19.04.2026, 16:58 ✶
"Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej" stwierdziła gosposia, równocześnie bombardując czarownicę dwoma nieznanymi jej zwrotami, które zdawały się być kluczowe w samej rozmowie. I się zrobił mały problem.
Co to była ta cała pielgrzymka? I dlaczego ta kobieta nazywała Jerozolimę Ziemią Świętą? Czy ta nieszczęsna pustynia była jakąś świętą oazą w wierze niemagicznych? Czy miało to coś wspólnego z Jezusem? A może z Sądem Ostatecznym? I tym i tym? Lorien zmarszczyła delikatnie nos - a że zrobiła to równocześnie upijając herbaty, to pani Michałowa natychmiast podsunęła jej cukiernicę.
Z pewnością herbata była zbyt cierpka.
- Można tak powiedzieć…- Zaryzykowała. Och jakże pani Mulciber ryzykowała, uznając, że jeśli strzeliła straszne faux pas z tą całą “pielgrzymką” to zaraz zawoła się kogoś z Biura Dezinformacji czy jakiegoś Amnezjatora, co by posprzątał bałagan. Aż się mentalnie skrzywiła na myśl o papierkowej robocie i faktu, że z pewnością będzie musiała za taką przysługę zapłacić inną przysługą.
Ale kobiecina wydawała się całkiem zadowolona z odpowiedzi, nie zaczęła jej wyzywać od wszelkich mugolskich diabłów czy innych czortów, więc chyba nie poszło tak źle. Zamiast tego przyniosła jej coś… co Lorien znała.
Och, miała dokładnie taką samą ozdóbkę - nie, nie do końca, bo ten, który znalazła w kieszeni po Spalonej Nocy był znacznie bardziej prosty i zdecydowanie mniej… kunsztowny. Ale poza tym - był to dokładnie ten sam symbol.
Lorien poczuła jak coś nieprzyjemnie zaciska się gdzieś pod mostkiem. Ten sam symbol został jej niemal wciśnięty. Wcześniej nie pozwalała sobie na myśl o tym, że ma jakieś większe znaczenie. Nie poświęcała mu żadnej myśli, bo wspomnienie nocy 8. września wciąż jeszcze było bolesne - tak jak bolesne było zerkanie każdego dnia na porzucony w szkatułce krzyżyk.
Naraz przestało jej się podobać w tym domu “sług bożych” tak odległych wiarą od tego czego ją uczono o Bogini Matce. Przestało jej się podobać, że ma we własnym domu symbole ofiarowane przez człowieka, który choć posługiwał się magią i należał do ich społeczności wciąż czuł przywiązanie do tego. Do kawałka drewna, metalu, kolorowych paciorków przywiezionych bogowie wiedzą skąd. Do nawracającego znaku, wobec którego przywiązania pani Mulciber nie rozumiała i rozumieć nie planowała.
Może powinna uważniej przysłuchiwać się kobiecie, może nawet zagadać i zapytać o tą całą podróż z Hiszpanii i “księdza misjonarza” (Kim do cholery był misjonarz? To jakiś wyższy stopień wtajemniczenia w mugolską posługę?), ale… nie potrafiła. Sprawy ludzi prostych, a zwłaszcza mugoli, nudziły ją niemiłosiernie. Zamiast tego skupiła się na różańcu. Przesunęła opuszkami palców nad paciorkami, bardziej z uprzejmości niż potrzeby. Drewno zdawało się być gładkie, wytarte przez lata i wielokrotnie powtarzane modlitwy kierowane w stronę milczącego bóstwa.
- Piękna rzecz.- Zauważyła tonem tak szalenie uprzejmym, że niemal cierpły przy tym zęby. Michałowa zdawała się tego nie zauważyć. Rozpromieniła się, jakby Lorien pochwaliła coś znacznie ważniejszego niż paciorki na sznurku. A potem znów zaczęła gadać.
Uniosła do ust filiżankę i rozejrzała się po pomieszczeniu, całkiem skutecznie odcinając się od dalszego trajkotania kobieciny. Nie znalazła tu nic godnego uwagi - ani w ciężkiej, nieco przestarzałej jadalni, ani w kwitnących, zadbanych kwiatach na parapecie, ani w samej gospodyni, która zdawała się być tylko kolejnym elementem wyposażenia pokoju. Wszystko to sprawiało wrażenie niemal zaniedbanego, zupełnie jakby czas się zatrzymał więżąc swoich mieszkańców w użytkowej bylejakości. Stół był solidny, filiżanki całe, herbata całkiem smaczna. Wszystko miałkie, nudne i ubogie.
Przesunęła wreszcie spojrzeniem po ścianach, zatrzymując na moment wzrok na reprodukcji obrazu nad którym tak piała wcześniej mugolka. Nawet to było kopią. Nieszczególnie przy okazji udaną sądząc po nieco przygaszonych kolorach i szczerbionej ramie.
