Dobrze wiedział, jak skrzypiąca i wadliwa była ministerialna machina, ale doświadczenie jej wnętrza na własnej skórze wciąż potrafiło poruszyć go w ten szczególny, nieprzyjemny sposób. Było coś głęboko odrażającego w świadomości, że nawet w obliczu największego zagrożenia publicznego we współczesnej historii kraju, najważniejsi urzędnicy dalej w pierwszej kolejności wykorzystywali państwowe instrumenty do załatwiania własnych porachunków. Londyn płonął się niespełna miesiąc temu, Wizengamot trząsł się pod ciężarem politycznych napięć, a mimo to ludzie nadal pozostawali ludźmi. Mali, pamiętliwi i śmiesznie przywiązani do własnych urazów. Być może być właśnie dlatego państwa nigdy nie upadały od jednego wielkiego ciosu. Gniły od środka, po trochu, dzień po dniu. Nie przeszkadzało mu to jednak. Wręcz przeciwnie. Brzydota systemu była znacznie bardziej użyteczna niż jego rzekoma moralność. O wiele łatwiej było odnaleźć się w miejscu, które nawet nie próbowało być czyste. Przesuwał wzrokiem po dokumentacji Koroleva z jakby spokojem, co jakiś czas zatrzymując uwagę na dopiskach Moody’ego, pojedynczych sformułowaniach, datach, subtelnych rozbieżnościach między zeznaniami. Wszystko pachniało w tym dokładnie tym samym chaosem tamtej nocy. Desperacją, strachem i politycznym głodem sukcesu. Idealne warunki do stworzenia precedensu. Albo kozła ofiarnego.
Louvain nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że już pierwszego dnia w tym gabinecie przyjdzie mu prowadzić szeroko zakrojoną grę polityczną wymierzoną w najważniejsze trybiki tej skrzypiącej konstrukcji. Takie rzeczy wymagały czasu. Cierpliwości. Najpierw należało nauczyć się rytmu miejsca. Rewolucji nie przeprowadzało się z pozycji człowieka, który jeszcze przed godziną wnosił do gabinetu pudełko z własnymi rzeczami. Musiał się wdrożyć. A skoro materiałem do tego miała być sprawa Koroleva, zamierzał to zaakceptować bez zbędnego grymasu niezadowolenia. Z pewnością mógł zostać potraktowany gorzej. Z rana, siedząc jeszcze pomiędzy resztą asystentów i innych stażystów, zasłyszał jakie upokorzenia potrafią zaznać młodzi i ambitni. Sterty bezwartościowych aneksów, godziny archiwizacji dokumentów albo pilnowaniem terminów rozpraw starych sędziów, którzy ledwo pamiętali własne nazwiska. Na tle podobnych zajęć ta sprawa była niemal uprzejmością. I choć prywatna vendetta Lorien pachniała małostkowością wyczuwalną nawet spomiędzy drobnych linijek akt, Louvain potrafił dostrzec w tym coś więcej. Wyłożenie przed nim właśnie tej, odbierał jako pewien rodzaj kredytu zaufania. Nie dawało się przecież osobistych spraw w ręce ludzi, których uważało się za niepewnych. Nawet jeśli pani sędzia nigdy nie przyznałaby tego w prost, sam fakt, że pozwalała mu uczestniczyć w czymś tak politycznie niewygodnym i jednocześnie tak prywatnie drażliwym, mówił wystarczająco dużo. - “Świadek koronny”... - powtórzył za Lorien - brzmi niemal elegancko. Cywilizowanie. Jak coś, co pozwala zachować twarz wszystkim zaangażowanym stronom. W praktyce to tylko bardziej wyrafinowana forma kupowania lojalności. - Dla małych rybek może to i niewielka ulga, mały wyrok dla większości jest do zniesienia, w przeciwieństwie do rewanżu ze strony pokrzywdzonych przez nich reszty rybek. Odparł zainteresowany, ważąc w myślach ile warte jest parę lat wyrwane z życia, a ile groźba zemsty do końca życia. Prawdopodobnie niewiele. Szczególnie jeśli to system miał zapewnić takiej rybce ochronę. A właśnie usłyszał jak personifikacja tego systemu sama nie skorzystałaby z takiej oferty. To chyba najbardziej szczera i rzetelna ocena takiego rozwiązania.
Słuchał jej uważnie, z koncentracją, układającsię w pamięci każde kolejne zdanie. Rozsiadł się na fotelu przed jej biurkiem z biurową elegancją wypracowaną latami przebywania w ministerialnych gabinetach. NaNiezbyt wygodnie, trochę zbyt prosto, jakby nawet odpoczynek musiał tutaj podporządkować się etykiecie. Jedno ramię oparł lekko o podłokietnik, drugą dłonią obracając powoli pióro między palcami, podczas gdy spojrzenie pozostawało utkwione w Lorien. Im dłużej mówiła, tym wyraźniej czuł pod skórą znajomy chłód. Nie ten wynikający ze strachu, to było coś bardziej niepokojącego. Świadomość, że siedzi naprzeciw kobiety, która bardzo jasno i bardzo świadomie tłumaczy mu, że prawo zaczyna szukać sposobu na karanie nie tylko czynów, lecz ludzi. Idei i symboli. Moze nawet samych skojarzeń. Mimowolnie niemal poruszył przedramieniem. Instynktownie. Jakby ciało chciało upewnić się, że materiał koszuli nadal szczelnie zakrywa skórę i wszystko to, czego nigdy nie powinien odsłonić przed światem. Powstrzymał się jednak w ostatniej chwili, zanim ruch zdążył nabrać kształtu. To byłoby zbyt oczywiste, zbyt nerwowe. Zamiast tego uniósł lekko brew i odchylił głowę odrobinę w bok, pozwalając, by na jego twarzy pojawiło się kontrolowane, uprzejme zaskoczenie. - Piętno zła? - powtórzył z wyraźnym zainteresowaniem, jakby próbował uchwycić sens nieznanego sobie pojęcia. Powiedział to spokojnie, niemal neutralnie, choć w środku myśli pracowały już znacznie szybciej niż wcześniej. Musiał być wiarygodny. Bo niewielu rzeczywiście wiedziało. Pogłoski o specjalnym oznaczaniu najwierniejszych sług Czarnego Pana pojawiały się gdzieś na obrzeżach szeptanych rozmów, lecz pozostawały bardziej elementem społecznej paranoi niż potwierdzoną informacją. Wiedza o Mrocznym Znaku na skórze, nie na tym który wisiał na niebie i zwiastował najmroczniejsze, nie była powszechna nawet wśród ludzi zainteresowanych polityką czy działalnością Ministerstwa. To były informacje krążące wyłącznie w zamkniętych kręgach, między aurorami, najwyższymi urzędnikami i tymi, którzy sami nosili podobne symbole na własnym ciele. A Louvain, zgodnie ze swoją starannie budowaną personą, nie miał przecież żadnego powodu, by należeć do którejkolwiek z tych grup.
- Bardzo. - odpowiedział już z większym entuzjazmem i rozluźnieniem na twarzy, na zadane mu pytanie. - Zwłaszcza kiedy przestaje być ciągiem nartwych dat i liczb, a zaczyna być nauką dla przyszłości.