16.04.2026, 12:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2026, 12:36 przez Benjy Fenwick.)
Słuchałem jej i przez moment naprawdę miałem wrażenie, że wszystko wokół przycichło, mimo że Wiwern już dawno przestał być miejscem, w którym dało się mówić o ciszy - ktoś znowu zawył przy barze, ktoś się roześmiał, szkło stuknęło o drewno, ale to wszystko było gdzieś dalej, jakby za cienką ścianą, która oddzielała nas od otoczenia. Zawsze tak było, nawet kiedy próbowaliśmy robić wszystko, żeby było inaczej, podświadomie skupiałem się głównie na naszych interakcjach, całą resztę monitorując wyłącznie na pograniczu świadomości.
Nie powstrzymałem nieznacznego, porozumiewawczego uśmieszku, kiedy wspomniała o tej irytacji, którą kiedyś w niej wywoływałem, było w tym coś niemal sentymentalnego, chociaż nigdy nie nazwałbym tego w ten sposób na głos. Nie mogłem nie domyślać się, jak się wtedy czuła, to wszystko, co się między nami działo było w końcu szczerą prawdą, najbardziej podręcznikową wersją niezrozumienia intencji drugiej osoby i swoich własnych odczuć, bo dokładnie tak samo działało to w drugą stronę - ona była dla mnie dokładnie tym samym - irytująca, nie do zniesienia, zbyt bystra, zbyt uparta, zbyt obecna, żeby dało się ją zignorować. Pamiętałem dokładnie, że nazywała mnie „wyjątkowym” szczególnie wtedy, kiedy chciała mnie sprowadzić na ziemię, kiedy próbowała mnie zmusić do przyznania, że jestem problemem i… Miała rację - byłem wtedy upierdliwym dupkiem - wiedziałem to, Prue wiedziała to jeszcze lepiej, nawet jeśli potwierdzenie tego na głos było ostatnią rzeczą, jaką mógłbym wtedy zrobić. Pamiętałem to wszystko aż za dobrze, bo przecież działałem jej na nerwy z premedytacją, potrafiłem ciągnąć nasze spory do granic absurdu tylko po to, żeby zobaczyć reakcję, pęknięcie na szkle oprawiającym idealny obraz poważnej Pani Prefekt Ravenclawu, żeby sprawdzić, gdzie dokładnie jest ta linia, której nie powinienem przekraczać. Najgorsze - lub najlepsze, perspektywa zmieniała się z czasem - było to, że wiedziałem, zawsze wiedziałem, po prostu nie zamierzałem się zatrzymywać. Byłem cholernym problemem, dla niej, dla siebie, dla każdego, kto wchodził ze mną w coś więcej niż powierzchowną rozmowę - uciekałem emocjonalnie, prowokowałem, podpuszczałem ją, robiłem wszystko, żeby tylko nie musieć przyznać, że to, co między nami było, miało znaczenie większe niż jakakolwiek gra, którą udawaliśmy, a jednocześnie nie potrafiłem przestać.
Była moją przyjaciółką, zanim zaczęła być kimś, kto doprowadzał mnie do szału jednym spojrzeniem. Była siostrą bliźniaczką jednego z niewielu ludzi, którym ufałem, a to tylko komplikowało wszystko bardziej. Była pierwszą osobą, przy której coś we mnie drgnęło inaczej, ostrzej, bardziej niebezpiecznie. I była tą samą osobą, z którą później walczyłem, jakbyśmy byli wrogami, tylko po to, żeby nie musieć przyznać, że to wszystko było znacznie prostsze i jednocześnie trudniejsze. A mimo to nigdy nie przestaliśmy wracać do siebie w tej czy innej formie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc o tej irytacji, którą w niej wzbudzałem, i nie było w tym ani grama skruchy, raczej coś na kształt satysfakcji z tego, że nawet wtedy nie byłem dla niej obojętny - to było jedyne, co się liczyło w tamtym czasie.
- Wiem. Taki był plan.
