11 godzin(y) temu ✶
Uśmiechnąłem się pod nosem, zanim jeszcze skończyła mówić, i tym razem nie próbowałem tego ukrywać - to nie była ta maska, którą zakładałem w pracy, ani ta zaczepna mina, którą wyciągałem przy byle okazji, żeby ją sprowokować, to było coś prostszego, bardziej prywatnego - ten fragment o nieplanowaniu był zbyt trafny, zbyt bliski prawdy, żeby udawać, że mnie nie bawił. Nigdy nie byłem typem, który siadał i rozpisywał kolejne ruchy, analizował, kalkulował, nie trzeba było znać mnie aż tak dobrze, by wiedzieć, iż zawsze działałem impulsem, instynktem, operując tym, co akurat przyszło mi do głowy. Funkcjonowałem tak od wielu lat, przez całe dekady, i jakoś to… Działało, mniej lub bardziej skutecznie, ale działało. Prawda była jednak taka, że przy niej czasem naprawdę się starałem, nawet jeśli nie wyglądało to jak planowanie, nawet jeśli nadal było chaotyczne, czasami zbyt ostre, podszyte tą samą potrzebą podpuszczania jej przy każdej okazji. Słuchałem Pruey, opierając się wygodniej o oparcie krzesła, obserwując każdy drobny ruch, każdy cień emocji, który przemykał przez jej twarz - było coś cholernie satysfakcjonującego w tym, że mogłem teraz patrzeć na to wszystko bez tej dawnej frustracji, bez potrzeby odwracania wzroku, bez udawania, że mnie to nie rusza.
- Wyszło mi, bo chodziło o ciebie. - Rzuciłem lekko, kiedy tylko to powiedziała, nie było w tym ani odrobiny skrępowania, ani nawet przelotnej potrzeby udawania, że coś z tego nie było celowo dedykowane właśnie jej - nikomu innemu nie robiłem aż tak bardzo pod górę, w żadne inne interakcje nie wkładałem aż tyle energii, nikt inny nie potrafił aż tak bardzo mnie rozjuszyć i zaintrygować jednocześnie. - Pszy nikim innym bym się asz tak nie wysilał. - Dodałem zaraz zresztą, przechylając lekko głowę, jakby to było najprostsze wyjaśnienie na świecie, bo… Było. Może nie planowałem moich niegodziwych zagrywek tak jak ona mogłaby uznać to za zasadne - Prudence z pewnością by to rozrysowała, gdyby miała ku temu okazję, ale byliśmy na to zbyt nieprzewidywalni - nie siedziałem z kartką i nie układałem kolejnych kroków naszego planu wymiany artylerii, ale wiedziałem dokładnie, co robię, bo byłem zdecydowany, co do tego, jaki efekt chciałem osiągnąć i robiłem wszystko, by zobaczyć go na żywo, nie tylko oczami wyobraźni. Uczyłem się jej reakcji, jej spojrzeń, tych momentów, kiedy coś ją ruszało bardziej niż powinno, i potem naciskałem dokładnie tam - zawsze działało.
Teraz też wciąż nie zdradziłem wszystkiego, nie powiedziałem, że jednym z moich ulubionych widoków było to, jak się przy mnie rumieniła, jak traciła kontrolę nad tym swoim opanowaniem, jak emocje przebijały się przez tę całą jej poukładaną powierzchnię. Nie powiedziałem, że wolałbym wtedy zamknąć jej usta w zupełnie inny sposób niż słowami… Ale to i tak zawisło gdzieś między nami. Nigdy nie planowałem, nigdy nie analizowałem tak jak ona, zawsze działałem szybciej, bardziej instynktownie, często głupiej - i może właśnie dlatego tak dobrze wychodziło mi wyprowadzanie Prudence Madison Bletchley z równowagi. Jej spojrzenie, to zmrużenie oczu, ten upór - wszystko było dokładnie takie samo jak kiedyś i, cholera, działało na mnie równie mocno - może nie przewidywałem sześciu kroków do przodu, ale z Prudence dostosowywałem się szybciej niż zwykle, intuicyjnie łapałem jej rytm, odpowiadałem na niego, przy niej wszystko układało się w ciągi, które wyglądały jak plan, nawet jeśli powstawały w locie, w połowie zdania, w trakcie spojrzenia.
