30.04.2026, 20:47 ✶
Siedziałem z nogami wyciągniętymi w stronę wody, oparty na dłoniach wbitych w nagrzany piasek - rozciągnąłem się trochę bezwstydnie na kocu, opierając ciężar na łokciach i pozwalając, żeby ciepło jednego z ostatnich letnich dni tego roku wsiąkało we mnie powoli, warstwa po warstwie, aż przestałem myśleć o czymkolwiek, poza tą chwilą. Byliśmy tylko my dwoje, tu i teraz, czułem słońce przypiekające mi kark z intensywnością, która bardziej pasowała do środka lipca na południu, gdzieś daleko od Anglii, niż do końcówki sezonu na kapryśnych Wyspach Brytyjskich, które potrafiły w jednej godzinie udawać wszystkie pory roku naraz, ale nie zamierzałem z tym dyskutować, bo od dawna brałem to, co było do wzięcia, bez roztrząsania, czy świat akurat trzymał się tego, co „standardowe”. W moim życiu, nie mówiąc już o branży, mało co takie było - wszystko stanowiło pewnego rodzaju odstępstwo od normy, do tego stopnia, iż z czasem kwestionowało się nawet jej istnienie. Palcami bezmyślnie rozgarniałem jasne, skrzące ziarenka, które nagrzały się od do tego stopnia, że kontakt z nimi aż parzył skórę, i przez dłuższą chwilę pozwalałem sobie wierzyć, że świat jednak naprawdę potrafił być tak prosty, ograniczony do niemal nieruchomej tafli jeziora, zapachu przybrzeżnych roślin i obecności kobiety siedzącej tuż obok mnie, bez Londynu, bez dymu, bez tamtych twarzy, które zostawały pod powiekami nawet wtedy, kiedy człowiekowi wydawało się, że już dawno przestał patrzeć.
Jezioro rozciągało się przed nami płasko, praktycznie aż po sam horyzont, ukształtowane naturalnie na idealnie równym terenie, gładkie jak tafla szkła, która tylko czekała, aż ktoś rzuci w nią kamieniem i sprawdzi, ile kręgów da się wywołać jednym ruchem, a powietrze miało w sobie coś zdradliwie lekkiego, przyjemnie świeżego, nawet jeśli w stolicy jeszcze niedawno pachniało spalenizną i strachem.
- Mhm. - Mruknąłem, przeciągając dłonią po karku i po włosach, które i tak zaraz wróciły na swoje miejsce, niespecjalnie przejmując się moją ingerencją. - Dobsze nam zlobiło zniknięcie. - Nie mówiłem konkretnie, czy miałem na myśli przeniesienie się z Londynu na wieś, czy naszą dzisiejszą wyprawę nad wodę, tak jak Prudence nie sprecyzowała, czy chodziło jej o tymczasowe opuszczenie stolicy, czy też zabranie się z ogrodów otaczających posiadłość i zniknięcie z radaru pozostałych mieszkańców - nie miało to większego znaczenia, najważniejsze, że mogliśmy odpocząć tylko we dwoje, co było przyjemną odmianą od… Właściwie to od wszystkiego przez ostatnie lata. Starałem się wrócić pamięcią do ostatniego takiego dnia, ale było to tak dawno temu, bez cienia wątpliwości jeszcze w Hogwarcie, na szkolnych błoniach - z całą pewnością, gdybym przypomniał o tym Prue, chociaż w jej przypadku chyba nie dało się niczego „przypominać”, byłaby w stanie cofnąć się do dokładnej godziny i daty, lecz nie potrzebowałem tego robić. Tu i teraz wreszcie było idealnie…
Czyżby?
Przesunąłem spojrzeniem po linii drzew, wolno, metodycznie, ale nadal z pewnym rozleniwieniem - tak, jakbym liczył pnie, a nie szukał problemu, który mógł się tam czaić. Ten dźwięk, zupełnie niepasujący do odgłosów natury, słyszałem go już wcześniej… Dreszcz przebiegł mi po plecach, znałem to uczucie aż za dobrze, ten ucisk pod skórą, który nie miał nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem w typowym ujęciu, a mimo to rzadko się mylił, więc nie zamierzałem go zbywać wzruszeniem ramion, nawet jeśli na zewnątrz wyglądałem, jakbym właśnie to robił. Nie patrzyłem jeszcze na Prue, ale zmrużyłem oczy, marszcząc brwi.
Czy byliśmy tutaj sami?
Jezioro rozciągało się przed nami płasko, praktycznie aż po sam horyzont, ukształtowane naturalnie na idealnie równym terenie, gładkie jak tafla szkła, która tylko czekała, aż ktoś rzuci w nią kamieniem i sprawdzi, ile kręgów da się wywołać jednym ruchem, a powietrze miało w sobie coś zdradliwie lekkiego, przyjemnie świeżego, nawet jeśli w stolicy jeszcze niedawno pachniało spalenizną i strachem.
- Mhm. - Mruknąłem, przeciągając dłonią po karku i po włosach, które i tak zaraz wróciły na swoje miejsce, niespecjalnie przejmując się moją ingerencją. - Dobsze nam zlobiło zniknięcie. - Nie mówiłem konkretnie, czy miałem na myśli przeniesienie się z Londynu na wieś, czy naszą dzisiejszą wyprawę nad wodę, tak jak Prudence nie sprecyzowała, czy chodziło jej o tymczasowe opuszczenie stolicy, czy też zabranie się z ogrodów otaczających posiadłość i zniknięcie z radaru pozostałych mieszkańców - nie miało to większego znaczenia, najważniejsze, że mogliśmy odpocząć tylko we dwoje, co było przyjemną odmianą od… Właściwie to od wszystkiego przez ostatnie lata. Starałem się wrócić pamięcią do ostatniego takiego dnia, ale było to tak dawno temu, bez cienia wątpliwości jeszcze w Hogwarcie, na szkolnych błoniach - z całą pewnością, gdybym przypomniał o tym Prue, chociaż w jej przypadku chyba nie dało się niczego „przypominać”, byłaby w stanie cofnąć się do dokładnej godziny i daty, lecz nie potrzebowałem tego robić. Tu i teraz wreszcie było idealnie…
Czyżby?
Przesunąłem spojrzeniem po linii drzew, wolno, metodycznie, ale nadal z pewnym rozleniwieniem - tak, jakbym liczył pnie, a nie szukał problemu, który mógł się tam czaić. Ten dźwięk, zupełnie niepasujący do odgłosów natury, słyszałem go już wcześniej… Dreszcz przebiegł mi po plecach, znałem to uczucie aż za dobrze, ten ucisk pod skórą, który nie miał nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem w typowym ujęciu, a mimo to rzadko się mylił, więc nie zamierzałem go zbywać wzruszeniem ramion, nawet jeśli na zewnątrz wyglądałem, jakbym właśnie to robił. Nie patrzyłem jeszcze na Prue, ale zmrużyłem oczy, marszcząc brwi.
Czy byliśmy tutaj sami?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)