I przez moment naprawdę zobaczyłem nas takich, jakimi byliśmy wtedy - młodszych, głupszych, bardziej zajadłych w tym, żeby nie przyznać się do rzeczy oczywistych - słuchałem jej i widziałem to wszystko jednocześnie… Tę dziewczynę z Hogwartu, która potrafiła mnie zgasić jednym spojrzeniem, tę samą, która później była w stanie doprowadzić mnie do granic cierpliwości tylko dlatego, że nie chciała odpuścić ani na krok, i tę, która teraz siedziała naprzeciwko mnie i mówiła o tym wszystkim tak, jakby to była tylko jedna z wielu historii, które można opowiadać przy alkoholu. Pamiętałem dokładnie, jak bardzo potrafiłem ją wyprowadzić z równowagi i jak cholernie mnie to wtedy bawiło, nawet jeśli gdzieś pod tym wszystkim było coś znacznie bardziej skomplikowanego, czego nie chciałem nazwać - miała rację, nawet jeśli wtedy nie przyjąłbym tego do wiadomości - byłem dupkiem, i to takim świadomym, wybierającym najgorszą możliwą drogę tylko dlatego, że była trudniejsza, bardziej niewygodna, bardziej… Bezpieczna w swojej destrukcji. Łatwiej było ją wkurwiać niż przyznać, że wszystko, co robiłem, kręciło się wokół niej, łatwiej było ją podpuszczać niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem przestać jej szukać wzrokiem, nawet kiedy robiłem wszystko, żeby ją od siebie odsunąć.
Teraz mogłem na to patrzeć inaczej - z dystansu, którego wtedy nie miałem - w tamtym czasie wolałem być trudnym przypadkiem niż kimś, kto nie miał kontroli, a ona była jedyną osobą, przy której tej kontroli nigdy nie miałem w pełni. I cholera, było w tym coś absurdalnie zabawnego. Byłem upierdliwy, byłem bezczelny, byłem dokładnie tym typem człowieka, którego powinno się omijać szerokim łukiem, a jednak Prue nigdy tego nie zrobiła.
- Na moją oblonę mam tyle, sze ilytasja naplawdę ci pasowała. - Dodałem, zerkając na nią spod lekko opuszczonych powiek. - Masz wtedy szywsze policzki.
Byliśmy w tym wszystkim beznadziejnie konsekwentni, nawet jeśli, gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, dlaczego to robię, pewnie nie potrafiłbym odpowiedzieć niczego sensownego. Teraz było to aż zbyt oczywiste - zawsze chodziło o nią, nawet jeśli robiłem wszystko, żeby to zakopać pod toną głupich tekstów i jeszcze głupszych decyzji. Przeszłość była jaka była, ale nie żałowałem jednak jej tak, jak mógłbym - gdybyśmy wtedy poszli łatwiejszą drogą, może nie siedzielibyśmy teraz tutaj, w tym samym miejscu, po tej samej stronie.
- Laszej. - Powtórzyłem, bardziej z przekory niż z założenia, że gdzieś tam mogła być wersja przyszłości, w której nie bylibyśmy w stosunku do siebie tacy jak teraz. Miała rację - nie zmieni się - nie to, co było między nami. Może forma, może sposób, w jaki to nosiliśmy, ale nie sama istota, nasza najbardziej naturalna dynamika była jasna już dłuższej chwili, od momentu, w którym przestaliśmy udawać, że to wszystko nic nie znaczyło. Obserwowałem moją żonę, ten charakterystyczny uśmiech, tę pewność, która pojawiła się na jej twarzy, kiedy sama sobie odpowiedziała, po czym kiwnąłem głową. Zawsze taka była, kiedy już podjęła decyzję, nie było w niej wahania, nie było miejsca na cofnięcie się, nawet jeśli wcześniej potrafiła kręcić się wokół tematu godzinami, analizować każdy możliwy scenariusz. - Na pewno. - Nie było w tym zaczepki, nie tym razem, kiedyś pewnie bym to podważył, rzucił coś pełnego podwójnych znaczeń, spróbował wytrącić ją z tego przekonania, iż cokolwiek może być na zawsze, ale teraz nie widziałem powodu.
Słuchałem dalej, naprawdę słuchałem, co samo w sobie było czymś, co kiedyś nie przychodziło mi tak łatwo. „Można walczyć z niektórymi rzeczami, a i tak nic to nie daje” - nawet nie próbowałem niczego wtrącać, bo to zdanie trafiało trochę za celnie, trochę za bardzo w punkt.
Pod stołem sytuacja wymknęła się spod kontroli szybciej, niż zakładałem. Przez chwilę miałem przewagę, wszystko szło dokładnie tak, jak powinno, aż nagle… Przestało. Nie spodziewałem się tego - jasne, wiedziałem, że próbowała coś ugrać, kombinowała, szukała jakiegoś wyjścia z sytuacji, w której była na przegranej pozycji przez swoje fizyczne predyspozycje, ale nie spodziewałem się, że skończy się to tym, że zniknie mi nagle spod stołu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zsunęła się z krzesła w sposób, którego nie dało się nazwać inaczej niż spektakularnym, a ja zszedłem za nią bez większego zastanowienia. To była oczywista kolej rzeczy, przynajmniej w moim odczuciu, dla innych może mógł to być impulsywny odruch, może coś więcej, może ta legendarna małżeńska solidarność - jeśli ona wylądowała pod stołem, to ja też powinienem tam być - ale ja sam nie analizowałem tego, po prostu to zrobiłem, znalazłem się na podłodze, opierając jedną rękę o deski, drugą o krawędź blatu, żeby utrzymać równowagę w tej absurdalnej pozycji. Pachniało tu inaczej - ciężej, bardziej surowo, mniej przyjemnie niż nad stołem - ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Liczyła się tylko ona i ta cholernie zacięta gra, którą prowadziliśmy.
Spojrzałem na nią, kiedy poprawiła mnie, mówiąc o tym swoim „sprytnym planie”, i nie mogłem się powstrzymać od krótkiego parsknięcia.
- Splytny, hm? - Powtórzyłem cicho, unosząc brew. - Muszę kolejny las pszyznaś, sze masz cholelnie kleatywne podejście do definicji. Wiesz, sze właśnie zjebałaś się s kszesła, plóbując go zlealizowaś? - Nie musiałem dodawać, że na glebę, na której było jakieś pierdylion bakterii, zdecydowanie nie wartych kilkusekundowego zaskoczenia, jakim mnie obdarzyła - szczególnie, że teraz w dalszym ciągu miałem lepszy zasięg od niej - ale zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, zanim zdążyłem faktycznie wykorzystać tę przewagę, którą miałem jeszcze chwilę temu i którą odzyskałem teraz…
Ruszyła.
Zaskoczyła mnie, znowu, nie tym, że spróbowała, tylko tym, jak szybko to zrobiła... Bez zawahania, bez analizy, bez tej całej warstwy, którą zwykle budowała wokół swoich decyzji. Po prostu rzuciła się… Po moją torbę. Złapała ją, przyciągnęła do siebie… Parsknąłem głośniej, bardziej z niedowierzania niż z frustracji, bo cholera… To było dobre - proste, bezczelne, skuteczne, błyskawicznie wdrożone - ona też to wiedziała, zobaczyłem to na jej twarzy, ten cholerny triumf, który znałem aż za dobrze, który widziałem setki razy, kiedy udawało jej się mnie przechytrzyć, kiedy miała choćby minimalną przewagę.
- Bo nic. - Odparłem, chociaż klasyczne „jajco” cisnęło mi się na usta, mierząc wzrokiem pakunek w ramionach kobiety. Być może powinienem był na tym zakończyć, wstając, by odzyskać chociaż fragment godności po - połowicznej! - porażce, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym na tym poprzestał. - Na lasie. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - Właśnie zaczęłaś glaś moimi zasadami. - Nie pytałem, czy wkalkulowała to w swoją strategię, czy o tym wiedziała, nie mówiłem również, co to oznaczało, po prostu stwierdziłem fakt. Nie próbowałem też odzyskać swojej własności, zamiast tego cofnąłem się po torbę z moim prezentem, po czym podniosłem się powoli, unosząc przedramię, żeby oprzeć się o blat i znowu usiąść.
Wysunąłem się spod stołu i wróciłem na swoje miejsce, poprawiając krzesło, jakby nic się nie stało, jakbyśmy przed chwilą nie wylądowali na podłodze w środku Nokturnu, jak para idiotów. Oparłem się wygodnie, sięgając po swoją szklankę i biorąc spokojny łyk, zanim spojrzałem na nią z góry.
