10.05.2026, 17:05 ✶
Niebo nad stadionem Puddlemere United było blade, przeciągnięte smugami chmur, które wisiały nisko nad murawą i zapowiadały deszcz. Wiatr szedł od wschodnich trybun nierównymi uderzeniami, co jakiś czas podrywając poły treningowych szat, szarpiąc flagi klubu i wprawiając w drżenie tablice taktyczne ustawione przy bocznej linii. Dla większości zawodników była to po prostu przeszkoda. Lukas jednak łapał najmniejsze szczegóły na swoją korzyść, tak jak podpowiadała mu intuicja. Wiedział, jak wiatr łamie lot kafla przy długim podaniu. Wiedział, w którym miejscu tłuczek zboczy z toru o pół metra. Wiedział też, że znicz nigdy nie walczył z pogodą, tylko sprytnie ją wykorzystuje. Błysnął po raz pierwszy wysoko nad prawą obręczą gospodarzy. Lukas pochylił się niżej nad miotłą, czując, jak trzonek odpowiada na najdrobniejszy ruch dłoni. Palce zacisnęły się pewniej na drewnie, kolana doszły bliżej boków miotły. Świat zwęził się natychmiast. Zniknęły głosy z dołu, pokrzykiwania trenerów. Zniknęli ścigający ćwiczący szybką wymianę podań przy środkowej strefie. Została tylko złota plamka, szybka, złośliwa i żywa. Przyspieszył, nie ostrożnie, nie treningowo, tylko agresywnie, tak jak podpowiadała mu jego natura. Pikował w dół, a murawa rozmazała się pod nim w ciemnozieloną smugę. Obręcze przemknęły z boku, trybuny zlały się w pasma drewna, kamienia i pustych miejsc, które w dniu meczu miały wypełnić się twarzami, krzykiem, chorągwiami i tym szczególnym rodzajem oczekiwania. Znicz rozpoczął ucieczkę, ścinając w lewo tuż przed linią boczną. Lukas poszedł za nim natychmiast, niemal bez myślenia. Ciało zrobiło to wcześniej niż głowa. Bark opadł, biodro przechyliło miotłę, nadgarstek skorygował tor lotu. Znicz odbił nagle w górę, ledwie kilka stóp nad ziemią, potem zanurkował między dwoma zawodnikami wracającymi z ćwiczenia formacji.
— Nott, wysokość! — ryknął ktoś z dołu.
Lukas nawet nie mrugnął, zresztą i tak by nie posłuchał. Szarpnął miotłę za zniczem, czując, jak podbrzusze podchodzi mu do gardła przy gwałtownej zmianie kierunku. Przez sekundę był pewien, że ma go już w zasięgu. Wyciągnął rękę. Puste powietrze przecięło mu przerwę między palcami. Znicz umknął o włos, bezczelnie lekko, jakby robił to wyłącznie po to, by go zirytować.
Lukas parsknął pod nosem z widocznym wyrzutem po nieudanym manewrze, po czym zawrócił ciasnym łukiem. Miotła jęknęła pod naciskiem. Na dole jeden z asystentów uniósł tabliczkę z czwórką symbolizującą manewr, drugi coś notował, a trener ścigających klął pod nosem, bo Lukas przerwał im ustawienie pod kontratak. Zanim chłopak ponownie zebrał się do sprintu, gwizdek przeciął powietrze. Raz. Drugi. Trzeci. Koniec ćwiczenia.
Zwolnił dopiero po kilku metrach, pozwalając miotle wytracić prędkość szerokim łukiem. Wylądował lekko, niemal niedbale, choć mięśnie ud i barków paliły po serii krótkich pościgów. Zsunął się z miotły, obrócił ją w dłoni i dopiero wtedy poczuł, jak mocno bije mu serce.
— Do środka, wszyscy! — krzyknął jeden z trenerów, wymachując ręką w stronę ławki. — Pięć minut przerwy, potem ćwiczymy Hawkshead! Pałkarze zostają przy lewej flance, obrońcy pracują nad długim wybiciem!
Zawodnicy zaczęli schodzić z powietrza jeden po drugim. Miotły uderzały miękko o trawę. Ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, próbując zagłuszyć zmęczenie. Jeden ze ścigających narzekał, że wiatr znosi kafla, a pałkarz o szerokich ramionach kłócił się z trenerem, że tłuczek „jest flakiem”, co oczywiście było najstarszą wymówką w tej dyscyplinie. Sztab krzątał się przy bocznej linii w dobrze znanym chaosie. Jeden z asystentów rozdawał ręczniki, drugi poprawiał notatki na podkładce, trzeci podstawiał zaczarowane butelki z wodą, które same wracały na stojak, gdy ktoś odłożył je byle jak. Klubowy uzdrowiciel przyglądał się zawodnikom tym irytująco spokojnym spojrzeniem.
Lukas sięgnął po wodę i wypił kilka łyków, czując, jak przyjemne zimno spływa mu po gardle.
— Coś wolno dziś, młody — rzucił obrońca, mijając go z krzywym uśmiechem.
Lukas opuścił butelkę i spojrzał na niego spod mokrych od potu kosmyków włosów.
— Spierdalaj — odrzucił.
Obrońca roześmiał się krótko, ale Lukas już na niego nie patrzył. Jego wzrok zatrzymał się na wyjściu z tunelu. Edgar Marlow, jeden z menadżerów klubu, wszedł na boisko szybkim, nerwowym krokiem. Zwykle potrafił wyglądać tak, jakby miał pod kontrolą wszystko: kontrakty, sponsorów, wywiady, humory trenerów i to, który zawodnik akurat udawał, że nie słyszy poleceń sztabu. Teraz jednak był sztywniejszy niż zwykle. Nie poprawiał mankietów. Nie rzucał uwag pod nosem. Nie próbował uśmiechać się do zawodników.
I nie był sam.
Obok niego szła kobieta, której obecność natychmiast wprowadziła chłopaka w niepokój. Nie miała na sobie barw Puddlemere. Nie niosła notesu prasowego. Nie wyglądała jak ktoś z administracji, kto przyszedł przypomnieć o podpisach pod kontraktem albo obowiązkowym spotkaniu z darczyńcami. Poruszała się spokojnie, ale w tym spokoju było coś twardego. Coś, co sprawiało, że nawet sztab przestawał na moment mówić.
Marlow rozejrzał się po drużynie, aż jego wzrok znalazł Lukasa.
— Nott — zawołał. Głos miał niższy niż zwykle. Bardziej oficjalny. — Podejdź na chwilę.
Lukas zakręcił korek butelki i odstawił ją na stojak, po czym ruszył powoli, czując na sobie kilka spojrzeń kolegów z drużyny. Nie lubił tego. Nie wtedy, kiedy nie wiedział, o co chodzi. Nie wtedy, kiedy ktoś inny ustawiał scenę, a on dopiero miał poznać swoją kwestię.
Zatrzymał się przed menadżerem.
— Co jest?
Marlow nie odpowiedział od razu. Najpierw wyprostował się odruchowo, jakby obecność kobiety obok wymagała od niego większej staranności. Spojrzał na nią z wyraźnym szacunkiem, niemal ostrożnością, której Lukas nie widział u niego nawet podczas rozmów z właścicielami klubu.
— Lukas — powiedział Marlow, tym razem ciszej, ale wyraźnie. — To pani Victoria Lestrange z Biura Aurorów.
Na dźwięk nazwiska kilku zawodników przy ławce, najwidoczniej podsłuchujących rozmowę, zamilkło. Lukas spojrzał na kobietę uważniej. Jej twarz wydała mu się znajoma, mógłby postawić galeona, że już ją gdzieś widział. Za to Marlow ciągnął dalej, z wyraźnym namysłem dobierając słowa:
— Klub zgłosił sprawę oficjalnie. I uznaliśmy, że skoro istnieje choćby cień związku z… tamtym incydentem, nie możemy traktować ostatnich wydarzeń powierzchownie.
Lukas przeniósł wzrok z Victorii na Marlowa.
— Chodzi o pogróżki — powiedział w końcu.
Nie było to pytanie, bardziej czyste stwierdzenie, na które Marlow tylko skinął głową.
— Tak. O pogróżki. I o Spaloną Noc.
Na karku Lukasa pot nagle ostygł. Wiatr przeszedł przez murawę mocniejszym podmuchem. Gdzieś za nim ktoś przesunął miotłę po trawie. Dźwięk był cichy, ale w tej krótkiej ciszy zabrzmiał nienaturalnie wyraźnie.
— Tamto zajście na ulicy — dodał Marlow. — Aurorka Lestrange będzie prowadzić sprawę z ramienia Biura. Klub zapewni jej pełną współpracę.
Nie powiedział tego tonem człowieka, który załatwił formalność. Powiedział to tonem człowieka, który wie, że właśnie oddaje sprawę komuś znacznie poważniejszemu niż klubowa ochrona czy dział prawny.
Lukas znów spojrzał na Victorię.
— Rozumiem — powiedział.
Brzmiało to jednak bardziej jak: słyszałem, co powiedziałeś, niż jak rzeczywiste uznanie powagi sytuacji. Był zawodnikiem jednej z topowych drużyn ligi. Młodym, szybkim, bezczelnym i wystarczająco dobrym, by prasa zdążyła już nazwać go przyszłością Puddlemere, zanim on sam zdążył nauczyć się ignorować własne nazwisko na pierwszych stronach sportowych dodatków. Pogróżki były częścią gry. Kibice kochali, nienawidzili, pisali listy, rzucali klątwy na plakaty, obiecywali rzeczy, których zwykle nigdy nie mieli odwagi zrobić. Środowiska kibicowskie miały swoich fanatyków. Każdy klub miał. Ale Marlow nie wyglądał, jakby chodziło o kolejnego wariata, który przegrał ligowy zakład.
— Porozmawiacie w gabinecie albo przy szatniach — powiedział menadżer. — Jak wolisz. Trening może poczekać.
Lukas prychnął cicho, bardziej odruchowo niż z rozbawienia.
— Puchar nie zaczeka.
Dopiero po chwili zorientował się, jak głupio to zabrzmiało. Tak, jakby wolał ścigać złoty punkt w powietrzu, niż przyznać, że ktoś właśnie wszedł w jego życie z zaostrzonym nożem. Otarł dłonią kark. Czuł na sobie spojrzenia drużyny, Marlowa, sztabu. Czuł też spojrzenie Victorii Lestrange. Uniósł brodę odrobinę wyżej, bardziej z nawyku niż z potrzeby.
— Ale chyba tym razem zrobimy wyjątek — powiedział. I choć ton miał nadal lekko arogancki, nie było w nim już drwiny.
— Nott, wysokość! — ryknął ktoś z dołu.
Lukas nawet nie mrugnął, zresztą i tak by nie posłuchał. Szarpnął miotłę za zniczem, czując, jak podbrzusze podchodzi mu do gardła przy gwałtownej zmianie kierunku. Przez sekundę był pewien, że ma go już w zasięgu. Wyciągnął rękę. Puste powietrze przecięło mu przerwę między palcami. Znicz umknął o włos, bezczelnie lekko, jakby robił to wyłącznie po to, by go zirytować.
Lukas parsknął pod nosem z widocznym wyrzutem po nieudanym manewrze, po czym zawrócił ciasnym łukiem. Miotła jęknęła pod naciskiem. Na dole jeden z asystentów uniósł tabliczkę z czwórką symbolizującą manewr, drugi coś notował, a trener ścigających klął pod nosem, bo Lukas przerwał im ustawienie pod kontratak. Zanim chłopak ponownie zebrał się do sprintu, gwizdek przeciął powietrze. Raz. Drugi. Trzeci. Koniec ćwiczenia.
Zwolnił dopiero po kilku metrach, pozwalając miotle wytracić prędkość szerokim łukiem. Wylądował lekko, niemal niedbale, choć mięśnie ud i barków paliły po serii krótkich pościgów. Zsunął się z miotły, obrócił ją w dłoni i dopiero wtedy poczuł, jak mocno bije mu serce.
— Do środka, wszyscy! — krzyknął jeden z trenerów, wymachując ręką w stronę ławki. — Pięć minut przerwy, potem ćwiczymy Hawkshead! Pałkarze zostają przy lewej flance, obrońcy pracują nad długim wybiciem!
Zawodnicy zaczęli schodzić z powietrza jeden po drugim. Miotły uderzały miękko o trawę. Ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, próbując zagłuszyć zmęczenie. Jeden ze ścigających narzekał, że wiatr znosi kafla, a pałkarz o szerokich ramionach kłócił się z trenerem, że tłuczek „jest flakiem”, co oczywiście było najstarszą wymówką w tej dyscyplinie. Sztab krzątał się przy bocznej linii w dobrze znanym chaosie. Jeden z asystentów rozdawał ręczniki, drugi poprawiał notatki na podkładce, trzeci podstawiał zaczarowane butelki z wodą, które same wracały na stojak, gdy ktoś odłożył je byle jak. Klubowy uzdrowiciel przyglądał się zawodnikom tym irytująco spokojnym spojrzeniem.
Lukas sięgnął po wodę i wypił kilka łyków, czując, jak przyjemne zimno spływa mu po gardle.
— Coś wolno dziś, młody — rzucił obrońca, mijając go z krzywym uśmiechem.
Lukas opuścił butelkę i spojrzał na niego spod mokrych od potu kosmyków włosów.
— Spierdalaj — odrzucił.
Obrońca roześmiał się krótko, ale Lukas już na niego nie patrzył. Jego wzrok zatrzymał się na wyjściu z tunelu. Edgar Marlow, jeden z menadżerów klubu, wszedł na boisko szybkim, nerwowym krokiem. Zwykle potrafił wyglądać tak, jakby miał pod kontrolą wszystko: kontrakty, sponsorów, wywiady, humory trenerów i to, który zawodnik akurat udawał, że nie słyszy poleceń sztabu. Teraz jednak był sztywniejszy niż zwykle. Nie poprawiał mankietów. Nie rzucał uwag pod nosem. Nie próbował uśmiechać się do zawodników.
I nie był sam.
Obok niego szła kobieta, której obecność natychmiast wprowadziła chłopaka w niepokój. Nie miała na sobie barw Puddlemere. Nie niosła notesu prasowego. Nie wyglądała jak ktoś z administracji, kto przyszedł przypomnieć o podpisach pod kontraktem albo obowiązkowym spotkaniu z darczyńcami. Poruszała się spokojnie, ale w tym spokoju było coś twardego. Coś, co sprawiało, że nawet sztab przestawał na moment mówić.
Marlow rozejrzał się po drużynie, aż jego wzrok znalazł Lukasa.
— Nott — zawołał. Głos miał niższy niż zwykle. Bardziej oficjalny. — Podejdź na chwilę.
Lukas zakręcił korek butelki i odstawił ją na stojak, po czym ruszył powoli, czując na sobie kilka spojrzeń kolegów z drużyny. Nie lubił tego. Nie wtedy, kiedy nie wiedział, o co chodzi. Nie wtedy, kiedy ktoś inny ustawiał scenę, a on dopiero miał poznać swoją kwestię.