Odwróciła wzrok, zanim zdążyła poświęcić dziełu więcej uwagi niż na to zasługiwało. Pani Michałowa hodowała kwiaty, chyba pelargonie, w ciepłych odcieniach czerwieni i żółci. Dbała o nie i podlewała je odpowiednio, sądząc po tym, że nadal cieszyły wzrok pomimo późnej jesieni. Mugolska magia. Znów - nie było w nich nic niezwykłego. Po prostu były.
Nie czuła zagrożenia, a mimo to miała wrażenie, że się powoli dusi w tej mugolskiej przestrzeni. Uczucie równie nieprzyjemne jak podwijająca się podwiązka, którą należało co jakiś czas poprawiać czy nadłamany paznokieć co haczy się o wszystko. Zapiła to herbatą.
Nie musiała podnosić nawet głowy, by wiedzieć kto idzie w ich stronę. Znała te kroki. Wybrzmiewały znajomym rytmem, podobnym do tego, gdy maszerował przez korytarz na drugim piętrze. A mimo to spojrzała przez ramię, wyczekując aż pojawi się w drzwiach. W końcu wszedł do środka i… to nie był jej Aaron. Znaczy był, ale… No właśnie. Wiedziała, że i ona nie przypomina w żaden sposób samej siebie. Mimo to w jasnych oczach czarownicy pojawił się wyraźny żal. Jej czy ptasi - nie było żadnej różnicy. Nie lubiła, gdy wyglądał inaczej. Zdusiła go momentalnie. To tylko głupi eliksir. Nic więcej. Kolejny z miliona środków ostrożności. Uspokoiła się dopiero, gdy podszedł bliżej. Przynajmniej użył tej samej wody kolońskiej.
- W porządku?
Skinęła głową w odpowiedzi. Nie zważała na pozostałych, kiedy podniosła rękę, żeby przesunąć palcami po wciąż mokrej skórze dłoni Aarona. Upewniła się tylko (patrząc wyjątkowo krytycznie) czy na pewno domył ten okropny mugolski smar z rąk, kiedy splotła ich palce razem. Chciała go mieć blisko. Nawet jeśli wyglądał jak wyglądał.
Trochę minęło zanim w ogóle zauważyła obecność tutejszego proboszcza. Nie żeby był cicho. O nie. Zakrzykiwał radośnie, potrząsając ramionami gospodyni i opowiadając o tym całym samochodzie. A ta poleciała parzyć więcej herbaty.
- Nie, dzięku…- Zdążyła tylko powiedzieć niewielki fragment wymijającej formułki o umówionym spotkaniu i bardzo ważnych obowiązkach i fakcie, że państwo na plebani muszą z pewnością się bardzo przygotować do wizyty kogokolwiek kto tam ich planował odwiedzić, gdy nagle…
– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks!
… ktoś jej bezczelnie przerwał. O. Tego to nie lubiła. Nawet bardzo. Aaron mógł dostrzec jak w jednej chwili z nie-do-końca-lorkowej twarzy znika maska sztucznej uprzejmości, zastąpiona za grymas wyraźnej niechęci. Zacisnęła usta, przełykając resztę słów, ale spojrzenie miała utkwione w nowo przybyłego… cholera wie kogo. Nie znała tutejszych mugoli, to i skąd wiedzieć by mogła, że trafiła im się wizyta samego wójta? Zresztą nawet jakby wiedziała, to by nie uwierzyła. Bo co za wójt wpada z krzykiem i hukiem do nie swojego domu jak ostatni cham i prostak, którym zapewne był sądząc po czerwonej gębie.
Uniosła brwi, wymieniając ostentacyjne spojrzenie z Aaronem. Powiem mu coś. Aaron odpowiedział jej zaledwie tylko lekkim zmarszczeniem brwi, które odczytała dokładnie tak jak chciała - nic mu nie mów. Przewróciła oczami, bo chłop (jej chłop) zdawał się być bardziej przejęty wąsem nieznajomego. Co oni mieli do tych nieszczęsnych wąsów? Nie no, muszę, bo się uduszę.
No i kto potrzebował legilimencji, skoro swoje myśli pani Mulciber miała praktycznie wypisane czarnym markerem na nie-swojej twarzy?
- Odnoszę wrażenie, że kwestia wizyty osoby biskupa w Dolinie raczej nie jest “sprawą rodzinną”.- Oznajmiła oschle, na dodatek machając nonszalancko tą dłonią, w której akurat nie trzymała filiżanki z na wpół wypitą herbatą. Założyła nogę na nogę jasno dając do zrozumienia, że ona się stąd nie rusza, jeśli taki był ukryty przekaz w słowach nieznajomego gościa.- Czy istnieje jakikolwiek powód dla którego tutejsza… wspólnota powinna być pozbawiona możliwości odbycia spotkania z nim? Mąż może zapewnić, że auto jest sprawne, prawda kochanie?- Odwróciła głowę w stronę Aarona, uśmiechając się prześlicznie. Zaraz jednak na nowo przeniosła wzrok na swoją nową ofiarę.- A pan to tak w ogóle kto?