- Idziesz, czy planujesz tam zamieszkaś? - Rzuciłem lekko, wyciągając w jej stronę rękę, chociaż wiedziałem, że równie dobrze mogła ją zignorować, ale zanim to zrobiłem, zatrzymałem się jeszcze na moment, jakbym coś sobie przypomniał…
- Spokojnie… I tak wyglam… - Dodałem cicho, zdecydowanie nie pod nosem, nawet jeśli gwar sprawiał, iż moje słowa były trudniejsze do zrozumienia, przekaz był jasny - tak - miałem w sobie tę pewność… Nie dlatego, że wierzyłem, że mam lepszy prezent, tylko dlatego, że ona już była moja. A to była największa wygrana.
Nie powstrzymałem nieznacznego, porozumiewawczego uśmieszku, kiedy wspomniała o tej irytacji, którą kiedyś w niej wywoływałem, było w tym coś niemal sentymentalnego, chociaż nigdy nie nazwałbym tego w ten sposób na głos. Nie mogłem nie domyślać się, jak się wtedy czuła, to wszystko, co się między nami działo było w końcu szczerą prawdą, najbardziej podręcznikową wersją niezrozumienia intencji drugiej osoby i swoich własnych odczuć, bo dokładnie tak samo działało to w drugą stronę - ona była dla mnie dokładnie tym samym - irytująca, nie do zniesienia, zbyt bystra, zbyt uparta, zbyt obecna, żeby dało się ją zignorować. Pamiętałem dokładnie, że nazywała mnie „wyjątkowym” szczególnie wtedy, kiedy chciała mnie sprowadzić na ziemię, kiedy próbowała mnie zmusić do przyznania, że jestem problemem i… Miała rację - byłem wtedy upierdliwym dupkiem - wiedziałem to, Prue wiedziała to jeszcze lepiej, nawet jeśli potwierdzenie tego na głos było ostatnią rzeczą, jaką mógłbym wtedy zrobić. Pamiętałem to wszystko aż za dobrze, bo przecież działałem jej na nerwy z premedytacją, potrafiłem ciągnąć nasze spory do granic absurdu tylko po to, żeby zobaczyć reakcję, pęknięcie na szkle oprawiającym idealny obraz poważnej Pani Prefekt Ravenclawu, żeby sprawdzić, gdzie dokładnie jest ta linia, której nie powinienem przekraczać. Najgorsze - lub najlepsze, perspektywa zmieniała się z czasem - było to, że wiedziałem, zawsze wiedziałem, po prostu nie zamierzałem się zatrzymywać. Byłem cholernym problemem, dla niej, dla siebie, dla każdego, kto wchodził ze mną w coś więcej niż powierzchowną rozmowę - uciekałem emocjonalnie, prowokowałem, podpuszczałem ją, robiłem wszystko, żeby tylko nie musieć przyznać, że to, co między nami było, miało znaczenie większe niż jakakolwiek gra, którą udawaliśmy, a jednocześnie nie potrafiłem przestać.
Była moją przyjaciółką, zanim zaczęła być kimś, kto doprowadzał mnie do szału jednym spojrzeniem. Była siostrą bliźniaczką jednego z niewielu ludzi, którym ufałem, a to tylko komplikowało wszystko bardziej. Była pierwszą osobą, przy której coś we mnie drgnęło inaczej, ostrzej, bardziej niebezpiecznie. I była tą samą osobą, z którą później walczyłem, jakbyśmy byli wrogami, tylko po to, żeby nie musieć przyznać, że to wszystko było znacznie prostsze i jednocześnie trudniejsze. A mimo to nigdy nie przestaliśmy wracać do siebie w tej czy innej formie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc o tej irytacji, którą w niej wzbudzałem, i nie było w tym ani grama skruchy, raczej coś na kształt satysfakcji z tego, że nawet wtedy nie byłem dla niej obojętny - to było jedyne, co się liczyło w tamtym czasie.
- Wiem. Taki był plan.
I przez moment naprawdę zobaczyłem nas takich, jakimi byliśmy wtedy - młodszych, głupszych, bardziej zajadłych w tym, żeby nie przyznać się do rzeczy oczywistych - słuchałem jej i widziałem to wszystko jednocześnie… Tę dziewczynę z Hogwartu, która potrafiła mnie zgasić jednym spojrzeniem, tę samą, która później była w stanie doprowadzić mnie do granic cierpliwości tylko dlatego, że nie chciała odpuścić ani na krok, i tę, która teraz siedziała naprzeciwko mnie i mówiła o tym wszystkim tak, jakby to była tylko jedna z wielu historii, które można opowiadać przy alkoholu. Pamiętałem dokładnie, jak bardzo potrafiłem ją wyprowadzić z równowagi i jak cholernie mnie to wtedy bawiło, nawet jeśli gdzieś pod tym wszystkim było coś znacznie bardziej skomplikowanego, czego nie chciałem nazwać - miała rację, nawet jeśli wtedy nie przyjąłbym tego do wiadomości - byłem dupkiem, i to takim świadomym, wybierającym najgorszą możliwą drogę tylko dlatego, że była trudniejsza, bardziej niewygodna, bardziej… Bezpieczna w swojej destrukcji. Łatwiej było ją wkurwiać niż przyznać, że wszystko, co robiłem, kręciło się wokół niej, łatwiej było ją podpuszczać niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem przestać jej szukać wzrokiem, nawet kiedy robiłem wszystko, żeby ją od siebie odsunąć.
Teraz mogłem na to patrzeć inaczej - z dystansu, którego wtedy nie miałem - w tamtym czasie wolałem być trudnym przypadkiem niż kimś, kto nie miał kontroli, a ona była jedyną osobą, przy której tej kontroli nigdy nie miałem w pełni. I cholera, było w tym coś absurdalnie zabawnego. Byłem upierdliwy, byłem bezczelny, byłem dokładnie tym typem człowieka, którego powinno się omijać szerokim łukiem, a jednak Prue nigdy tego nie zrobiła.
- Na moją oblonę mam tyle, sze ilytasja naplawdę ci pasowała. - Dodałem, zerkając na nią spod lekko opuszczonych powiek. - Masz wtedy szywsze policzki.
Byliśmy w tym wszystkim beznadziejnie konsekwentni, nawet jeśli, gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, dlaczego to robię, pewnie nie potrafiłbym odpowiedzieć niczego sensownego. Teraz było to aż zbyt oczywiste - zawsze chodziło o nią, nawet jeśli robiłem wszystko, żeby to zakopać pod toną głupich tekstów i jeszcze głupszych decyzji. Przeszłość była jaka była, ale nie żałowałem jednak jej tak, jak mógłbym - gdybyśmy wtedy poszli łatwiejszą drogą, może nie siedzielibyśmy teraz tutaj, w tym samym miejscu, po tej samej stronie.
- Laszej. - Powtórzyłem, bardziej z przekory niż z założenia, że gdzieś tam mogła być wersja przyszłości, w której nie bylibyśmy w stosunku do siebie tacy jak teraz. Miała rację - nie zmieni się - nie to, co było między nami. Może forma, może sposób, w jaki to nosiliśmy, ale nie sama istota, nasza najbardziej naturalna dynamika była jasna już dłuższej chwili, od momentu, w którym przestaliśmy udawać, że to wszystko nic nie znaczyło. Obserwowałem moją żonę, ten charakterystyczny uśmiech, tę pewność, która pojawiła się na jej twarzy, kiedy sama sobie odpowiedziała, po czym kiwnąłem głową. Zawsze taka była, kiedy już podjęła decyzję, nie było w niej wahania, nie było miejsca na cofnięcie się, nawet jeśli wcześniej potrafiła kręcić się wokół tematu godzinami, analizować każdy możliwy scenariusz. - Na pewno. - Nie było w tym zaczepki, nie tym razem, kiedyś pewnie bym to podważył, rzucił coś pełnego podwójnych znaczeń, spróbował wytrącić ją z tego przekonania, iż cokolwiek może być na zawsze, ale teraz nie widziałem powodu.
Słuchałem dalej, naprawdę słuchałem, co samo w sobie było czymś, co kiedyś nie przychodziło mi tak łatwo. „Można walczyć z niektórymi rzeczami, a i tak nic to nie daje” - nawet nie próbowałem niczego wtrącać, bo to zdanie trafiało trochę za celnie, trochę za bardzo w punkt.
Pod stołem sytuacja wymknęła się spod kontroli szybciej, niż zakładałem. Przez chwilę miałem przewagę, wszystko szło dokładnie tak, jak powinno, aż nagle… Przestało. Nie spodziewałem się tego - jasne, wiedziałem, że próbowała coś ugrać, kombinowała, szukała jakiegoś wyjścia z sytuacji, w której była na przegranej pozycji przez swoje fizyczne predyspozycje, ale nie spodziewałem się, że skończy się to tym, że zniknie mi nagle spod stołu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zsunęła się z krzesła w sposób, którego nie dało się nazwać inaczej niż spektakularnym, a ja zszedłem za nią bez większego zastanowienia. To była oczywista kolej rzeczy, przynajmniej w moim odczuciu, dla innych może mógł to być impulsywny odruch, może coś więcej, może ta legendarna małżeńska solidarność - jeśli ona wylądowała pod stołem, to ja też powinienem tam być - ale ja sam nie analizowałem tego, po prostu to zrobiłem, znalazłem się na podłodze, opierając jedną rękę o deski, drugą o krawędź blatu, żeby utrzymać równowagę w tej absurdalnej pozycji. Pachniało tu inaczej - ciężej, bardziej surowo, mniej przyjemnie niż nad stołem - ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Liczyła się tylko ona i ta cholernie zacięta gra, którą prowadziliśmy.
Spojrzałem na nią, kiedy poprawiła mnie, mówiąc o tym swoim „sprytnym planie”, i nie mogłem się powstrzymać od krótkiego parsknięcia.
- Splytny, hm? - Powtórzyłem cicho, unosząc brew. - Muszę kolejny las pszyznaś, sze masz cholelnie kleatywne podejście do definicji. Wiesz, sze właśnie zjebałaś się s kszesła, plóbując go zlealizowaś? - Nie musiałem dodawać, że na glebę, na której było jakieś pierdylion bakterii, zdecydowanie nie wartych kilkusekundowego zaskoczenia, jakim mnie obdarzyła - szczególnie, że teraz w dalszym ciągu miałem lepszy zasięg od niej - ale zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, zanim zdążyłem faktycznie wykorzystać tę przewagę, którą miałem jeszcze chwilę temu i którą odzyskałem teraz…
Ruszyła.
Zaskoczyła mnie, znowu, nie tym, że spróbowała, tylko tym, jak szybko to zrobiła... Bez zawahania, bez analizy, bez tej całej warstwy, którą zwykle budowała wokół swoich decyzji. Po prostu rzuciła się… Po moją torbę. Złapała ją, przyciągnęła do siebie… Parsknąłem głośniej, bardziej z niedowierzania niż z frustracji, bo cholera… To było dobre - proste, bezczelne, skuteczne, błyskawicznie wdrożone - ona też to wiedziała, zobaczyłem to na jej twarzy, ten cholerny triumf, który znałem aż za dobrze, który widziałem setki razy, kiedy udawało jej się mnie przechytrzyć, kiedy miała choćby minimalną przewagę.
- Bo nic. - Odparłem, chociaż klasyczne „jajco” cisnęło mi się na usta, mierząc wzrokiem pakunek w ramionach kobiety. Być może powinienem był na tym zakończyć, wstając, by odzyskać chociaż fragment godności po - połowicznej! - porażce, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym na tym poprzestał. - Na lasie. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - Właśnie zaczęłaś glaś moimi zasadami. - Nie pytałem, czy wkalkulowała to w swoją strategię, czy o tym wiedziała, nie mówiłem również, co to oznaczało, po prostu stwierdziłem fakt. Nie próbowałem też odzyskać swojej własności, zamiast tego cofnąłem się po torbę z moim prezentem, po czym podniosłem się powoli, unosząc przedramię, żeby oprzeć się o blat i znowu usiąść.
Wysunąłem się spod stołu i wróciłem na swoje miejsce, poprawiając krzesło, jakby nic się nie stało, jakbyśmy przed chwilą nie wylądowali na podłodze w środku Nokturnu, jak para idiotów. Oparłem się wygodnie, sięgając po swoją szklankę i biorąc spokojny łyk, zanim spojrzałem na nią z góry.
- Idziesz, czy planujesz tam zamieszkaś? - Rzuciłem lekko, wyciągając w jej stronę rękę, chociaż wiedziałem, że równie dobrze mogła ją zignorować, ale zanim to zrobiłem, zatrzymałem się jeszcze na moment, jakbym coś sobie przypomniał…
- Spokojnie… I tak wyglam… - Dodałem cicho, zdecydowanie nie pod nosem, nawet jeśli gwar sprawiał, iż moje słowa były trudniejsze do zrozumienia, przekaz był jasny - tak - miałem w sobie tę pewność… Nie dlatego, że wierzyłem, że mam lepszy prezent, tylko dlatego, że ona już była moja. A to była największa wygrana.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)