25.04.2026, 16:38 ✶
Fortuna stanęła tego dnia po stronie Philomeny. Być może i sam los był zbyt zmęczony całą nocą szafowania ekstremalnymi wyrokami, aby stawiać się mecenas Mulciber. Panią Mulciber — poza pojedynczym nieprzyjemnym incydentem — cały ambaras Spalonej Nocy ominął. Odświeżona spokojnym nocnym spoczynkiem siedziała w swojej kancelarii niekontent, lecz tak samo władcza i opanowana jak zawsze. Fortuna i jej sługa Alexander mieli zaś za sobą trudne godziny — nie było dla nich innego wyjścia niźli ulegać życzeniom seniorki.
Alexander począł mówić, a Philomena w głowie wynotowywała z jego elaboratu kolejne nazwiska śmierciożercze. Nazwiska młodych Lestrange’ów, o których opinii nie miała bynajmniej przychylnych. Widząc tych troje zaproponowanych jako gwarant bezpieczeństwa jej wnuka, nabrała przekonania, że pytanie przez nią postawione było w najwyższej mierze potrzebne. Przyjęcie tej wersji alibi zakładałoby, że Mulciberowie uwierzą w zdolność tych dzieci — Loretty, Louvaina, Rodolphusa — do racjonalnego postępowania, a przecież bez trudu mogła Philomena wywnioskować, jaką była Loretta, skoro na tyle sobie pozwalała ze strony młodego Mulcibera.
Wyprowadził ją szczęśliwie Alexander z błędu co do jego ufności w Lestrange’ów, i dobrze uczynił, bowiem babka gotowa była uwierzyć, że rzeczywiście jest on tak ślepym. Nierzadka była to przypadłość wśród ludzi nazbyt inteligentnych i wykalkulowanych, aby zapominać, iż po drugiej stronie stoi nader często pospolity idiota, w którego kompetencje wierzyć w sprawach najprostszych choćby na naiwność by zakrawało.
— Słusznie skreślasz Lestrange’ów — wygłosiła łaskawie swoją opinię Philomena, nabierając przekonania, że cały ów wywód inny miał cel niż prezentacja realnie rozważanej przez wnuka opcji. Doceniła ten ukryty zamiar. — Jeśli nie pozostawiłeś po sobie niczego wysoko obciążającego, w przypadku podejrzenia moje świadectwo powinno być wystarczającym. Niech tak zatem będzie. Znane mi są wymienione przez ciebie dokumenty, wkrótce więc otrzymasz ode mnie aide-mémoire o przedmiocie naszego sporu czy dyskusji prowadzonej tamtej nocy.
Starucha była w tym równie kliniczna i precyzyjna, co i jasnowidz. Operowali ustrukturyzowanym językiem faktu i prawdopodobieństwa; bez zadowolenia przyjęła więc to skomlenie niemal, które wyszło z ust czarodzieja po skończonej analizie. Delikatność, jaką Alexander okazał w kwestii matki, uwierała jędzę. Czyż wielkim byłoby problemem, aby zadali tej obłąkanej kobiecie kilka pytań? Nikt by jej w Ministerstwie nie poprowadził na tortury.
Czyniło to więc problem wyłącznie Alexandrowi, lecz tego dnia babka nie zamierzała zbywać jego słabości trzeźwym napomnieniem. Pochwyciła tę wrażliwość w między szpony i obejrzała ją sobie, po czym oddała mu:
— Ona jest twoją wyłączną, zaznaczam to: wyłączną, odpowiedzialnością, Alexandrze. Jeśli nie będzie przeciwko tobie wystarczająco obciążających dowodów, nikt nie będzie jej niepokoił. Jeśli jednak padnie na ciebie podejrzenie na tyle mocne, aby otwarto postępowanie, wówczas nic, co mogłabym napisać bądź ja, bądź Lorien, nie uchroni Seliny przed składaniem zeznań w obecności specjalistów z Lecznicy Dusz i pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa. Doradzam tym samym rozsądek, jako widzisz, że nie tylko twoim będzie to kłopotem, jeśli powinie ci się noga. Nie mówię tylko o twojej matce.
