No dobrze, miał teraz pełnie jej uwagi, bo na „nie pamiętam” aż przeniosła na niego spojrzenie, które mówiło „ach tak? A to dobre”.
– Której części nie pamiętasz? Może powinnam ci przypomnieć jak powinna wyglądać teoria? – nie zamierzała tego robić, nie tak na serio, po prostu jakimś cudem Calowi udało się, spomiędzy jej naprawdę beznadziejnego nastroju, wydobyć te iskry, które były tam na co dzień. – Tak, bo wróżbiarstwo tak w ogólności to wskazówki, ale jeśli znaki rozczytuje faktycznie wróżbita, który jest wrażliwy na… znaki formowane przez magię, czy jak to niektórzy lubią nazywać, absolut, to te wróżby potrafią być naprawdę niezwykle trafne. Dlatego często wróżbici są myleni z jasnowidzami – mruknęła i zasępiła się na moment. – Ale to co innego. W Hogwarcie wróżbiarstwo jest obowiązkowo nauczane? – pytała o to, bo z własnego, wcale niemałego, doświadczenia – nie każdy nadawał się na wróżbitę. Owszem, w teorii mógł się tego nauczyć zwykły czarodziej, a na pewno teorii, ale żeby faktycznie dostrzegać symbole, potrzeba było czegoś więcej. Wcale nie trzeciego oka. Ale lata przepalane na gapienie się w kryształową kulę mogły być czasem zupełnie straconym, jeśli nie ćwiczyło się właśnie tej wrażliwości na znaki, analizy, spostrzegawczości.
– Wiem – wiedziała, ale wiedza, świadomość tego, wcale nie sprawiało, że to było prostsze. Było… jak coś, co siłą wdziera się do życia, nagle, i zostaje z tobą już do końca, chociaż wcale tego nie chcesz. Jak nieuleczalna choroba, z którą wcale nie nauczyłeś się żyć od dziecka, tylko po prostu jednego dnia dostajesz diagnozę i… i musisz się nauczyć wokół tego tańczyć. Dzisiaj to był po prostu… było to nagromadzenie wielu negatywnych emocji, które ją dobijały i nie patrzyła na to racjonalnie, a przez pryzmat smutku, który ciągle krążył po jej głowie, kilka razy musiała przetrzeć kąciki oczu, ale na szczęście się nie rozbeczała. – Wszystko mi jedno – mruknęła, nawet nie do końca świadoma, ze ciągle mówili po arabsku. Rzadko miała okazję używać swojego ojczystego języka, bo zwykle rozmawiała z ludźmi po angielsku, do tego była całkowicie przyzwyczajona i zresztą nie sprawiało jej to trudności, ale chyba w taki dzień jak dzisiaj szukała pocieszenia w rzeczach, które były w jakiś sposób kojące. Jak wspomnienie rodzinnego kraju. – A może… Hmm… Chcesz iść zobaczyć ten filar na wrzosowisku? Tak to wyglądało w tym wspomnieniu – oglądali go na wiosnę, ale wtedy w ogóle pora się nie zgadzała.
Póki siedziała, to było w porządku, alkohol aż tak mocno nie oddziaływał, chociaż nie wiedziała, jak to będzie, jak wstaną.