• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue

[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
7 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Po raz pierwszy od dłuższego czasu miałem wrażenie, że wszystko układa się dokładnie tak, jak powinno - nie dlatego, że było bezpiecznie, bo nie było, nie dlatego, że było mądrze, bo pewnie nie było, tylko dlatego, że w końcu coś się działo i było konsekwencją naszych świadomych, wspólnych działań. Nie moich, nie Sunny, tylko naszych, znowu robiliśmy coś razem, co równie dobrze mogło skończyć się wybitnie albo fatalnie, raczej niczym pomiędzy. Czymkolwiek miało się to okazać, przynajmniej zakończyliśmy etap polegający na całkowitym braku eksperymentalnej inicjatywy - jeżeli to coś wewnątrz skorupy miało nacieszyć się spokojem po przeprowadzce z Nokturnu do zdecydowanie lepszej dzielnicy, już zdążyło to zrobić, teraz nadeszła nasza kolej na wzięcie spraw we własne szczypce - czekanie przez tę całą dobę było jak powolne duszenie się we własnej skórze. Zupełnie tak, jakby ktoś kazał mi stać w miejscu i patrzeć, jak świat przechodzi obok. Nie było wątpliwości, iż Prue potrafiła to znieść w znacznie bardziej statyczny sposób niż ja, zawsze umiała zamknąć się w książkach, w analizie, w tym całym uporządkowanym świecie, w którym każda odpowiedź gdzieś istniała, trzeba ją było tylko znaleźć. Ja na ogół nie wierzyłem w takie rzeczy, dla mnie odpowiedzi nie leżały w książkach, tylko w tym, co działo się tu i teraz, pod ręką, w ogniu, w ryzyku, w tym jednym kroku za daleko, który zawsze robiłem bez wahania. Zawsze… Do dzisiaj.
Sterczałem nad rozżarzonym paleniskiem i przez moment naprawdę przyszło mi do głowy, że to chyba najdłuższe dwadzieścia cztery godziny w moim życiu, a przeżyłem już kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset takich, które powinny mnie dawno nauczyć cierpliwości. Problem polegał na tym, że niczego mnie nie nauczyły, a jeśli już, to raczej tego, żeby nie czekać zbyt długo, bo najlepsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy przestajesz się zastanawiać i zaczynasz działać. Stałem przy tym kominku dłużej, niż powinienem być w stanie wytrzymać bez robienia czegokolwiek, i sam fakt, że jeszcze go nie przetrząsnąłem, nie zajrzałem do środka gołymi rękami ani nie spróbowałem przyspieszyć tego wszystkiego zaklęciem, był jakimś małym, osobistym zwycięstwem. Nie łudziłem się jednak zbyt mocno - wiedziałem, że stało się tak w głównej mierze przez obecność mojej żony - przez to jej spokojne, uporządkowane podejście, które działało na mnie jak kotwica, nawet jeśli czasem mnie przy tym cholernie irytowało. Właśnie dlatego wytrzymałem tę dobę. Nie dlatego, że nagle potrafiłem być bardziej opanowany, tylko dlatego, że Sun była obok i swoim spokojem trochę mnie przytrzymała. Trochę… Wystarczająco, żebym nie ruszył tych jaj jeszcze wczoraj. Gdyby jej nie było… Cóż, pewnie już poprzedniego wieczoru rozbiłbym jedno z tych jaj o kant stołu i sprawdził, co wylezie. Gdybym był tu sam, nie byłoby żadnych „dwudziestu czterech godzin”, byłoby pięć minut ciekawości i jedna bardzo zła decyzja, a tak… Tak łaziłem i patrzyłem, i czekałem, jak ktoś, kto próbuje udawać, że potrafi. Z drugiej strony, gdyby mnie tu nie było, pewnie moja druga, bardziej racjonalna połówka siedziałaby nad tym jeszcze tydzień, przekładając strony, szukając odpowiedzi, które mogły nawet nie istnieć. Jej sposób myślenia miał w sobie porządek, mojemu bliżej było do chaosu, ale właśnie przez to jakoś się uzupełniały, często prowadząc do najbardziej nieoczekiwanych rozwiązań. Działo się tak może właśnie dlatego, że nie próbowaliśmy być tacy sami na siłę.
Prychnąłem cicho na jej słowa o książkach i naszej potencjalnej, mało chwalebnej roli w historii, prawdopodobnie ledwie wspominki śmierci opisanej pod gwiazdką na marginesie, kręcąc lekko głową, jakby to była najbardziej absurdalna rzecz, jaką dziś usłyszałem, choć przecież wcale nią nie była - po prawdzie mówiąc - było to całkiem logiczne zakończenie przygody z niespodziankami z miejsc takich jak Nokturn, jakie należało brać pod uwagę, gdy robiło się tam spontaniczne zakupy. Księga, kurz, ktoś przewracający strony i trafiający na historię o dwójce idiotów, którzy wrzucili coś nieznanego do ognia, a potem jeszcze to zagotowali, zamiast zostawić nieznanych współlokatorów w spokoju - uśmiechnąłem się krzywo, bo ta wizja wcale nie była tak odstraszająca, jak pewnie powinna była być. Brzmiała jak coś, co spokojnie mogłoby się wydarzyć, tyle że ja nigdy nie widziałem siebie jako przypisu czy ostrzeżenia na marginesie cudzej wiedzy, i jeśli już ktoś miał o mnie pisać, to raczej jako o kimś, kto wszedł tam, gdzie inni nie mieli odwagi i coś z tego wyniósł... Nawet jeśli czasem było to tylko doświadczenie, które bolało bardziej, niż powinno - nie zamierzałem kończyć żywota bez odpowiedniej oprawy. Poza tym nie łudziłem się, co do tego, jak wyglądała większość publikacji, szczególnie po śmierci osób w niej zawieranych - i tak wszystko przekręcą - albo zrobią z nas idiotów, albo bohaterów, jedno i drugie będzie dalekie od prawdy.
- Jeśli ktoś kiedyś o nas napisze - mruknąłem pod nosem, odpowiadając jej bez odrywania wzroku od garnka - to laszej nie dlatego, sze lobiliśmy wszystko zgodnie s instluksją. - Kącik ust uniósł mi się lekko, w mojej głowie to brzmiało jak komplement, nie ostrzeżenie. - Jak jusz mają pisaś - dodałem - to niech pszynajmniej mają o czym. Poza tym, obiecałem sobie jusz dawno, sze jak umlę, to zdecydowanie nie s nudów. „Zginęli, bo byli ciekawi i lobili duszo” bszmi lepiej nisz „pszeszyli, bo nic nie zlobili”. Lepsze to nisz „szyli długo i nic się nie wydaszyło”. - Nie powiedziałem tego ciężko, wręcz przeciwnie, zabrzmiało to jak coś oczywistego - coś, co już dawno zaakceptowałem. Nie była to odpowiedź, która mogłaby ją uspokoić, i dobrze o tym wiedziałem, ponieważ Pruey myślała o konsekwencjach, o tym, co zostaje po wszystkim, o sensie i strukturze, podczas gdy ja myślałem o tym, co jest teraz - o tym momencie, kiedy coś się zmienia i nie ma już odwrotu. Prawda była taka, że śmierć nigdy mnie nie przerażała tak, jak bezczynność, miałem już swoją porcję bliskich spotkań z końcem, kilka razy aż za bliskich, i jeśli kiedyś miało się to skończyć, to zdecydowanie nie przy siedzeniu i czekaniu, aż coś łaskawie się wydarzy.
To była prawda, nie interesowało mnie bycie przestrogą, jeśli już, to chciałem być legendą, ale bycie nudziarzem w ogóle nie wchodziło w grę. Nie było w tym brawury na pokaz, nie było też chęci przekonywania jej, co do zasadności mojego podejścia, to była zwykła, prosta prawda, którą nosiłem w sobie od dawna - jeśli miałem kiedyś zginąć, to nie przez to, że stałem i się wahałem, nie po tym wszystkim, co już przeżyłem, nie po tym, jak wiele razy wychodziłem z rzeczy, z których nikt normalny by nie wyszedł. Nigdy nie zależało mi na tym, żeby ktoś pisał o mnie dobrze, wystarczało mi, żeby w ogóle miał powód pisać - nie zamierzałem kończyć jako ktoś, kto przegapił własną historię, bo bał się zrobić kolejny krok.
Moment zawahania, gdy tylko przeszliśmy do weryfikacji treści książek, zauważyłem od razu, nawet jeśli nie patrzyłem na nią bezpośrednio - znałem ją już na tyle, żeby wyłapać ten moment, kiedy coś zaczynało jej się nie zgadzać.
- Jasne. Tylko pytanie, kto welyfikuje tego, kto welyfikuje. - Odparłem, ciszej, tym razem odrywając wzrok od garnka i zerkając na nią. - Widziałem szeszy, któle nie istniały w ksiąszkach. - Dodałem, tym razem bez zbędnej przekory, po czym wzruszyłem lekko ramionami, wracając spojrzeniem do garnka. - I szeszy, któle istniały w ksiąszkach, ale w szeszywistości działały zupełnie inaczej. - To było chyba najbliżej przyznania, że nie chodziło mi tylko o brawurę, to też była potrzeba kontroli, tylko zupełnie innego rodzaju niż u niej. Świat, który znałem, nie był uporządkowany - był brudny, chaotyczny i często miał gdzieś to, co ktoś kiedyś spisał.
-Ale nawet jeśli połowa tego jest bsdulą, to dluga połowa i tak wystalszy, szeby nie lobiś najgolszych głupot. - Podkreśliłem, poprawiając się, jakby to załatwiało sprawę, gdyż dla mnie tak właśnie było. Nie chodziło mi nawet o to, żeby ją pocieszyć, ponieważ nie potrzebowała pocieszenia, raczej o to, żeby nie pozwolić jej całkiem stracić tego gruntu pod nogami, na którym zawsze stała, bo chociaż różniliśmy się podejściem, to jej sposób patrzenia na świat miał sens - po prostu nie był moim. Dla mnie książki były dobre do podstaw, ale to, co najciekawsze, zawsze działo się poza nimi - klątwy, artefakty, przeklęte miejsca, które „nie powinny istnieć”... Nic nigdy nie było dokładnie takie, jak w opisie, najbardziej prawdziwe rzeczy zawsze zaczynały się tam, gdzie kończyła się czyjaś wiedza zapisana na papierze.
- Zlesztą… Całkowicie welyfikowalne jest tylko to, co da się pszeszyś. - Dodałem. - Cała leszta znika razem s ludźmi, któszy plóbowali. - To było coś, czego nauczyłem się dawno temu, jeszcze zanim zacząłem na poważnie łamać klątwy - wiedza nie była kompletna, nigdy nie była, zawsze ktoś musiał być tym pierwszym idiotą, który sprawdzi, co się stanie… I najwyraźniej tym razem mogło być tak, iż padło na nas. Na szczęście, jak zwykła mówić, razem faktycznie mieliśmy wszystko. Ona dawała temu sens, ja nadawałem temu tempo - gdzieś pomiędzy jej rozwagą a moją skłonnością do przypałów znajdowało się coś, co działało, może nie idealnie, może nie rozsądnie, ale skutecznie.
Kiedy Prudence zaczęła mówić o zmianie, o tym, że wszystko można zmienić, uśmiechnąłem się tylko pod nosem, bez komentarza, nie dlatego, że się z nią nie zgadzałem, tylko dlatego, że w moim przypadku to już dawno przestało być takie proste - byłem tym, kim byłem, bo przeżyłem rzeczy, których nie dało się „zmienić” jednym postanowieniem. Uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy, był powolny i zdecydowanie zbyt zadowolony jak na coś tak niewinnego jak jej słowa.
- Nie wiem, czy świat jest asz tak upszejmy. - Stwierdziłem. - Ale jeśli jusz szusa… To głupio nie złapaś. - Taka prawda, niezależnie od tego, czy to było przekleństwo, kontrakt czy dwa dziwne jaja z Nokturnu.
Oparłem się przy tym wygodniej, nie odrywając od niej wzroku, z miną, jakbym właśnie dostał coś, na co czekałem znacznie dłużej, niż powinienem - zatrzymałem spojrzenie na brązowych tęczówkach żony o ułamek sekundy za długo, świadomie, bez uciekania wzrokiem. Pruey znała mnie w tylu wersjach - zaczepnego, zmęczonego, wkurzonego, poranionego, czasem nawet zbyt podejrzanie skupionego - że nie było sensu udawać czegoś, czym nie byłem.
- No mam nadzieję… - Odpowiedziałem bardziej miękko, z lekkim uśmieszkiem, który nie miał w sobie ani grama skrępowania. - Tlochę się stalam. Jusz się bałem, sze cały ten pokaz idzie na malne. - Mrugnąłem do niej, mrużąc oczy, z lekkim przekąsem. - Mam jeszcze kilka lepszych odsłon w zapasie. - Przerobiliśmy już rzeczy, przez które większość ludzi by się rozeszła w dwie strony i więcej nie oglądała za siebie. Nokturn, przeklęte konsekwencje pożarów, tamta noc… I masa innych sytuacji, które zostawiły ślady, nawet jeśli nie zawsze było je widać, a jednak nadal potrafiła na mnie patrzeć w ten sposób, a to było… Coś.
Tym bardziej, iż wiedziałem już, jak działała pamięć Prue - potrafiła wracać do rzeczy, które ja dawno już odpuściłem - słuchałem jej zatem, pozwalając, żeby mówiła, rozkładała to wszystko na swoje ulubione czynniki pierwsze, bo… Cholera, zawsze mnie to fascynowało - to, jak potrafiła ubrać coś, co dla mnie było czystym impulsem, w słowa, w sens, w logikę, jakbyśmy patrzyli na to samo z dwóch zupełnie różnych perspektyw, a i tak dochodzili do tego samego miejsca. To się jakoś dziwnie uzupełniało, nawet jeśli każde z nas czasem uważało, że to drugie przesadza w swoją stronę.
Kiedy zaczęła mówić o afirmowaniu, uniosłem brew i spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, które szybko przerodziło się w rozbawienie.
- Czyli co, mamy udawaś, sze to coś miłego, a ono się dostosuje? - Zapytałem półżartem, pół serio. - Bszmi podejszanie optymistycznie jak na nas - Wróciłem wzrokiem do garnka, zerkając na zawartość, ale kącik ust nadal miałem uniesiony. - Ale dobla… Moszemy splóbowaś. Mose faktycznie dzieje się tu coś magicznego. - Wzruszyłem ramionami, choć gdzieś tam, głęboko, wcale nie byłem taki obojętny. Kto tam wiedział, może akurat trafiły nam się uprzejme egzemplarze czegoś, co tylko w ramach całkowitego przypadku znalazło się w najmniej uprzejmej części Londynu. Co prawda nie pokładałem w tym ani odrobiny wiary, ale nie zamierzałem jej tego odbierać - jeśli chciała w to wierzyć, proszę bardzo. - Byleby tylko nie uznało, sze „miłe pszyjęsie” znaczy „łatwi do zjedzenia”. - Burknąłem jeszcze pod nosem, nachyliłem się lekko nad garnkiem, odchrząknąłem i nabrałem głębszy wdech, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
- Nie glyście. Nie zabijajcie. Bądźcie miłe. - Wymieniłem półgłosem, a potem zerknąłem na Sun kątem oka. - Tak? - Uśmiech wrócił na moment, przyszedł mi wyjątkowo naturalnie, niemal odruchowo. - A jak jusz, to mnie. - Powiedziałem półgłosem, niemal poważnie, bo nie zamierzałem zdechnąć przez jakieś jajo w garnku, to byłoby… Rozczarowujące. - Ona się stala. - Niestety, nawet starając się utrzymać pokerową twarz, parsknąłem zaraz potem, bo to brzmiało absurdalnie, ale… Wcale nie czułem się głupio, nieodpowiedzialnie również nie, natomiast jeśli miałem kiedyś zejść, to nie przy powolnym gotowaniu czegoś, czego nawet nie rozumieliśmy. Za dużo już widziałem, za dużo przeżyłem, żeby kończyć w taki sposób. To była jedyna zasada, jakiej się trzymałem od lat - nie umrzeć z nudów - cała reszta była negocjowalna, szczególnie że nie miałem cierpliwości do czekania na idealny moment, do szukania pewności tam, gdzie jej nie było. Klątwy nigdy nie dawały instrukcji obsługi, artefakty nie przychodziły z ostrzeżeniem „dotknij tutaj, a wszystko będzie dobrze”, trzeba było działać i brać na siebie konsekwencje.
- Ej. Dzisiaj jestem wzolem loswagi. - Rzuciłem, unosząc lekko rękę, jakbym chciał to udowodnić. - Widzisz? Nic jeszcze nie wybuchło. - To był mój standard. - Zapamiętaj tę chwilę. - Wiedziałem, że i bez tego komentarza by to zrobiła, lecz nie mogłem się powstrzymać.
Skupiłem się z powrotem na garnku, kiedy tylko przesunąłem go dokładniej nad płomień, tym razem zrobiłem to wolniej, bardziej świadomie, czując na sobie spojrzenie Prudence, która również intensywnie wpatrywała się w pękające skorupki jakek. To działało, zdecydowanie coś się działo, do tego stopnia, iż gdyby ktoś zapytał mnie dzień wcześniej, czy to dobry pomysł, pewnie bym się zaśmiał i zrobił to samo, tylko szybciej. Nie chciałem jednak tego spieprzyć, nie teraz, nie przy niej, nie kiedy to coś w środku było już tak blisko wyjścia. Pozwoliłbym sobie nawet stwierdzić, że było w tym coś znajomego, co uruchamiało we mnie część instynktów zawodowcy, być może chodziło o napięcie, zazwyczaj obecne tuż przed tym, gdy coś się aktywowało, a magia zaczynała reagować na bodziec. Przypominało mi to pracę przy klątwach, dokładniej rzecz ujmując - ten moment, kiedy struktura zaczynała pękać, kiedy wszystko, co było ukryte, ujawniało się, wychodząc na powierzchnię. Różnica była taka, że tym razem nie chodziło o złoto, artefakt czy przeklęty przedmiot - tym razem to było coś żywego, coś, co sami przynieśliśmy do domu, jakbyśmy zaprosili kłopoty na herbatę i jeszcze przygotowali dla nich miejsce przy grzejniku.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się pęknięciom, tym razem już z większą powagą, szybko dochodząc do wniosku, iż nie były przypadkowe - rozchodziły się w określony sposób, jakby coś od środka naciskało rytmicznie, szukając najsłabszego punktu - światło pulsowało, niezbyt równo, ale wystarczająco wyraźnie, żeby zauważyć wzór.
- Mówiłem - rzuciłem, kolejny raz półgłosem, chociaż tak naprawdę to ona mówiła, pomysł z gotowaniem zdecydowanie należał do Prudence - wystalszyło je tlochę wkuszyś.
Nie odrywałem wzroku od jaj ani na sekundę - wszystko inne przestało się liczyć - nie było książek, analiz, przeszłości ani przyszłości, był tylko ten moment, kiedy cały proces zaczął przyspieszać. Jeśli coś miało z tego wyjść, chciałem być dokładnie tutaj, kiedy to się stanie, bo nieważne, czy to miało być coś małego, nieszkodliwego, czy coś, co spróbuje nam rozwalić pół domu, to była ta chwila - ta, dla której warto było czekać. I, cholera, nie zamierzałem jej przegapić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6523), Prudence Fenwick (2987)




Wiadomości w tym wątku
[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.04.2026, 13:07
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.04.2026, 14:17
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.04.2026, 22:20
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.04.2026, 16:34
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 10.04.2026, 13:06
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 10.04.2026, 18:46
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.04.2026, 01:47
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.04.2026, 10:45
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 7 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa