19.04.2026, 19:47 ✶
Było coś niezwykłego w ciszy jaka ich otaczała. Las Wisielców szumiał nad ich głowami tak jak szumiał dziesiątki lat wstecz na długo przed ich narodzinami; tak jak szumieć będzie na długo po ich śmierci, pomimo pożarów i ludzkiej nienawiści do Matki Natury. W ciszy oddech Alexandra zdawał się być po trzykroć głośniejszy. Otaczał ich tak jak otaczał ich las. Czuła wciąż na sobie jego dotyk, chłód dłoni i drżenie ust. Czuła niechciany pocałunek, który pozostawił ją brudną. Ale nawet to nie sprawiło, że odmówiła nieznajomemu pomocy.
Obserwowała jak się podnosi z trudem. To musiał zrobić sam. Musiał wstać z ziemi, na którą pociągnął go Kapitan Nemo, teraz tulący się do jej nóg. Jeśliby nie zdołał - poszłaby sama. Odeszłaby do swojego domu, zebrała eliksiry i maści i… wróciłaby do niego, ale czy Alexander zrozumiałby dlaczego musi odejść? Poczekałby na jej powrót?
Cierpiał.
Widziała, że cierpi i napawało ją to straszliwym więc smutkiem. Udawał, że jest ponad to, ale na ile udawać może człowiek, którego wyrwano śmierci? Spoglądała na jego dłoń, którą zacisnął na żebrach. Zraniło go jezioro czy Nemo?
W końcu zdołał się podnieść i ruszyć za nią.
Szła powoli, prowadząc go ścieżką do domu, która teraz, pomimo swojej brzydoty zdała jej się być najodpowiedniejszą. Droga wiodła bowiem przez najbardziej zniszczoną podczas wrześniowego pożaru część zagajnika. Popiół zdążył ją zmieszać się z ziemią, lepiąc się do stóp i mokrego krańca jej sari. Ale ogień pożarł tu większość gęstwiny, droga była prosta, pozbawiona wystających pnączy czy korzeni. Drzewa obumarły tu podobnie jak ludzie, którzy niegdyś na nich zawiśli. Przymknęła powoli, gdy przeszli obok jednego z nich, pokrytego czarną sadzą, ale i … tradycyjnymi wieńcami ze złoto-czerwonych aksamitek. Minęła je, nie zatrzymując się dłużej, choć w innym przypadku oddałaby odpowiedni hołd miejscu śmierci ojca.
Dom panny Pandit znajdował się na samych obrzeżach zagajnika - zupełnie jakby ktoś kiedyś postanowił, że ta część lasu wraz z jeziorkiem do niego przynależą i basta. A jednak rozsypujący się biały płotek nie dotykał drzew. Może to uratowało go przed zaprószeniem ognia w nocy ósmego września? Może bogowie czuwali nad biedną dziewczyną, bo i sama chatka z pozoru wydawała się nietknięta… przynajmniej tak długo jak nie podeszli bliżej. Alexander mógł dostrzec, że framugi okien są nadkruszone i poszarzałe - zupełnie jakby ktoś próbował je rozpaczliwie doszorować, ale nie był w stanie naprawić okien, więc część z nich wciąż zionęła pustką, a część została zaklejona kartonami i losowo dobranymi materiałami. Dopełniało to tylko tragicznego obrazu domostwa Jahnavi, które choć otoczone przepięknym zielnikiem i ogrodem pełnym kwiatów i owocowych krzewów, samo w sobie zdawało się grozić zawaleniem.
Uchyliła furtkę, przepuszczając Kapitana Nemo pierwszego. Pies pogalopował w stronę panoszących się po podwórzu gęsi, poszczekując na nie radośnie, kompletnie zapominając o Nieznajomym, którego prawie pożarł. No ale to przecież było cały kwadrans wcześniej - stare dzieje.
- Jahnavi.
