27.04.2026, 21:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2026, 21:11 przez Anthony Shafiq.)
– Och kochana… – słodkie, piękne oblicze, ufne oczy i dusza, która podjęła decyzję. Cień kobiety, który przekroczył próg jego gabinetu, mógł znów rozjaśnić się, pokryć różem różem życia, czerwienią rumieńca, wznieść pierś głębokim oddechem.
Powrócić.
Oczywiście, jedna decyzja nie zmieniała całego jej położenia, nie wieńczyła żałoby, która rządziła się swoimi prawami. Była jednak decyzją, krokiem do przodu, czy choćby myślą o tym, żeby ten krok zrobić.
– Sam Twój współudział, sama łagodna ekspertyza, podjęcie choćby i łagodnym zakresie badań nad rzeczywistą prawdą leżącą między historycznymi i mitycznymi kronikami Doliny Godryka… To jest wiele dla mnie i cieszy moje zbolałe serce ponad miary, których nie jestem w stanie określić, spustoszeniem Spalonej Nocy i powolnym naszym wzbijaniem się pośród popiołów… ku górze. Ku temu, co przynosi światło. Bezpieczne schronienie. – Otulał ją ciasnym kokonem słów, w które sam wierzył.
Oczywiście był też głos… Jak zawsze. Ten złośliwy, ten chytry, ten bolesny, punktujący jego małostkowość, wykorzystywanie majątku biednej dziewczyny, która pogubiła się nazbyt w świecie. Był głos, szydzący z niego, wypominający mu każdy raz, gdy na głos wypowiedział słowa: Używaj ludzi tam gdzie się sprawdzają. A teraz siedziała przed nim ona. Niewinna łania z wielkimi oczyma wypełnionymi zagubieniem. Czy chciał aby rozmowa przyjęła taki obrót? Być może liczył na to od pierwszych chwil, od pierwszych słów, ba! oddechu który wziął przed nimi… Przyjdź do mnie. Zaproszenie, jak syk pięknego białego węża pomiędzy liśćmi jabłoni.
Lana musiała się zbuntować. Musiała wzrosnąć. Życzył jej tego szczerze, nawet jeśli nie ciążyło nad nią fizyczne jarzmo rodzicielskich oczekiwań, to nosiła je mocno w sercu, jak pasożyt wymagający usunięcia. Mógł i on przez moment być tym pasożytem, odciąć ją kawałek po kawałku od dawnego i wypchnąć ku nowemu. Chciał. Pragnął jej wolności…
Czyż jednak nie pragnął jej tak długo, jak długo miałaby działać wespół z nim, w budowaniu przyszłości, w budowaniu społecznego kapitału, projektu, który coraz bardziej go angażował, w tej neurotycznej rozpaczy człowieka pozbawionego kontroli nad własnym życiem? Musiał coś udowodnić. Sobie. Jenkins. Staremu Longbottomowi. Własnemu ojcu. Lorraine. Musiał coś udowodnić Jonathanowi… Czy Lana w tej całej plejadzie twarzy, była tylko środkiem do celu?
Czy zadając sam sobie to pytanie, znajdował rozgrzeszenie i zdjęcie poczucia odpowiedzialności za nią i kształt ich relację?
– Ale dość już o materialnych sprawach. Szkice umowy podeślę Ci kurierem. Mam dla Ciebie prezent, tomik starogreckiej poezji, świeżo przetłumaczony, wydany i oprawiony zgodnie z moim zamówieniem. Proszę, przyjmij to jak kamień węgielny pod odnowienie naszych rodzinnych więzów… - Okładka tomiku miał kolor głębokiego lazuru, kolor nocnego nieba. W połowie falująca linia tłoczona srebrem wyznaczała horyzont oceanu, nad którym górował lśniący księżyc.
Powrócić.
Oczywiście, jedna decyzja nie zmieniała całego jej położenia, nie wieńczyła żałoby, która rządziła się swoimi prawami. Była jednak decyzją, krokiem do przodu, czy choćby myślą o tym, żeby ten krok zrobić.
– Sam Twój współudział, sama łagodna ekspertyza, podjęcie choćby i łagodnym zakresie badań nad rzeczywistą prawdą leżącą między historycznymi i mitycznymi kronikami Doliny Godryka… To jest wiele dla mnie i cieszy moje zbolałe serce ponad miary, których nie jestem w stanie określić, spustoszeniem Spalonej Nocy i powolnym naszym wzbijaniem się pośród popiołów… ku górze. Ku temu, co przynosi światło. Bezpieczne schronienie. – Otulał ją ciasnym kokonem słów, w które sam wierzył.
Oczywiście był też głos… Jak zawsze. Ten złośliwy, ten chytry, ten bolesny, punktujący jego małostkowość, wykorzystywanie majątku biednej dziewczyny, która pogubiła się nazbyt w świecie. Był głos, szydzący z niego, wypominający mu każdy raz, gdy na głos wypowiedział słowa: Używaj ludzi tam gdzie się sprawdzają. A teraz siedziała przed nim ona. Niewinna łania z wielkimi oczyma wypełnionymi zagubieniem. Czy chciał aby rozmowa przyjęła taki obrót? Być może liczył na to od pierwszych chwil, od pierwszych słów, ba! oddechu który wziął przed nimi… Przyjdź do mnie. Zaproszenie, jak syk pięknego białego węża pomiędzy liśćmi jabłoni.
Lana musiała się zbuntować. Musiała wzrosnąć. Życzył jej tego szczerze, nawet jeśli nie ciążyło nad nią fizyczne jarzmo rodzicielskich oczekiwań, to nosiła je mocno w sercu, jak pasożyt wymagający usunięcia. Mógł i on przez moment być tym pasożytem, odciąć ją kawałek po kawałku od dawnego i wypchnąć ku nowemu. Chciał. Pragnął jej wolności…
Czyż jednak nie pragnął jej tak długo, jak długo miałaby działać wespół z nim, w budowaniu przyszłości, w budowaniu społecznego kapitału, projektu, który coraz bardziej go angażował, w tej neurotycznej rozpaczy człowieka pozbawionego kontroli nad własnym życiem? Musiał coś udowodnić. Sobie. Jenkins. Staremu Longbottomowi. Własnemu ojcu. Lorraine. Musiał coś udowodnić Jonathanowi… Czy Lana w tej całej plejadzie twarzy, była tylko środkiem do celu?
Czy zadając sam sobie to pytanie, znajdował rozgrzeszenie i zdjęcie poczucia odpowiedzialności za nią i kształt ich relację?
– Ale dość już o materialnych sprawach. Szkice umowy podeślę Ci kurierem. Mam dla Ciebie prezent, tomik starogreckiej poezji, świeżo przetłumaczony, wydany i oprawiony zgodnie z moim zamówieniem. Proszę, przyjmij to jak kamień węgielny pod odnowienie naszych rodzinnych więzów… - Okładka tomiku miał kolor głębokiego lazuru, kolor nocnego nieba. W połowie falująca linia tłoczona srebrem wyznaczała horyzont oceanu, nad którym górował lśniący księżyc.
Hear, oh gods, my desperate plea
To see my love beside me
Sunk below the mortal see
Her anchor weights upon me
Fasten her tether unto me
That she may rise to sail free
Don’t, don’t look back…
To see my love beside me
Sunk below the mortal see
Her anchor weights upon me
Fasten her tether unto me
That she may rise to sail free
Don’t, don’t look back…
Koniec sesji