05.05.2026, 21:50 ✶
Nie powiedziałem tego na głos - tak właściwie, miałem nadzieję w ogóle tego nie robić, przeżywając po prostu jeden zupełnie normalny dzień z kobietą, z którą nieoczekiwanie naprawdę chciałem spędzać czas, chociaż wiedziałem, iż los rzadko spełniał moje życzenia w tej materii - ale coś w tej ciszy zaczynało coraz bardziej mnie drażnić. Nie było to nic konkretnego, bardziej uczucie dyskomfortu, impuls, niczym niewidoczna drzazga wbita pod paznokieć, której nie dało się zignorować, choć od samego rana bardzo starałem się to robić. Nie byłem w stanie powiedzieć, kiedy pierwszy raz zacząłem czuć się obserwowany, jednak miałem nieodparte wrażenie, że ktoś lub coś przez cały czas kryło się na krawędzi mojego wzroku - na tyle wyraźne, bym odczuwał narastającą frustrację, nie mogąc wskazać domniemanego intruza, ale jednocześnie mgliste i nieokreślone. Mimo to starałem się nie dać tego po sobie poznać, spoglądając na Prue, jakby nic się nie zmieniło - jakby to, co siedziało mi z tyłu głowy było tylko tworem mojej paranoi, wyobraźnią podszywającą mi dziwne scenariusze, bo ostatnią rzeczą, jaką zamierzałem zrobić, było pozwolenie, żeby cokolwiek popsuło nam ten dzień.
Prudence, siedząca obok, wydawała się w tym rajskim anturażu niemal nierealna - z rozwianymi włosami i głębokim spojrzeniem, które wreszcie przestało wpatrywać się we mnie z lodowatą intensywnością, zastąpioną czymś zupełnie innym, wyglądała tak, że serce podchodziło mi do gardła, nawet jeśli za nic bym się do tego nie przyznał.
- No, w końcu ktoś musi tszymaś poziom. - Rzuciłem lekko, podtrzymując wydźwięk naszej rozmowy, choć głos miałem przyciszony, bardziej skupiony, niż chciałem to po sobie pokazać, bo mimo tej całej sielanki, mimo bezchmurnego nieba i natury, która powinna działać kojąco, coś dalej nie dawało mi spokoju - coś, co zaczęło się jeszcze przed naszym spacerem nad jezioro i teraz tylko przybrało na sile, rozciągając się cieniem gdzieś pomiędzy drzewami.
Wrzesień kpił sobie z nas w żywe oczy, słońce prażyło z tropikalną intensywnością, wyciągając z ziemi zapach rozgrzanej trawy i igliwia, a ja, zamiast jak normalny facet cieszyć się wolnym popołudniem i kobietą, która w końcu przestała trzymać mnie na dystans, wciąż nie mogłem wyłączyć tego pieprzonego radaru, który podpowiadał mi, że cisza wokół nas była zbyt gęsta, w jakiś sposób wyreżyserowana - co prawda - nie pokusiłbym się o stwierdzenie, iż udział w tym miały jakieś mityczne siły, zwłaszcza gdy ostatnie dni udowodniły, że wokół nas było wystarczająco wielu realnych ludzi, ale to wcale nie było żadnym pocieszeniem. Miałem wrażenie, że świat wstrzymał oddech przed uderzeniem, które i tak musiało nadejść, przed bolesnym zderzeniem z rzeczywistością mającym mieć miejsce w naszej wspólnej, nieistniejącej na dłuższą metę, przyszłości, niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy o nim zapomnieć.
Po tym pierwszym wyraźnym dźwięku nie potrafiłem już całkowicie zbywać tego dreszczu niepokoju - w moim skomplikowanym życiu nauczyłem się już, że takie rzeczy rzadko były przypadkowe, nawet jeśli bardzo chciało się w to wierzyć - przesunąłem jednak dłonią po karku, jakbym mógł w ten sposób strzepnąć z siebie to wrażenie, i na moment przymknąłem oczy. Starałem się sprawiać wrażenie zrelaksowanego, przynajmniej jeszcze przez chwilę, w rzeczywistości dokładniej niż wcześniej omiotłem wzrokiem linię cienia, w którym coś - albo ktoś - mogło się czaić, nasłuchując uważniej, wyłapując każdy drobiazg, starając się wyczuć nawet ten nienaturalny ruch powietrza, który nie pasowałby do reszty układanki… Na próżno… Zostało tylko to wrażenie. Mimo to kiwnąłem głową na „czyli nie powinniśmy się martwić”, przeciągając się leniwie, jakbym naprawdę nie miał na karku całych lat, które nauczyły mnie, że takie zdania zwykle wypowiadało się chwilę przed tym, jak coś szło bardzo, bardzo nie tak.
- Och, zdecydowanie nie ma pojęcia. - Odezwałem się bez wahania, z nutą niezmąconej pewności, którą wypracowałem sobie przez lata, nawet jeśli nie zawsze była w pełni uzasadniona, po czym wróciłem spojrzeniem do Prue, pozwalając sobie na lekki, krzywy uśmiech - ten sam, który zwykle oznaczał, że balansowałem gdzieś pomiędzy kpiną a powagą. Na jej kolejne słowa uniosłem brwi, a potem zaśmiałem się krótko, szorstko, bez cienia wstydu, jak ktoś, kto nie raz już sprawdzał w praktyce, ile wart jest własny brak rozsądku, po czym odchrząknąłem cicho. - Wiesz co - dodałem jeszcze lżej, jakby to była spontaniczna, trochę głupia propozycja, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była - mosemy przestaś zgadywaś. Pszejdziemy się. Splawdzimy, co tam siedzi, albo upewnimy się, sze nic - zaoferowałem, przekrzywiając głowę i zerkając na nią z tym znajomym błyskiem w oczach. - A jak ktoś szeszywiście uznał, sze to dobly pomysł, szeby nas śledziś, to pszynajmniej oszczędzimy mu czekania. Co ty na to? - Skinąłem głową w stronę drzew, odsuwając od siebie wyjątkowo dziwną wersję deja vu związaną z nami i z przechadzką w nieznane, bo do niczego ono nie prowadziło - no, chyba, że w krzaki.
Prudence, siedząca obok, wydawała się w tym rajskim anturażu niemal nierealna - z rozwianymi włosami i głębokim spojrzeniem, które wreszcie przestało wpatrywać się we mnie z lodowatą intensywnością, zastąpioną czymś zupełnie innym, wyglądała tak, że serce podchodziło mi do gardła, nawet jeśli za nic bym się do tego nie przyznał.
- No, w końcu ktoś musi tszymaś poziom. - Rzuciłem lekko, podtrzymując wydźwięk naszej rozmowy, choć głos miałem przyciszony, bardziej skupiony, niż chciałem to po sobie pokazać, bo mimo tej całej sielanki, mimo bezchmurnego nieba i natury, która powinna działać kojąco, coś dalej nie dawało mi spokoju - coś, co zaczęło się jeszcze przed naszym spacerem nad jezioro i teraz tylko przybrało na sile, rozciągając się cieniem gdzieś pomiędzy drzewami.
Wrzesień kpił sobie z nas w żywe oczy, słońce prażyło z tropikalną intensywnością, wyciągając z ziemi zapach rozgrzanej trawy i igliwia, a ja, zamiast jak normalny facet cieszyć się wolnym popołudniem i kobietą, która w końcu przestała trzymać mnie na dystans, wciąż nie mogłem wyłączyć tego pieprzonego radaru, który podpowiadał mi, że cisza wokół nas była zbyt gęsta, w jakiś sposób wyreżyserowana - co prawda - nie pokusiłbym się o stwierdzenie, iż udział w tym miały jakieś mityczne siły, zwłaszcza gdy ostatnie dni udowodniły, że wokół nas było wystarczająco wielu realnych ludzi, ale to wcale nie było żadnym pocieszeniem. Miałem wrażenie, że świat wstrzymał oddech przed uderzeniem, które i tak musiało nadejść, przed bolesnym zderzeniem z rzeczywistością mającym mieć miejsce w naszej wspólnej, nieistniejącej na dłuższą metę, przyszłości, niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy o nim zapomnieć.
Po tym pierwszym wyraźnym dźwięku nie potrafiłem już całkowicie zbywać tego dreszczu niepokoju - w moim skomplikowanym życiu nauczyłem się już, że takie rzeczy rzadko były przypadkowe, nawet jeśli bardzo chciało się w to wierzyć - przesunąłem jednak dłonią po karku, jakbym mógł w ten sposób strzepnąć z siebie to wrażenie, i na moment przymknąłem oczy. Starałem się sprawiać wrażenie zrelaksowanego, przynajmniej jeszcze przez chwilę, w rzeczywistości dokładniej niż wcześniej omiotłem wzrokiem linię cienia, w którym coś - albo ktoś - mogło się czaić, nasłuchując uważniej, wyłapując każdy drobiazg, starając się wyczuć nawet ten nienaturalny ruch powietrza, który nie pasowałby do reszty układanki… Na próżno… Zostało tylko to wrażenie. Mimo to kiwnąłem głową na „czyli nie powinniśmy się martwić”, przeciągając się leniwie, jakbym naprawdę nie miał na karku całych lat, które nauczyły mnie, że takie zdania zwykle wypowiadało się chwilę przed tym, jak coś szło bardzo, bardzo nie tak.
- Och, zdecydowanie nie ma pojęcia. - Odezwałem się bez wahania, z nutą niezmąconej pewności, którą wypracowałem sobie przez lata, nawet jeśli nie zawsze była w pełni uzasadniona, po czym wróciłem spojrzeniem do Prue, pozwalając sobie na lekki, krzywy uśmiech - ten sam, który zwykle oznaczał, że balansowałem gdzieś pomiędzy kpiną a powagą. Na jej kolejne słowa uniosłem brwi, a potem zaśmiałem się krótko, szorstko, bez cienia wstydu, jak ktoś, kto nie raz już sprawdzał w praktyce, ile wart jest własny brak rozsądku, po czym odchrząknąłem cicho. - Wiesz co - dodałem jeszcze lżej, jakby to była spontaniczna, trochę głupia propozycja, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była - mosemy przestaś zgadywaś. Pszejdziemy się. Splawdzimy, co tam siedzi, albo upewnimy się, sze nic - zaoferowałem, przekrzywiając głowę i zerkając na nią z tym znajomym błyskiem w oczach. - A jak ktoś szeszywiście uznał, sze to dobly pomysł, szeby nas śledziś, to pszynajmniej oszczędzimy mu czekania. Co ty na to? - Skinąłem głową w stronę drzew, odsuwając od siebie wyjątkowo dziwną wersję deja vu związaną z nami i z przechadzką w nieznane, bo do niczego ono nie prowadziło - no, chyba, że w krzaki.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)