Przez całą drogę do domu, Navi nie odwróciła się w stronę podążającego za nią Alexandra. Nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że wiedziała, że las wciąż może go pochwycić. Tak wielu nie wychodziło z niego żywym… Nie miało znaczenia, że uratowała go przed jeziorem. Nie należał do niej, więc jeśli Bogowie upatrzyli go sobie na ofiarę - czym była jej wola wobec ich woli? Alexander Mulciber miał dług wobec śmierci. Dług, który zapisano już w jego gwiazdach i linii życia, gdy tą przedarł na kamieniu.
Nie chciała się obracać nim nie przekroczy progu swojego domostwa. Wtedy miałaby pewność, że Śmierć dała jej przyzwolenie na wyleczenie jego ran. Ale ją zawołał, więc to zrobiła. Z dłonią wciąż wspartą o bramkę, z której odpryskiwała biała farba.
Wymówił jej imię w sposób jaki nie słyszała od dawna. Niby nic niezwykłego, bo przecież nie było w jej imieniu zdawałoby się nic trudnego, ale w jego ustach brzmiało tak jak wtedy, gdy otaczał ją zgiełk w porcie u wybrzeży Indii.
Mówił dalej w dialekcie, który był jej obcy, a jednak przywodził na myśl dom. Coś tak bliskiego sercu, za czym tęskniła każdego dnia nawiedzając drzewo, na którym dokonał żywota jej ojciec.
Pies. Imię. Dom. Woda.
Rozumiała pojedyncze słowa. Tak wiele, tak mało. Nawet otworzyła usta, choć wiedziała, że to na nic. Więc je zamknęła. pokręciła powoli głową. Kiedyś pozna odpowiedzi na swoje pytania. Prędzej czy później prawda zostanie mu objawiona czy to pod postacią haftowanej chusty z imieniem “Kapitan Nemo” na psiej szyi czy też zrozumienia, że jezioro nie należy do nikogo, gdy zejdzie z nią pod wodę otulony bezpiecznym zaklęciem bąblogłowy. Ale nie teraz.
Jahnavi. Woda. Dom.
Poczuła jak łza spływa jej po policzku. Zamrugała zaskoczona, ocierając ją tak szybko, jak uświadomiła sobie, że mężczyzna zanosi się ciężkim kaszlem.
Nie czekała, wyrwała się do przodu, łapiąc go pod łokcie, starając się utrzymać czarodzieja w pionie. Nie miało znaczenia, że wciąż się go boi. Że jego dotyk był jej tak strasznym i obcym jak żaden inny. Wymówił jej imię tak jakby sami Bogowie szepnęli mu do ucha jak to zrobić. W końcu się uspokoił i mogła… w głębokim szacunku przykucnąć, zebrać opuszkami palców odrobinę piasku i pyłu z jego butów. Wyprostowała się dociskając dłoń do serca i odwróciła się bez słowa w stronę chatki.
Mógł ruszyć dalej za nią lub pozostać na granicy jej domu, zostawiła za sobą wszakże otwartą furtkę. Miała przeczucie, że skorzysta z zaproszenia.
Wnętrze było… ciepłe.
Jahnavi musiała napalić w kominku jeszcze przed swoim wyjściem. Teraz jednak szybkim zaklęciem posłała parę suchych drew, co by ogień nie wygasł.
Nie było w pokoju żadnej kanapy na której można byłoby usiąść, żeby się zagrzać, ale najwyraźniej i na to czarownica miała swoje sposoby, bo na ziemi wylądował szorstki, ręcznie robiony pled. Nakryła go grubym kocem i jeszcze jednym - odrobinę cieńszym. Skinęła w stronę naprędce przygotowanego posłania jasno dając Alexandrowi do zrozumienia, że powinien się położyć. Nie wiedziała jak mu powiedzieć, że powinien to zrobić s z y b k o, bo nie mieli wiele czasu nim Kapitanowi znudzi się bieganie i straszenie gęsi. A jednak w tym domu - kto pierwszy na wygodnym posłaniu ten lepszy. Więc tylko machnęła zachęcająco ręką, samej ruszając w stronę szafek z eliksirami i maściami. Na pewno coś miała schowanego na takie nieduże (miała nadzieję) urazy. No i herbata. Herbata to najlepsze lekarstwo. Machnęła różdżką w stronę czajnika zawieszonego nad ogniem, napełniając go wodą. Tak, teraz jeszcze musiała dobrać zioła.