- No co? - Przekrzywiłem głowę, spoglądając na nią, jakbym naprawdę nie rozumiał, o co jej chodziło, gdy tak wlepiła we mnie swoje mroźne ślepia. - Zostawiam sobie malgines błędu. - Uniosłem lekko brew, wzruszając ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego, kącik ust drgnął mi jednak ciut wyżej, bo oboje wiedzieliśmy, że to była półprawda - nie było żadnego marginesu, nie dla niej, nie dla mnie - to „na pewno” wybrzmiało między nami wystarczająco jasno i nie potrzebowało komentarza. Zawsze była kimś, przy kim nie dało się działać na pół gwizdka, przy niej trzeba było być czujnym, przy niej trzeba było się postarać, chyba właśnie dlatego nigdy nie byłem w stanie jej do końca rozgryźć, nawet jeśli przez lata byłem przekonany, że mam ją „już prawie” rozpracowaną na wylot.
Pod stołem było gorzej.
Albo lepiej.
Zależy, jak na to spojrzeć.
- Oczywiście. - Kiwnąłem głową, jakbym przyjmował to do wiadomości, nie odrywając od niej wzroku. - Implowizasja. Twoja najmocniejsza stlona. - Nie wierzyłem w to ani trochę, ale podobało mi się, gdy próbowała obronić własną nagłą zmianę strategii, jednak zanim zdążyłem to rozwinąć, zanim zdążyłem odzyskać przewagę, której byłem pewien…
Przez chwilę byłem przekonany, że mam to pod kontrolą, że fortuna jest po mojej stronie, że brak zasięgu mojej żony, jej pozycja, wszystko to działało na moją korzyść, a potem sytuacja eskalowała… Pruey rzuciła się na moją torbę i tym razem była szybsza - zaskoczyła mnie, wykorzystała moment, który sam jej dałem, i zanim zdążyłem zamknąć ruch, już miała ją przy sobie. Zatrzymałem się na moment, patrząc na nią, kiedy przyciskała ją do siebie z tym triumfem, którego nawet nie próbowała ukryć, i coś w moim spojrzeniu zmieniło się minimalnie - było w nim więcej zaintrygowania, więcej… Satysfakcji. Tej płynącej z momentu, kiedy przestawała być tą uporządkowaną, analityczną wersją siebie i pokazywała coś więcej, i może kiedyś próbowałem to wyciągnąć z niej na siłę, głupio, jak dzieciak, który nie rozumie, co właściwie robi, ale… Teraz już rozumiałem i, bynajmniej, nie znaczyło to, że zamierzałem przestać.
- Selio? - Mruknąłem z rozbawieniem, odchylając się lekko na krześle, mierząc żonę wzrokiem, gdy wstawała, otrzepując się i poprawiając ubrania. Nie wierzyłem ani przez sekundę w to, co mówiła, ale cholera, podobało mi się, że nawet teraz nie odpuszczała. - Wspaniale. Nie minął nawet miesiąc, a ty jusz wijesz sobie gniazdko beze mnie. - Uniosłem brew, zerkając na nią z tą charakterystyczną zaczepką, moje spojrzenie nabrało tego znajomego błysku, który zawsze oznaczał, że zaraz powiem coś, czego może nie powinienem. - I to tutaj? - Powoli przesunąłem wzrokiem po sali, po tych wszystkich typach spod ciemnej gwiazdy, którzy kręcili się po Wiwernie, po ich sylwetkach, twarzach, spojrzeniach, sposobie bycia… Zdecydowanie nie wyglądali jak materiał na spokojne, domowe życie, ale z drugiej strony - kim byłem, by to oceniać? Cóż. Właśnie. - Jestem… Zawiedziony, ale w sumie… - Dodałem, wracając do niej wzrokiem. - Zawsze miałaś słabość do podejszanych typów, więc właściwie nie powinienem się dziwiś. - Nawet nie mrugnąłem, pozwalając, żeby to wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno, a potem oparłem się jeszcze wygodniej, splatając palce luźno na blacie. - Masz tu całkiem spoly wyból. - Parsknąłem cicho, było w tym coś równie zaczepnego, co także z tamtego starego mnie, który nie potrafił przejść obojętnie obok faktu, że ktoś mógłby spojrzeć na nią choćby sekundę za długo.
- Ależ spokojnie. - Dodałem po chwili, lekko, zupełnie nieprzejęty groźbą bycia rozczarowanym. - Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. - Zerknąłem znacząco na torbę, którą trzymała. - I na twoim miejscu nie czułbym się zbyt pewnie. - Bo jeśli czegoś byłem pewien, to tego, że ta runda dopiero się rozkręcała.
- Wyszło mi, bo chodziło o ciebie. - Rzuciłem lekko, kiedy tylko to powiedziała, nie było w tym ani odrobiny skrępowania, ani nawet przelotnej potrzeby udawania, że coś z tego nie było celowo dedykowane właśnie jej - nikomu innemu nie robiłem aż tak bardzo pod górę, w żadne inne interakcje nie wkładałem aż tyle energii, nikt inny nie potrafił aż tak bardzo mnie rozjuszyć i zaintrygować jednocześnie. - Pszy nikim innym bym się asz tak nie wysilał. - Dodałem zaraz zresztą, przechylając lekko głowę, jakby to było najprostsze wyjaśnienie na świecie, bo… Było. Może nie planowałem moich niegodziwych zagrywek tak jak ona mogłaby uznać to za zasadne - Prudence z pewnością by to rozrysowała, gdyby miała ku temu okazję, ale byliśmy na to zbyt nieprzewidywalni - nie siedziałem z kartką i nie układałem kolejnych kroków naszego planu wymiany artylerii, ale wiedziałem dokładnie, co robię, bo byłem zdecydowany, co do tego, jaki efekt chciałem osiągnąć i robiłem wszystko, by zobaczyć go na żywo, nie tylko oczami wyobraźni. Uczyłem się jej reakcji, jej spojrzeń, tych momentów, kiedy coś ją ruszało bardziej niż powinno, i potem naciskałem dokładnie tam - zawsze działało.
Teraz też wciąż nie zdradziłem wszystkiego, nie powiedziałem, że jednym z moich ulubionych widoków było to, jak się przy mnie rumieniła, jak traciła kontrolę nad tym swoim opanowaniem, jak emocje przebijały się przez tę całą jej poukładaną powierzchnię. Nie powiedziałem, że wolałbym wtedy zamknąć jej usta w zupełnie inny sposób niż słowami… Ale to i tak zawisło gdzieś między nami. Nigdy nie planowałem, nigdy nie analizowałem tak jak ona, zawsze działałem szybciej, bardziej instynktownie, często głupiej - i może właśnie dlatego tak dobrze wychodziło mi wyprowadzanie Prudence Madison Bletchley z równowagi. Jej spojrzenie, to zmrużenie oczu, ten upór - wszystko było dokładnie takie samo jak kiedyś i, cholera, działało na mnie równie mocno - może nie przewidywałem sześciu kroków do przodu, ale z Prudence dostosowywałem się szybciej niż zwykle, intuicyjnie łapałem jej rytm, odpowiadałem na niego, przy niej wszystko układało się w ciągi, które wyglądały jak plan, nawet jeśli powstawały w locie, w połowie zdania, w trakcie spojrzenia.
- No co? - Przekrzywiłem głowę, spoglądając na nią, jakbym naprawdę nie rozumiał, o co jej chodziło, gdy tak wlepiła we mnie swoje mroźne ślepia. - Zostawiam sobie malgines błędu. - Uniosłem lekko brew, wzruszając ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego, kącik ust drgnął mi jednak ciut wyżej, bo oboje wiedzieliśmy, że to była półprawda - nie było żadnego marginesu, nie dla niej, nie dla mnie - to „na pewno” wybrzmiało między nami wystarczająco jasno i nie potrzebowało komentarza. Zawsze była kimś, przy kim nie dało się działać na pół gwizdka, przy niej trzeba było być czujnym, przy niej trzeba było się postarać, chyba właśnie dlatego nigdy nie byłem w stanie jej do końca rozgryźć, nawet jeśli przez lata byłem przekonany, że mam ją „już prawie” rozpracowaną na wylot.
Pod stołem było gorzej.
Albo lepiej.
Zależy, jak na to spojrzeć.
- Oczywiście. - Kiwnąłem głową, jakbym przyjmował to do wiadomości, nie odrywając od niej wzroku. - Implowizasja. Twoja najmocniejsza stlona. - Nie wierzyłem w to ani trochę, ale podobało mi się, gdy próbowała obronić własną nagłą zmianę strategii, jednak zanim zdążyłem to rozwinąć, zanim zdążyłem odzyskać przewagę, której byłem pewien…
Przez chwilę byłem przekonany, że mam to pod kontrolą, że fortuna jest po mojej stronie, że brak zasięgu mojej żony, jej pozycja, wszystko to działało na moją korzyść, a potem sytuacja eskalowała… Pruey rzuciła się na moją torbę i tym razem była szybsza - zaskoczyła mnie, wykorzystała moment, który sam jej dałem, i zanim zdążyłem zamknąć ruch, już miała ją przy sobie. Zatrzymałem się na moment, patrząc na nią, kiedy przyciskała ją do siebie z tym triumfem, którego nawet nie próbowała ukryć, i coś w moim spojrzeniu zmieniło się minimalnie - było w nim więcej zaintrygowania, więcej… Satysfakcji. Tej płynącej z momentu, kiedy przestawała być tą uporządkowaną, analityczną wersją siebie i pokazywała coś więcej, i może kiedyś próbowałem to wyciągnąć z niej na siłę, głupio, jak dzieciak, który nie rozumie, co właściwie robi, ale… Teraz już rozumiałem i, bynajmniej, nie znaczyło to, że zamierzałem przestać.
- Selio? - Mruknąłem z rozbawieniem, odchylając się lekko na krześle, mierząc żonę wzrokiem, gdy wstawała, otrzepując się i poprawiając ubrania. Nie wierzyłem ani przez sekundę w to, co mówiła, ale cholera, podobało mi się, że nawet teraz nie odpuszczała. - Wspaniale. Nie minął nawet miesiąc, a ty jusz wijesz sobie gniazdko beze mnie. - Uniosłem brew, zerkając na nią z tą charakterystyczną zaczepką, moje spojrzenie nabrało tego znajomego błysku, który zawsze oznaczał, że zaraz powiem coś, czego może nie powinienem. - I to tutaj? - Powoli przesunąłem wzrokiem po sali, po tych wszystkich typach spod ciemnej gwiazdy, którzy kręcili się po Wiwernie, po ich sylwetkach, twarzach, spojrzeniach, sposobie bycia… Zdecydowanie nie wyglądali jak materiał na spokojne, domowe życie, ale z drugiej strony - kim byłem, by to oceniać? Cóż. Właśnie. - Jestem… Zawiedziony, ale w sumie… - Dodałem, wracając do niej wzrokiem. - Zawsze miałaś słabość do podejszanych typów, więc właściwie nie powinienem się dziwiś. - Nawet nie mrugnąłem, pozwalając, żeby to wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno, a potem oparłem się jeszcze wygodniej, splatając palce luźno na blacie. - Masz tu całkiem spoly wyból. - Parsknąłem cicho, było w tym coś równie zaczepnego, co także z tamtego starego mnie, który nie potrafił przejść obojętnie obok faktu, że ktoś mógłby spojrzeć na nią choćby sekundę za długo.
- Ależ spokojnie. - Dodałem po chwili, lekko, zupełnie nieprzejęty groźbą bycia rozczarowanym. - Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. - Zerknąłem znacząco na torbę, którą trzymała. - I na twoim miejscu nie czułbym się zbyt pewnie. - Bo jeśli czegoś byłem pewien, to tego, że ta runda dopiero się rozkręcała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)