09.05.2026, 11:06 ✶
Gdy został pouczony o detalach pokrewieństwa pana Fawleya z czaszką, Woody pokiwał głową z powagą dorównującą tej Othella.
— Aha, stryjeczny. Ma sens. Gdy następnym razem będziecie się słyszeć, proszę przekazać, że w rzeczy samej ma piękny kształt. — Bo z tymi spirytystami to nigdy nie wiadomo, kiedy im przyjdzie do głowy stryjecznego dziadka z zaświatów przytargać do stołu.
Woody zachowywał się najzupełniej normalnie i twarz miał pokerową, lecz w duchu ulegał ponurej i melancholijnej atmosferze zakładu. Śmierć budziła w nim ten bardzo ludzki podskórny dyskomfort. Nie bał się patrzeć na trupy — a gdzie tam! Jak to przystało na detektywa z długoletnim stażem, się w swoim życiu Woody Tarpaulin był naoglądał trucheł co nie miara. Trupy młodych, trupy starych. Trupy świeże, trupy… które bardziej przypominały już mokrą papę. Nie robiły na nim wrażenia procesy gnilne, plamy opadowe, stężenia pośmiertne, trupie wonie… ach, może wonie wyłączmy z wyliczenia; do smrodu rozkładającego się ciała nigdy nie szło się przyzwyczaić. Lecz pogrzeby… to była inna sytuacja. Cała ceremonia, moment pożegnania. Ledwo na wiosnę Longbottom żegnał rodzonego brata — młody zdrowy chłop. Rana, która wciąż się na Woodym goiła, rozdrapana niedawnymi odwiedzinami ducha Derwina. Zbyt wiele od rozpoczęcia wojny było tych niespodziewanych pożegnań, zbyt wiele tragedii i lęków, aby w domu pogrzebowym Tarp mógł czuć się zupełnie swobodnie.
Temat, jaki tam czarodzieja sprowadził, był dlań — w kontraście do tejże otoczki — przezabawny. Poczucie humoru stary miał rubaszne i niewybredne. Oczywiście, że bawiły go woskowe penisy podawane po Londynie z rąk do rąk — bawiły, jak polskiego ojca, który po dwóch piwkach trafia na straganie w Zakopcu na wystawkę fallicznych breloków made in ChRL.
— Może — zawyrokował w odpowiedzi na pytanie o lubczyk. — Może. Panie, ja nie wiem. — Tarpaulin wzruszył bezradnie ramionami. — Gdybym wiedział, jak to jest zrobione, to bym se sam na kuchni ukręcił taką świeczuszkę. — Chuja by sobie ukręcił. Łapy miał jak z drewna.
To powiedziawszy, stary pogrzebał chwilę w walizce i wyciągnął z niej list od Charlesa, który był dołączony do zamówienia; przeleciał go wzrokiem za jakimi szczegółami, które mogły być pomocne.
— Fachowy węch, fachowe podejście — pochwalił Othella. — Na wrażeniu autentyczności mi zależy. Ta — pokazał mniejszą świeczuszkę — jest faktycznie waniliowa. Jeśli pan podejmuje wyzwanie, zapłaciłbym za kilka… powiedzmy na początek pięć sztuk… w tym większym rozmiarze, ale o właściwościach waniliowego mikruska.
— Aha, stryjeczny. Ma sens. Gdy następnym razem będziecie się słyszeć, proszę przekazać, że w rzeczy samej ma piękny kształt. — Bo z tymi spirytystami to nigdy nie wiadomo, kiedy im przyjdzie do głowy stryjecznego dziadka z zaświatów przytargać do stołu.
Woody zachowywał się najzupełniej normalnie i twarz miał pokerową, lecz w duchu ulegał ponurej i melancholijnej atmosferze zakładu. Śmierć budziła w nim ten bardzo ludzki podskórny dyskomfort. Nie bał się patrzeć na trupy — a gdzie tam! Jak to przystało na detektywa z długoletnim stażem, się w swoim życiu Woody Tarpaulin był naoglądał trucheł co nie miara. Trupy młodych, trupy starych. Trupy świeże, trupy… które bardziej przypominały już mokrą papę. Nie robiły na nim wrażenia procesy gnilne, plamy opadowe, stężenia pośmiertne, trupie wonie… ach, może wonie wyłączmy z wyliczenia; do smrodu rozkładającego się ciała nigdy nie szło się przyzwyczaić. Lecz pogrzeby… to była inna sytuacja. Cała ceremonia, moment pożegnania. Ledwo na wiosnę Longbottom żegnał rodzonego brata — młody zdrowy chłop. Rana, która wciąż się na Woodym goiła, rozdrapana niedawnymi odwiedzinami ducha Derwina. Zbyt wiele od rozpoczęcia wojny było tych niespodziewanych pożegnań, zbyt wiele tragedii i lęków, aby w domu pogrzebowym Tarp mógł czuć się zupełnie swobodnie.
Temat, jaki tam czarodzieja sprowadził, był dlań — w kontraście do tejże otoczki — przezabawny. Poczucie humoru stary miał rubaszne i niewybredne. Oczywiście, że bawiły go woskowe penisy podawane po Londynie z rąk do rąk — bawiły, jak polskiego ojca, który po dwóch piwkach trafia na straganie w Zakopcu na wystawkę fallicznych breloków made in ChRL.
— Może — zawyrokował w odpowiedzi na pytanie o lubczyk. — Może. Panie, ja nie wiem. — Tarpaulin wzruszył bezradnie ramionami. — Gdybym wiedział, jak to jest zrobione, to bym se sam na kuchni ukręcił taką świeczuszkę. — Chuja by sobie ukręcił. Łapy miał jak z drewna.
To powiedziawszy, stary pogrzebał chwilę w walizce i wyciągnął z niej list od Charlesa, który był dołączony do zamówienia; przeleciał go wzrokiem za jakimi szczegółami, które mogły być pomocne.
— Fachowy węch, fachowe podejście — pochwalił Othella. — Na wrażeniu autentyczności mi zależy. Ta — pokazał mniejszą świeczuszkę — jest faktycznie waniliowa. Jeśli pan podejmuje wyzwanie, zapłaciłbym za kilka… powiedzmy na początek pięć sztuk… w tym większym rozmiarze, ale o właściwościach waniliowego mikruska.
piw0 to moje paliwo