Poprawiła nieprzyjemne mokre sari, które nadal lepiło się do jej nagiego ramienia. Zaraz. Najpierw musiała się zaopiekować goście.
Obserwowała jak się podnosi z trudem. To musiał zrobić sam. Musiał wstać z ziemi, na którą pociągnął go Kapitan Nemo, teraz tulący się do jej nóg. Jeśliby nie zdołał - poszłaby sama. Odeszłaby do swojego domu, zebrała eliksiry i maści i… wróciłaby do niego, ale czy Alexander zrozumiałby dlaczego musi odejść? Poczekałby na jej powrót?
Cierpiał.
Widziała, że cierpi i napawało ją to straszliwym więc smutkiem. Udawał, że jest ponad to, ale na ile udawać może człowiek, którego wyrwano śmierci? Spoglądała na jego dłoń, którą zacisnął na żebrach. Zraniło go jezioro czy Nemo?
W końcu zdołał się podnieść i ruszyć za nią.
Szła powoli, prowadząc go ścieżką do domu, która teraz, pomimo swojej brzydoty zdała jej się być najodpowiedniejszą. Droga wiodła bowiem przez najbardziej zniszczoną podczas wrześniowego pożaru część zagajnika. Popiół zdążył ją zmieszać się z ziemią, lepiąc się do stóp i mokrego krańca jej sari. Ale ogień pożarł tu większość gęstwiny, droga była prosta, pozbawiona wystających pnączy czy korzeni. Drzewa obumarły tu podobnie jak ludzie, którzy niegdyś na nich zawiśli. Przymknęła powoli, gdy przeszli obok jednego z nich, pokrytego czarną sadzą, ale i … tradycyjnymi wieńcami ze złoto-czerwonych aksamitek. Minęła je, nie zatrzymując się dłużej, choć w innym przypadku oddałaby odpowiedni hołd miejscu śmierci ojca.
Dom panny Pandit znajdował się na samych obrzeżach zagajnika - zupełnie jakby ktoś kiedyś postanowił, że ta część lasu wraz z jeziorkiem do niego przynależą i basta. A jednak rozsypujący się biały płotek nie dotykał drzew. Może to uratowało go przed zaprószeniem ognia w nocy ósmego września? Może bogowie czuwali nad biedną dziewczyną, bo i sama chatka z pozoru wydawała się nietknięta… przynajmniej tak długo jak nie podeszli bliżej. Alexander mógł dostrzec, że framugi okien są nadkruszone i poszarzałe - zupełnie jakby ktoś próbował je rozpaczliwie doszorować, ale nie był w stanie naprawić okien, więc część z nich wciąż zionęła pustką, a część została zaklejona kartonami i losowo dobranymi materiałami. Dopełniało to tylko tragicznego obrazu domostwa Jahnavi, które choć otoczone przepięknym zielnikiem i ogrodem pełnym kwiatów i owocowych krzewów, samo w sobie zdawało się grozić zawaleniem.
Uchyliła furtkę, przepuszczając Kapitana Nemo pierwszego. Pies pogalopował w stronę panoszących się po podwórzu gęsi, poszczekując na nie radośnie, kompletnie zapominając o Nieznajomym, którego prawie pożarł. No ale to przecież było cały kwadrans wcześniej - stare dzieje.
- Jahnavi.
Przez całą drogę do domu, Navi nie odwróciła się w stronę podążającego za nią Alexandra. Nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że wiedziała, że las wciąż może go pochwycić. Tak wielu nie wychodziło z niego żywym… Nie miało znaczenia, że uratowała go przed jeziorem. Nie należał do niej, więc jeśli Bogowie upatrzyli go sobie na ofiarę - czym była jej wola wobec ich woli? Alexander Mulciber miał dług wobec śmierci. Dług, który zapisano już w jego gwiazdach i linii życia, gdy tą przedarł na kamieniu.
Nie chciała się obracać nim nie przekroczy progu swojego domostwa. Wtedy miałaby pewność, że Śmierć dała jej przyzwolenie na wyleczenie jego ran. Ale ją zawołał, więc to zrobiła. Z dłonią wciąż wspartą o bramkę, z której odpryskiwała biała farba.
Wymówił jej imię w sposób jaki nie słyszała od dawna. Niby nic niezwykłego, bo przecież nie było w jej imieniu zdawałoby się nic trudnego, ale w jego ustach brzmiało tak jak wtedy, gdy otaczał ją zgiełk w porcie u wybrzeży Indii.
Mówił dalej w dialekcie, który był jej obcy, a jednak przywodził na myśl dom. Coś tak bliskiego sercu, za czym tęskniła każdego dnia nawiedzając drzewo, na którym dokonał żywota jej ojciec.
Pies. Imię. Dom. Woda.
Rozumiała pojedyncze słowa. Tak wiele, tak mało. Nawet otworzyła usta, choć wiedziała, że to na nic. Więc je zamknęła. pokręciła powoli głową. Kiedyś pozna odpowiedzi na swoje pytania. Prędzej czy później prawda zostanie mu objawiona czy to pod postacią haftowanej chusty z imieniem “Kapitan Nemo” na psiej szyi czy też zrozumienia, że jezioro nie należy do nikogo, gdy zejdzie z nią pod wodę otulony bezpiecznym zaklęciem bąblogłowy. Ale nie teraz.
Jahnavi. Woda. Dom.
Poczuła jak łza spływa jej po policzku. Zamrugała zaskoczona, ocierając ją tak szybko, jak uświadomiła sobie, że mężczyzna zanosi się ciężkim kaszlem.
Nie czekała, wyrwała się do przodu, łapiąc go pod łokcie, starając się utrzymać czarodzieja w pionie. Nie miało znaczenia, że wciąż się go boi. Że jego dotyk był jej tak strasznym i obcym jak żaden inny. Wymówił jej imię tak jakby sami Bogowie szepnęli mu do ucha jak to zrobić. W końcu się uspokoił i mogła… w głębokim szacunku przykucnąć, zebrać opuszkami palców odrobinę piasku i pyłu z jego butów. Wyprostowała się dociskając dłoń do serca i odwróciła się bez słowa w stronę chatki.
Mógł ruszyć dalej za nią lub pozostać na granicy jej domu, zostawiła za sobą wszakże otwartą furtkę. Miała przeczucie, że skorzysta z zaproszenia.
Wnętrze było… ciepłe.
Jahnavi musiała napalić w kominku jeszcze przed swoim wyjściem. Teraz jednak szybkim zaklęciem posłała parę suchych drew, co by ogień nie wygasł.
Nie było w pokoju żadnej kanapy na której można byłoby usiąść, żeby się zagrzać, ale najwyraźniej i na to czarownica miała swoje sposoby, bo na ziemi wylądował szorstki, ręcznie robiony pled. Nakryła go grubym kocem i jeszcze jednym - odrobinę cieńszym. Skinęła w stronę naprędce przygotowanego posłania jasno dając Alexandrowi do zrozumienia, że powinien się położyć. Nie wiedziała jak mu powiedzieć, że powinien to zrobić s z y b k o, bo nie mieli wiele czasu nim Kapitanowi znudzi się bieganie i straszenie gęsi. A jednak w tym domu - kto pierwszy na wygodnym posłaniu ten lepszy. Więc tylko machnęła zachęcająco ręką, samej ruszając w stronę szafek z eliksirami i maściami. Na pewno coś miała schowanego na takie nieduże (miała nadzieję) urazy. No i herbata. Herbata to najlepsze lekarstwo. Machnęła różdżką w stronę czajnika zawieszonego nad ogniem, napełniając go wodą. Tak, teraz jeszcze musiała dobrać zioła.
Poprawiła nieprzyjemne mokre sari, które nadal lepiło się do jej nagiego ramienia. Zaraz. Najpierw musiała się zaopiekować goście.