30.04.2026, 13:24 ✶
W bezpośrednim kontakcie Rowle okazywał się człowiekiem mniej przystojnym w tradycyjnym ujęciu tego słowa, a bardziej charakterystycznym. Nie chodziło już nawet o gadzie oczy i skórę skażoną starą, walijską klątwą – chodziło o całą jego aparycję, niewątpliwie zdradzającą z gry to, jakie mężczyzna miał podejście do życia. Był częścią rodziny, o której mówiło się wiele i która kojarzyła się z surowością gór i siłą walijskich wirów wodnych. On – wystrojony, obsypany biżuterią, z przebitymi uszami – z pewnością nie był najstarszym synem swojej matki, lecz jednym z tych młodszych. Tych, którzy lubili naciągać granice i bawić się nimi, bo mieli o wiele mniej strachu przed gniewem ojca. Tak też ktoś, kto powinien panować nad smokami, w rzeczywistości zaczynał przypominać jednego z nich.
Ale w tym było coś więcej.
Bo ciało Seisylla było opowieścią o żarze, z którego został wykuty on i każdy metalowy element je zdobiący. To nie były dłonie paniczyka trwoniącego rodowy majątek na błyskotki, lecz dłonie człowieka pracy, który nie bał się wysiłku ani podejmowania ryzyka. Brązowy kołnierz przysłaniał zadrapania, bardzo wyraźne na opalonej skórze. Jego ciało naznaczyły ogień smoków, paleniska w pracowni i słońce. Jak wiele skrywała przed oczyma Deirdre szata w runiczne wzory pozostawało w sferze jej wyobraźni.
– Witamy w Walii, panno Malfoy – powiedział spokojnie, z jakąś ciężką do odczytana nutą rozbawienia. Jasna, różowa sukienka i włosy jaśniejsze od jej cery. Ciekawiło go to, czy Deirdre była mentalnie gotowa na to, z czym dokładnie miała mieć do czynienia. Nie mieszkał w miejscu, w którym warto było kupować białe buty. Nie mieszkał też w miejscu, w którym plotkarzom umykało to, że znany rzemieślnik zaprosił na randkę czarownicę płaczącą zaledwie kilka sekund po zajęciu miejsca naprzeciwko. – Smutna mina jak na kogoś chwalącego Anglesey. – Jego oczy utkwiły w niej. Sceneria owszem – urzekała i nie wybrał jej bez powodu, bo wiedział dobrze, jak bardzo niektórzy potrzebowali uciekać spojrzeniem w bok i cóż mogło rozluźnić spięte ramiona bardziej niż jesienne kolory rozpływające się po nadmorskim niebie? Ale Seisylla nie obchodziło teraz światło tańczące po białej latarni. – Piękno tych okolic nie może równać się z pięknem gór, wśród których się wychowałem, a jednak tutejsze wybrzeże plasuje się w mojej osobistej hierarchii wyżej niż zasnute dymem dzielnice Londynu. Anglii nie pomaga to, że ostatnio w obu miejscach można się poparzyć, jeśli nie zna się zasad gry.
Istniało wiele słów, jakie mógł wypowiedzieć ku chwale przestarzałych konwenansów, ale nie powiedział żadnego. Wiszący na metalowym łańcuchu szyld restauracji Halcyon zatrzepotał na zrywającym się wietrze.
– Sugeruję owoce morza – wypowiedź mogła zabrzmieć od czapy, jeśli nie zwróciła uwagi na to, że po jej stronie stolika znajdowała się karta dań – i wino – chociaż sam pił whiskey on rocks. To zdecydowanie nie było miejsce do upicia się. Menu zawierało zestaw alkoholi pasujących do gustownej kolacji. Zapach ryb. Alkohol. Nietrudno było domyślić się, że to nie był jedynie romantyczny gest dobrej woli. Sprawdzał w niewybredny sposób, czy nie przyszła tutaj w pakiecie.
Ale w tym było coś więcej.
Bo ciało Seisylla było opowieścią o żarze, z którego został wykuty on i każdy metalowy element je zdobiący. To nie były dłonie paniczyka trwoniącego rodowy majątek na błyskotki, lecz dłonie człowieka pracy, który nie bał się wysiłku ani podejmowania ryzyka. Brązowy kołnierz przysłaniał zadrapania, bardzo wyraźne na opalonej skórze. Jego ciało naznaczyły ogień smoków, paleniska w pracowni i słońce. Jak wiele skrywała przed oczyma Deirdre szata w runiczne wzory pozostawało w sferze jej wyobraźni.
– Witamy w Walii, panno Malfoy – powiedział spokojnie, z jakąś ciężką do odczytana nutą rozbawienia. Jasna, różowa sukienka i włosy jaśniejsze od jej cery. Ciekawiło go to, czy Deirdre była mentalnie gotowa na to, z czym dokładnie miała mieć do czynienia. Nie mieszkał w miejscu, w którym warto było kupować białe buty. Nie mieszkał też w miejscu, w którym plotkarzom umykało to, że znany rzemieślnik zaprosił na randkę czarownicę płaczącą zaledwie kilka sekund po zajęciu miejsca naprzeciwko. – Smutna mina jak na kogoś chwalącego Anglesey. – Jego oczy utkwiły w niej. Sceneria owszem – urzekała i nie wybrał jej bez powodu, bo wiedział dobrze, jak bardzo niektórzy potrzebowali uciekać spojrzeniem w bok i cóż mogło rozluźnić spięte ramiona bardziej niż jesienne kolory rozpływające się po nadmorskim niebie? Ale Seisylla nie obchodziło teraz światło tańczące po białej latarni. – Piękno tych okolic nie może równać się z pięknem gór, wśród których się wychowałem, a jednak tutejsze wybrzeże plasuje się w mojej osobistej hierarchii wyżej niż zasnute dymem dzielnice Londynu. Anglii nie pomaga to, że ostatnio w obu miejscach można się poparzyć, jeśli nie zna się zasad gry.
Istniało wiele słów, jakie mógł wypowiedzieć ku chwale przestarzałych konwenansów, ale nie powiedział żadnego. Wiszący na metalowym łańcuchu szyld restauracji Halcyon zatrzepotał na zrywającym się wietrze.
– Sugeruję owoce morza – wypowiedź mogła zabrzmieć od czapy, jeśli nie zwróciła uwagi na to, że po jej stronie stolika znajdowała się karta dań – i wino – chociaż sam pił whiskey on rocks. To zdecydowanie nie było miejsce do upicia się. Menu zawierało zestaw alkoholi pasujących do gustownej kolacji. Zapach ryb. Alkohol. Nietrudno było domyślić się, że to nie był jedynie romantyczny gest dobrej woli. Sprawdzał w niewybredny sposób, czy nie przyszła tutaj w pakiecie.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242