nie pojmująć, że ręka karmiąca mogła równie dobrze stać się ręką kata.
Spojrzenie Mony powędrowało do przedramienia, gdzie tatuaż znaczył skórę ukochanego. Jej twarz stężała, kiedy wzór przemienił się. Wszystko na powrót się posypało. Obraz za obrazem nałożył się na siebie, zacisnął się wokół umysłu kobiety aż pozostał już tylko jeden obraz utkany z twarzy Icarusa i wysłannika czarnego pana wykrwawiającego się na podłodze.
Poderwała się gwałtownie, a świat zakołysał się pod jej stopami. Sapnęła ciężko, na próżno spróbowała rozluźnić mięśnie, więc poruszyła prawym ramieniem. Czuła piekący żar pod nieistniejącymi stawami i elektryczne impulsy przebiegające przez nerwy zakończone pustką. Minęły miesiące lata od dnia amputacji, jednakże umysł wysyłał sygnały w stronę nieistniejacej kończyny.
– To nie to samo – powiedziała do siebie, a następnie dodała: – Daj mi moment.
Musiała pomyśleć. Tak dużo informacji. Może była jedynie naiwną kobietą usiłującą nazwać inaczej rzeczy, które w istocie były takie same. Organizacja pozostawała organizacją, a znak znakiem. Icarus był naznaczony dokładnie tak samo jak tamten człowiek leżący w jej kuchni. Naznaczony przez własnego ojca. Wciągnięty w machinę, z której nie istniała droga powrotna. — Dlaczego tak uważasz? Mówimy o ludziach, którzy potrafią zabijać dla idei! — powiedziała, chodząc nerwowo w kółko. Tak dużo informacji, a pod całą tą grozą i tak przebijał się ból w postaci wstydliwej świadomości, jak bardzo była egoistyczna wobec Prewetta. Nie wiedziała już czego obawiała się bardziej — tego, że Oko sprowadziło na Icarusa niebezpieczeństwo, czy tego, że rzeczywiście został wciągnięty w coś... tak szemranego. Ponad wszystkim unosiło się jeszcze widmo Dedalusa. Czy od samego początku prowadził syna ku tej otchłani? — Chciałeś powiedzieć mi o tym dopiero wtedy, gdy byłoby już za późno żebym mogła... — ledwie zdążyła stłumić okrucieństwo słów, które wymknęły się z jej ust.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception