10.05.2026, 02:49 ✶
1957
Szedłem przodem, równym, wyuczonym krokiem, który nie zdradzał ani pośpiechu, ani czekania, pilnując własnej zasady trzymania się równo dwa i pół kroku przed nią z uporem, którego nie miałem zamiaru tłumaczyć ani łagodzić - mimo że słyszałem przecież jej oddech, krótszy, bardziej nerwowy, jasno dający mi do zrozumienia, iż powinienem zwolnić - było w tym coś drażniąco satysfakcjonującego, że to ona musiała dopasować się do mnie, nie odwrotnie, więc nie zamierzałem odbierać sobie przyjemności. Nie oglądałem się co chwilę, nie dawałem Prue powodów do radości, zamiast tego regulowałem własne ruchy w sposób tak subtelny, żeby nie było w nich widać żadnej kalkulacji, choć w rzeczywistości były one niemal mechanicznie dostosowane do tego, aby dać jej popalić, jednak nie pozwolić na to, by padła gdzieś po drodze - gdzieś z tyłu mojej głowy przez ten cały czas, odkąd ruszyliśmy, siedziała świadomość, że gdybym naprawdę przyspieszył, idąc jak zwykle, musiałaby praktycznie biec, a aż tak nisko nie zamierzałem schodzić, nawet… Zwłaszcza… Wobec niej. Choć przecież sama się w to wpakowała, rzucając mi wyzwanie z tym swoim bezczelnym uśmieszkiem, który aż prosił się o to, żeby go zetrzeć - to było wręcz żałosne, jak oczywiste były jej sztuczki, a mimo to działały, bo nie miałem najmniejszego zamiaru odpuścić - nie zwalniałem, prowadząc nas prosto przez łąkę, w kierunku ciemnej ściany lasu, która rosła przed nami z każdym krokiem.- Oczywiście, co tydzień, obowiązkowo. - Przytaknąłem z suchą ironią, pozwalając, by w moim głosie zabrzmiała nuta znudzonej wyższości, którą opanowałem do perfekcji. - W końcu nic tak nie odpręża, jak zanurzenie się po szyję w cuchnącej brei i modlenie się, żeby coś cię nie wciągnęło głębiej. - Kącik ust drgnął mi nieznacznie, chociaż nie dałem jej tej satysfakcji, żeby zobaczyła pełen uśmiech, było w tym coś przyjemnego - to drobne przekomarzanie się, nawet jeśli podszyte było rywalizacją, której żadne z nas nie zamierzało odpuścić.
Wkroczyłem między drzewa bez wahania, nie oglądając się, czy nadążała, bo jeśli miała problem, to był jej problem, nie mój… A jednak zostawiłem między nami tyle przestrzeni, żeby nie musiała biec.
Na jej słowa o mnie, o tym, że nie przejmowałem się nikim poza sobą, parsknąłem cicho, tym razem bez śladu wcześniejszego rozbawienia, bardziej jak ktoś, kto słyszał to już wcześniej i zdążył się do tego przyzwyczaić.
- Och, oszczędź mi tych moralnych wywodów, Bletchley. Oboje doskonale wiemy, jak to wygląda. - Rzuciłem z wyraźnym znużeniem, które było w dużej mierze na pokaz, bo w rzeczywistości każde jej zdanie trafiało dokładnie tam, gdzie powinno.
Las zbliżał się powoli, gęstniał z każdym krokiem, powietrze stawało się chłodniejsze i bardziej wilgotne, a ziemia pod butami przestawała być przyjemnie sprężysta, co tylko podsycało moje wcześniejsze uwagi o bagnie, chociaż wiedziałem, że gdzieś za tą ścianą zieleni miało być jezioro, cel naszej umowy, której zamierzałem dopilnować do końca, choćby tylko po to, żeby zobaczyć, czy Prudence w którymkolwiek momencie się zawaha. Gałęzie zaczęły zahaczać o moje ramiona, o przedramiona i nogi, zostawiając cienkie, piekące ślady, które ignorowałem równie łatwo jak wszystko inne, co nie było celem. Miejsce, w którym mogliśmy się wyłapać, nie zaznawszy kąpieli błotnej, istniało gdzieś przed nami, byłem tego pewien z uporem graniczącym z arogancją, i właśnie ten upór pchał mnie dalej, przez kolejne warstwy zieleni, które stawały się coraz bardziej nieprzeniknione.
- Mam dobrą pamięć do wszystkiego, co warte zapamiętania. - Odpowiedziałem po chwili, zerkając na nią kątem oka. Zatrzymałem na moment gałąź, żeby nie uderzyła jej w twarz, kiedy przechodziła, i puściłem ją dopiero wtedy, kiedy znalazła się wystarczająco blisko, żeby sama mogła się z nią zmierzyć, bo drobne uprzejmości nie oznaczały, że zamierzałem ułatwiać jej wszystko. - To, że akurat twoje potknięcia się do tego zaliczają, to już nie moja wina.
Zrobiłem jeszcze kilka kroków, wsłuchując się w odgłosy lasu, w ciche trzaski, w szelest liści, aż w końcu uniosłem lekko brew, bo gdzieś przed nami pojawił się inny dźwięk, subtelny, ale wyraźny…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)