Zatrzymał się przed menadżerem.
— Co jest?
Marlow nie odpowiedział od razu. Najpierw wyprostował się odruchowo, jakby obecność kobiety obok wymagała od niego większej staranności. Spojrzał na nią z wyraźnym szacunkiem, niemal ostrożnością, której Lukas nie widział u niego nawet podczas rozmów z właścicielami klubu.
— Lukas — powiedział Marlow, tym razem ciszej, ale wyraźnie. — To pani Victoria Lestrange z Biura Aurorów.
Na dźwięk nazwiska kilku zawodników przy ławce, najwidoczniej podsłuchujących rozmowę, zamilkło. Lukas spojrzał na kobietę uważniej. Jej twarz wydała mu się znajoma, mógłby postawić galeona, że już ją gdzieś widział. Za to Marlow ciągnął dalej, z wyraźnym namysłem dobierając słowa:
— Klub zgłosił sprawę oficjalnie. I uznaliśmy, że skoro istnieje choćby cień związku z… tamtym incydentem, nie możemy traktować ostatnich wydarzeń powierzchownie.
Lukas przeniósł wzrok z Victorii na Marlowa.
— Chodzi o pogróżki — powiedział w końcu.
Nie było to pytanie, bardziej czyste stwierdzenie, na które Marlow tylko skinął głową.
— Tak. O pogróżki. I o Spaloną Noc.
Na karku Lukasa pot nagle ostygł. Wiatr przeszedł przez murawę mocniejszym podmuchem. Gdzieś za nim ktoś przesunął miotłę po trawie. Dźwięk był cichy, ale w tej krótkiej ciszy zabrzmiał nienaturalnie wyraźnie.
— Tamto zajście na ulicy — dodał Marlow. — Aurorka Lestrange będzie prowadzić sprawę z ramienia Biura. Klub zapewni jej pełną współpracę.
Nie powiedział tego tonem człowieka, który załatwił formalność. Powiedział to tonem człowieka, który wie, że właśnie oddaje sprawę komuś znacznie poważniejszemu niż klubowa ochrona czy dział prawny.
Lukas znów spojrzał na Victorię.
— Rozumiem — powiedział.
Brzmiało to jednak bardziej jak: słyszałem, co powiedziałeś, niż jak rzeczywiste uznanie powagi sytuacji. Był zawodnikiem jednej z topowych drużyn ligi. Młodym, szybkim, bezczelnym i wystarczająco dobrym, by prasa zdążyła już nazwać go przyszłością Puddlemere, zanim on sam zdążył nauczyć się ignorować własne nazwisko na pierwszych stronach sportowych dodatków. Pogróżki były częścią gry. Kibice kochali, nienawidzili, pisali listy, rzucali klątwy na plakaty, obiecywali rzeczy, których zwykle nigdy nie mieli odwagi zrobić. Środowiska kibicowskie miały swoich fanatyków. Każdy klub miał. Ale Marlow nie wyglądał, jakby chodziło o kolejnego wariata, który przegrał ligowy zakład.
— Porozmawiacie w gabinecie albo przy szatniach — powiedział menadżer. — Jak wolisz. Trening może poczekać.
Lukas prychnął cicho, bardziej odruchowo niż z rozbawienia.
— Puchar nie zaczeka.
Dopiero po chwili zorientował się, jak głupio to zabrzmiało. Tak, jakby wolał ścigać złoty punkt w powietrzu, niż przyznać, że ktoś właśnie wszedł w jego życie z zaostrzonym nożem. Otarł dłonią kark. Czuł na sobie spojrzenia drużyny, Marlowa, sztabu. Czuł też spojrzenie Victorii Lestrange. Uniósł brodę odrobinę wyżej, bardziej z nawyku niż z potrzeby.
— Ale chyba tym razem zrobimy wyjątek — powiedział. I choć ton miał nadal lekko arogancki, nie było w nim już drwiny.