W przeciwieństwie do tego, jak chciała ukształtować ją matka, Victoria wcale nie uważała siebie za idealną. Doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich wad, które zresztą wychodziły na wierzch bardzo szybko podczas rozmowy. Brenna była znacznie bardziej przebojowa, ludzie lubili przy niej przebywać, zawsze miała też coś do opowiedzenia. A Victoria… lubiła sobie czasami pomilczeć i niekoniecznie dobrze jej wychodziło wynajdywanie zastępczych tematów do rozmów na poczekaniu.
– Myślę, że znam ją całkiem dobrze – i nie była tym, kim miała być w oczach rodziny. Rodzice to na nią postawili jakieś swoje ambicje i wymagania, pod tym względem jej siostry miały odrobinę lżej i też… z jakiegoś powodu… to nie one dziedziczyły po rodzicach fortunę, ale też dlatego to Victoria wzięła na siebie zapewnienie im tych wszystkich niezbędnych rzeczy, które straciły w pożarze.
Spojrzała nieco bezradnie na wpół napisany raport i ostatecznie wyciągnęła pióro z kałamarza, który zaraz zamknęła, by atrament nie wysechł.
– Nie mam do tego głowy. Jutro dokończę – stwierdziła w końcu, ale nie zostawiła po sobie bałaganu, o nie, chyba by tego nie wytrzymała. Uprzątnęła swoje biurko z wprawą i szybkością, kiwając jeszcze głową na informację o tym, że załatwiła czujki.
– Poproszę Strzałkę, żeby zrobiła nam jakąś dobrą kolację, co myślisz? – zagadnęła, gdy szły do punktu teleportacyjnego, by stamtąd mogła zabrać Brennę do siebie. Do tego wymarzonego domu, w którym nie było żadnych poltergeistów, bębnów i innych dziwactw. Nad spokojnym jeziorem, w którym nocą odbijały się gwiazdy.