Wiedziała, że słowa miały dużą moc, a Cathal nie był tym człowiekiem, który się będzie domyślać i zastanawiać co autor ma na myśli. Przecież „nie” oznacza „nie”, a nie „tak” – rzeczywiście, byli dorośli i był moment na zabawę i również był moment na powagę, a dzisiaj te słowa ją po prostu zawodziły. Gubiły się i sama nie wiedziała, czego chce, co ma na myśli, więc wolała milczeć, aż w końcu coś tam z tego poskładała. Gdyby jednak faktycznie chciała pobyć sama, to pewnie nie wracałaby do Walii. Może poszłaby przed siebie przez szkockie ostępy, może chciałaby się zgubić w lesie nieopodal Ostoi dla zwierząt… Ale wróciła właśnie tutaj.
– Nie wiem – odparła dość szybko. Było mało alkoholi, które piła, nie była to jej ulubiona forma spędzania czasu, nawet jeśli nie odmawiała, gdy ktoś jej proponował i akurat była ku temu dobra okazja, to nie mogła powiedzieć, by się na nich jakoś bardzo znała. A na pewno nie wypierały ukochanej przez nią kawy. – Chyba nigdy tego nie piłam – dodała po chwili i odruchowo przeczesała długie włosy, jakby to miało jakkolwiek pomóc na ten wiatr, który zdążył je potargać.
Stała tak jeszcze przez chwilę, patrząc w jakiś bliżej nieokreślony punkt w oddali, by w końcu ruszyć za Cathalem. Potrzebowała kilku sekund, w których on szukał butelki we wsiąkiewce, na to, by jakoś minimalnie się otrząsnąć, aż w końcu usiadła tuż obok i mocniej naciągnęła wierzchni sweter, jakby to miało pomóc na ten cholerny wiatr.
Na moment przytuliła do siebie tę butelkę i cicho westchnęła, po czym krótko kiwnęła głową. Chodziło o ten list, ale chyba bardziej pośrednio jakby się nad tym wszystkim zastanowić. Odkorkowała butelkę.
– Mój pradziadek zmarł w nocy – powiedziała krótko i była pewna, że to w pewien sposób wyjaśni całą sprawę i co prawda to była jej duża część… ale nie cała. Nie zniknęła rankiem dla zachcianki, to naprawdę była dość poważna „sytuacja rodzinna”. Na tyle poważna, że z lekko trzęsącą się dłonią musiała napisać list do Anthonego, prosząc go o ogromną przysługę, bo miała poczucie, że on szybciej skontaktuje się z ambasadą w Egipcie, niż zrobi to ona. Wzięła w końcu łyka i tę butelkę od ust odjęła szybciej, niż ją przyłożyła, patrząc na nią, jakby ją personalnie obraziła. Ale trunku nie wypluła.
PALIŁO.
Cholerna OGNISTA, rzeczywiście pasowało jej to miano.
– O matko, co to jest – wyrwało jej się, ale przeszło jej jeszcze przez głowę, że owszem, była odpowiednio mocna. Odpowiednio mocna, by choć na jakiś czas przytępić zmysły i umysł. Podsunęła butelkę z powrotem Calowi. – Miałam dzisiaj bardzo dziwny sen – powiedziała po chwili.