Nie mówiła też prawdy. Gdyby Philomenie Mulciber zależało na tym, aby Selina Mulciber nigdy nie pojawiła się na przesłuchaniach, znalazłaby sposób. Zasypałaby Departament pismami, odwołaniami, wnioskami i inną biurokracją, przez którą przebrnięcie zajęłoby milenia. Wysyłałaby w nieskończoność usprawiedliwienia niestawiennictwa umotywowane nagłym pogorszeniem stanu zdrowia. Philomenie Mulciber zależało jednakże wyłącznie na tym, jak synową może wykorzystać, aby trzymać Alexandra w szeregu.
Alexandra, który więcej poczuwał się do bycia synem Seliny, niż ta kobieta poczuwała się do bycia jego matką, nad czym stara stale ubolewała. Matka winna podporządkowywać swoje życie synom, nie zaś w drugą stronę. Stara Mulciberowa nigdy nie uważała przeklętej cygańskiej wiedźmy za matkę dobrą. Cóż otrzymali od niej jej chłopcy? Romskie zabobony z pogranicza magicznej herezji i garść złych wróżb. Philomena mogła nie być matką z matek najczulszych, lecz żyła przekonaniem, że swój obowiązek wobec synów spełniła co do joty: interesowała się ich przyszłością, dbała o edukację i karierę, zabezpieczenie rodowego interesu, dobre wychowanie. W świecie bowiem wiele nie znaczyły same wieszczby odbite w ogniu ni zwierciadełku, toteż gdyby nie obecność ojca i babki, chłopcy Seliny wyrośliby na dwoje dzikusów. Nie było co do tego wątpliwości.
Czasem Philomena spoglądała na Selinę i zastanawiała się, czy ta kobieta waży w ogóle na życia synów. Czy gdyby zabrał jej brzdąców wiatr, czy zapłakałaby po nich, czy by dziękowała cygańskim boreaszom i zefirom. Zdawało się starusze, że zna odpowiedź.
Selina Ayres nie zasługiwała na tę alexandrową obsesję, na ów sentyment synowski motywowany jedną chyba tylko racjonalną wdzięcznością: tą, że dała mu życie, co nie było wartością samo w sobie, jako zmarnowałaby je, gdyby pozwolić jej chłopcem samodzielnie rozporządzać.
Imię synowej było stało się więc orężem w arsenale Mulciberowej. Babka siedziała przed Alexandrem nieprzenikniona w swoim skupieniu, a tryby jej umysłu pracowały za tą fasadą gładkim rytmem. Jej rytmem, jej agendą. Spotkanie miało otworzyć się napomnieniem i tak też się stanie.
— Tego rodzaju aktywności — charakter aktywności rozumiał się sam przez się — nie powinny sięgać głów rodu. Nie wykluczam, że partycypowanie w podobnym ruchu może nieść korzyści, wpływy czy informacje. Nie powinno się siły tej skali w zupełności lekceważyć, lecz ryzyko udziału w rebelii nie może spoczywać na odpowiedzialnym za dom. — Powinno spoczywać na kimś takim, jak Alexander sprzed wypadku Donalda. Na zniszczonym, łajdaczącym się chłopaczku, którego można spisać na straty. Alexander Mulciber, głowa rodu, nie był odpowiednim kandydatem do uczynienia go swoim człowiekiem w szeregach Śmierciożerców. — Domyślam się jednakże, że nie jest to droga, z której możesz zawrócić. — Nie potrzebowała wiedzieć o mrocznym znaku, żeby mieć pojęcie, jak Voldemort może postrzegać dezercję. — Życzyłabym sobie wiedzieć, jak długo to trwa i czy jest niebezpieczeństwo, że pozostawiłeś po sobie jakieś podejrzenie. Nie uprzedniej nocy tylko, a przez ogół czasu, jaki spędziłeś na usługach tego człowieka. Wiedz również, że nie pochwalam tego, że zaciągnąłeś się w szeregi jego armii, nie zważając na nikogo. Ani na swoją biedną matkę, ani na reputację swojego ojca. Czy myślałeś, co ojciec rzekłby, widząc cię wśród tych ludzi?
Alexander począł mówić, a Philomena w głowie wynotowywała z jego elaboratu kolejne nazwiska śmierciożercze. Nazwiska młodych Lestrange’ów, o których opinii nie miała bynajmniej przychylnych. Widząc tych troje zaproponowanych jako gwarant bezpieczeństwa jej wnuka, nabrała przekonania, że pytanie przez nią postawione było w najwyższej mierze potrzebne. Przyjęcie tej wersji alibi zakładałoby, że Mulciberowie uwierzą w zdolność tych dzieci — Loretty, Louvaina, Rodolphusa — do racjonalnego postępowania, a przecież bez trudu mogła Philomena wywnioskować, jaką była Loretta, skoro na tyle sobie pozwalała ze strony młodego Mulcibera.
Wyprowadził ją szczęśliwie Alexander z błędu co do jego ufności w Lestrange’ów, i dobrze uczynił, bowiem babka gotowa była uwierzyć, że rzeczywiście jest on tak ślepym. Nierzadka była to przypadłość wśród ludzi nazbyt inteligentnych i wykalkulowanych, aby zapominać, iż po drugiej stronie stoi nader często pospolity idiota, w którego kompetencje wierzyć w sprawach najprostszych choćby na naiwność by zakrawało.
— Słusznie skreślasz Lestrange’ów — wygłosiła łaskawie swoją opinię Philomena, nabierając przekonania, że cały ów wywód inny miał cel niż prezentacja realnie rozważanej przez wnuka opcji. Doceniła ten ukryty zamiar. — Jeśli nie pozostawiłeś po sobie niczego wysoko obciążającego, w przypadku podejrzenia moje świadectwo powinno być wystarczającym. Niech tak zatem będzie. Znane mi są wymienione przez ciebie dokumenty, wkrótce więc otrzymasz ode mnie aide-mémoire o przedmiocie naszego sporu czy dyskusji prowadzonej tamtej nocy.
Starucha była w tym równie kliniczna i precyzyjna, co i jasnowidz. Operowali ustrukturyzowanym językiem faktu i prawdopodobieństwa; bez zadowolenia przyjęła więc to skomlenie niemal, które wyszło z ust czarodzieja po skończonej analizie. Delikatność, jaką Alexander okazał w kwestii matki, uwierała jędzę. Czyż wielkim byłoby problemem, aby zadali tej obłąkanej kobiecie kilka pytań? Nikt by jej w Ministerstwie nie poprowadził na tortury.
Czyniło to więc problem wyłącznie Alexandrowi, lecz tego dnia babka nie zamierzała zbywać jego słabości trzeźwym napomnieniem. Pochwyciła tę wrażliwość w między szpony i obejrzała ją sobie, po czym oddała mu:
— Ona jest twoją wyłączną, zaznaczam to: wyłączną, odpowiedzialnością, Alexandrze. Jeśli nie będzie przeciwko tobie wystarczająco obciążających dowodów, nikt nie będzie jej niepokoił. Jeśli jednak padnie na ciebie podejrzenie na tyle mocne, aby otwarto postępowanie, wówczas nic, co mogłabym napisać bądź ja, bądź Lorien, nie uchroni Seliny przed składaniem zeznań w obecności specjalistów z Lecznicy Dusz i pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa. Doradzam tym samym rozsądek, jako widzisz, że nie tylko twoim będzie to kłopotem, jeśli powinie ci się noga. Nie mówię tylko o twojej matce.
Nie mówiła też prawdy. Gdyby Philomenie Mulciber zależało na tym, aby Selina Mulciber nigdy nie pojawiła się na przesłuchaniach, znalazłaby sposób. Zasypałaby Departament pismami, odwołaniami, wnioskami i inną biurokracją, przez którą przebrnięcie zajęłoby milenia. Wysyłałaby w nieskończoność usprawiedliwienia niestawiennictwa umotywowane nagłym pogorszeniem stanu zdrowia. Philomenie Mulciber zależało jednakże wyłącznie na tym, jak synową może wykorzystać, aby trzymać Alexandra w szeregu.
Alexandra, który więcej poczuwał się do bycia synem Seliny, niż ta kobieta poczuwała się do bycia jego matką, nad czym stara stale ubolewała. Matka winna podporządkowywać swoje życie synom, nie zaś w drugą stronę. Stara Mulciberowa nigdy nie uważała przeklętej cygańskiej wiedźmy za matkę dobrą. Cóż otrzymali od niej jej chłopcy? Romskie zabobony z pogranicza magicznej herezji i garść złych wróżb. Philomena mogła nie być matką z matek najczulszych, lecz żyła przekonaniem, że swój obowiązek wobec synów spełniła co do joty: interesowała się ich przyszłością, dbała o edukację i karierę, zabezpieczenie rodowego interesu, dobre wychowanie. W świecie bowiem wiele nie znaczyły same wieszczby odbite w ogniu ni zwierciadełku, toteż gdyby nie obecność ojca i babki, chłopcy Seliny wyrośliby na dwoje dzikusów. Nie było co do tego wątpliwości.
Czasem Philomena spoglądała na Selinę i zastanawiała się, czy ta kobieta waży w ogóle na życia synów. Czy gdyby zabrał jej brzdąców wiatr, czy zapłakałaby po nich, czy by dziękowała cygańskim boreaszom i zefirom. Zdawało się starusze, że zna odpowiedź.
Selina Ayres nie zasługiwała na tę alexandrową obsesję, na ów sentyment synowski motywowany jedną chyba tylko racjonalną wdzięcznością: tą, że dała mu życie, co nie było wartością samo w sobie, jako zmarnowałaby je, gdyby pozwolić jej chłopcem samodzielnie rozporządzać.
Imię synowej było stało się więc orężem w arsenale Mulciberowej. Babka siedziała przed Alexandrem nieprzenikniona w swoim skupieniu, a tryby jej umysłu pracowały za tą fasadą gładkim rytmem. Jej rytmem, jej agendą. Spotkanie miało otworzyć się napomnieniem i tak też się stanie.
— Tego rodzaju aktywności — charakter aktywności rozumiał się sam przez się — nie powinny sięgać głów rodu. Nie wykluczam, że partycypowanie w podobnym ruchu może nieść korzyści, wpływy czy informacje. Nie powinno się siły tej skali w zupełności lekceważyć, lecz ryzyko udziału w rebelii nie może spoczywać na odpowiedzialnym za dom. — Powinno spoczywać na kimś takim, jak Alexander sprzed wypadku Donalda. Na zniszczonym, łajdaczącym się chłopaczku, którego można spisać na straty. Alexander Mulciber, głowa rodu, nie był odpowiednim kandydatem do uczynienia go swoim człowiekiem w szeregach Śmierciożerców. — Domyślam się jednakże, że nie jest to droga, z której możesz zawrócić. — Nie potrzebowała wiedzieć o mrocznym znaku, żeby mieć pojęcie, jak Voldemort może postrzegać dezercję. — Życzyłabym sobie wiedzieć, jak długo to trwa i czy jest niebezpieczeństwo, że pozostawiłeś po sobie jakieś podejrzenie. Nie uprzedniej nocy tylko, a przez ogół czasu, jaki spędziłeś na usługach tego człowieka. Wiedz również, że nie pochwalam tego, że zaciągnąłeś się w szeregi jego armii, nie zważając na nikogo. Ani na swoją biedną matkę, ani na reputację swojego ojca. Czy myślałeś, co ojciec rzekłby, widząc cię wśród tych ludzi?
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia