02.05.2026, 21:21 ✶
Icarus zastanawiał się czasem, czy wszystko, co się stało, było jakimś boskim planem. Miło by było mu myśleć, że bogowie chcieli, by on i Mona byli razem. Że tam, w Convivium, przeznaczenie ponownie ich połączyło. Jednak znaczyłoby to również, że wszystko inne było ich sprawką. Czy mieli jakiś większy plan, kiedy sprawiali mu tyle bólu? Czy to była jakaś okrutna lekcja?
— Zasługujesz na wszystko, co najlepsze, Mo. Choć to, że trafił ci się na boskiej loterii taki Prewett jest umiarkowanie szczęśliwym trafem — uśmiechnął się.
Nie potrafił uwierzyć, że Mona zaniżała swoją wartość. Przecież była przewspaniałą osobą — dobrą, inteligentną, piękną. Ludzie ją uwielbiali. Icarus widział to w ich oczach. Electra wielbiła Monę, podobnie musiał lubić ją Hannibal. Rowleówny nie dało się nie lubić. Miała w sobie coś, co natychmiast budziło u ludzi zaufanie. Co sprawiało, że w Hogwarcie, jako dręczony dzieciak, Icarus czuł się przy niej bezpiecznie i swobodnie. Szkoda, że nie widziała, ile znaczyła dla innych.
Kochał ją. Naprawdę ją kochał. Wiedział, też, że nie kochał w życiu nikogo innego. Nie w ten sposób. To jak w tym platońskim micie, gdzie dusze przed przyjściem na świat były ze sobą złączone, a potem musiały się znaleźć w ziemskim życiu. On odnalazł swoją drugą połówkę.
I ona kochała jego. Kochała go. Zobaczyłby w jej oczach zwątpienie, gdyby tam było. Czuł jednak, że mówiła ze szczerością. Znał ją na tyle, by to rozpoznać. Poczuł łzy napływające do oczu. Zapomniał jak to jest prawdziwie kochać. A teraz... jakby powrócił do czasów młodzieńczych. Może oboje stali się innymi ludźmi: bardziej poważnymi, smutnymi, obarczonymi świadomością tego, że w świecie nie działo się najlepiej. A jednak, byli oni też tymi samymi osobami, co wtedy. Dzieciakami, które podpierały się nawzajem, nawet jak wokół nich walił się świat.
Nie rozumiał jej słów po walijsku, jednak wiedział, że to je Mona wypowiadała z serca. Był to język jej przodków. Ziemi, w której się wychowywała. Zawsze te słowa brzmiały tak pięknie, gdy je wypowiadała.
— Sic erit; haeserunt tenues in corde sagittae,
et possessa ferus pectora versat Amor.
Cedimus, an subitum luctando accendimus ignem?
cedamus, leve fit, quod bene fertur, onus — wypowiedział słowa łacińskiego wiersza, którego się kiedyś nauczył. Słowa te wyrażały więcej niż potrafiłby powiedzieć po angielsku. Owidiusz jednak potrafił pisać o miłości jak mało kto.
A potem nachylił się nad nią. Odgarnął z jej czoła kosmyk ognistych włosów. Powoli zbliżył się i złączył ich usta w pocałunku. Jednym z takich, które potrafiły ponoć zdejmować klątwy. Jego myśli zajmowała ona i tylko ona. Kobieta jego życia. Najważniejsza osoba w jego świecie. Ta jedyna.
!BINGO A4
— Zasługujesz na wszystko, co najlepsze, Mo. Choć to, że trafił ci się na boskiej loterii taki Prewett jest umiarkowanie szczęśliwym trafem — uśmiechnął się.
Nie potrafił uwierzyć, że Mona zaniżała swoją wartość. Przecież była przewspaniałą osobą — dobrą, inteligentną, piękną. Ludzie ją uwielbiali. Icarus widział to w ich oczach. Electra wielbiła Monę, podobnie musiał lubić ją Hannibal. Rowleówny nie dało się nie lubić. Miała w sobie coś, co natychmiast budziło u ludzi zaufanie. Co sprawiało, że w Hogwarcie, jako dręczony dzieciak, Icarus czuł się przy niej bezpiecznie i swobodnie. Szkoda, że nie widziała, ile znaczyła dla innych.
Kochał ją. Naprawdę ją kochał. Wiedział, też, że nie kochał w życiu nikogo innego. Nie w ten sposób. To jak w tym platońskim micie, gdzie dusze przed przyjściem na świat były ze sobą złączone, a potem musiały się znaleźć w ziemskim życiu. On odnalazł swoją drugą połówkę.
I ona kochała jego. Kochała go. Zobaczyłby w jej oczach zwątpienie, gdyby tam było. Czuł jednak, że mówiła ze szczerością. Znał ją na tyle, by to rozpoznać. Poczuł łzy napływające do oczu. Zapomniał jak to jest prawdziwie kochać. A teraz... jakby powrócił do czasów młodzieńczych. Może oboje stali się innymi ludźmi: bardziej poważnymi, smutnymi, obarczonymi świadomością tego, że w świecie nie działo się najlepiej. A jednak, byli oni też tymi samymi osobami, co wtedy. Dzieciakami, które podpierały się nawzajem, nawet jak wokół nich walił się świat.
Nie rozumiał jej słów po walijsku, jednak wiedział, że to je Mona wypowiadała z serca. Był to język jej przodków. Ziemi, w której się wychowywała. Zawsze te słowa brzmiały tak pięknie, gdy je wypowiadała.
— Sic erit; haeserunt tenues in corde sagittae,
et possessa ferus pectora versat Amor.
Cedimus, an subitum luctando accendimus ignem?
cedamus, leve fit, quod bene fertur, onus — wypowiedział słowa łacińskiego wiersza, którego się kiedyś nauczył. Słowa te wyrażały więcej niż potrafiłby powiedzieć po angielsku. Owidiusz jednak potrafił pisać o miłości jak mało kto.
A potem nachylił się nad nią. Odgarnął z jej czoła kosmyk ognistych włosów. Powoli zbliżył się i złączył ich usta w pocałunku. Jednym z takich, które potrafiły ponoć zdejmować klątwy. Jego myśli zajmowała ona i tylko ona. Kobieta jego życia. Najważniejsza osoba w jego świecie. Ta jedyna.
!BINGO A4
Too close to the Sun
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.