- Ja zabieram swojego do Londynu i nie ma najmniejszego problemu. Trochę pracy i powinniście osiągnąć jakiś konsensus. Naucz go, czego od niego oczekujesz, a równie dobrze wystarczą ci wtedy siatki w okach i dobre zaklęcia chroniące meble. A to i tak tylko raczej zapobiegawczo - uśmiechnął się do niej lekko. Wszystko dało się wypracować. Smoczogniki w Snowdonii też nie latały przez większość czasu wolno i jakoś żyły. Ba, Leviathan był w stanie pewnie powiedzieć, że były mimo wszystko szczęśliwe, bo uczyły się czego od nich oczekiwano, ale też zwracano uwagę na ich potrzeby, które były zaspokajane. W idealnym świecie nikt nie trzymałby ich w klatkach, wolierach czy mieszkaniach, ale niestety, daleko temu wszystkiemu było do ideału. Musieli więc pracować z czym mieli.
Z pewnym zastanowieniem przysłuchiwał się wymianie zdań Heleny i Helloise, bo w subie ciekawe czy tajemnicze anomalie roślin trafiły również na szkockie ziemie. Czy nagle Zakazany Las stał się o wiele bardziej niebezpieczny? Wszędzie indziej rośliny zmieniały swoje zachowanie, jakby ktoś tchnał w nie nową magię i pewnie nawet ten ogródek Heli nie był tylko ładnymi, rozkwitniętymi kwiatuszkami.
Kiedy przystanęła, żeby na niego spojrzeć, podniósł ku górze wzrok. Odnosił wrażenie, że celowo się z nim drażniła, kurczowo chwytając się ich dzisiejszej rozmowy, o której on już nieco zdążył zapomnieć. Nie chciał rozmawiać o wielkości i wspaniałomyślności Matki, ale nie przeszkadzało mu to siedzieć przy rodzinnym stole i świętować zień, który poświęcony był na wspólne biesiadowanie.
- Nic nie szkodzi, ważne że ty dałaś radę - zwrócił się do Cynthii i zaraz po tym dania pojawiły się na stole, a Lazarus wygłosił swoją przemowę. Słuchał w milczeniu, zerkając na ojca, ale gdy ten skończył i zadźwięczały sztućce, na nowo zwrócił się do kuzynki. - Gdzie tym razem pojechał wuj?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast