15.04.2026, 22:06 ✶
Hannibal stoi przy Peregrinusie, zwrócony częściowo w jego stronę. W jednej dłoni ma różdżkę, której koniec emanuje bladym światłem, w drugiej trzyma rękaw szaty Trelawneya. Jest ewidentnie zaniepokojony.
Trochę napięcia uszło z Hannibala, kiedy wzrok Peregrinusa odzyskał przytomny wyraz. Trwało to jednak jedynie tyle, ile wypowiedzenie słów ”Coś próbowało przejąć nade mną kontrolę.” Selwyn spodziewał się takiej odpowiedzi, ale do końca łudził się, że może jednak nie. Kiwnął poważnie głową i mruknął potwierdzająco, odwzajemniając spojrzenie drugiego czarodzieja równie poważnie i z uwagą, jakby chciał w lśniących odbitym światłem lampionu oczach jasnowidza odnaleźć dowód na pełnię jego władz umysłowych albo ślad wgryzającej się w umysł obecności.
Znalazł tylko niepewność.
- Czy to… odeszło? Daj znać, jakby znowu… - szepnął, pocierając machinalnie między palcami cienki, gładko utkany materiał jego szaty.
Skupiony na Peregrinusie, przez chwilę zaniedbał obserwację otoczenia i przybycie kolejnych osób zaskoczyło go. Za wcześnie na pomoc sprowadzoną przez Helenę. Sapnął przez nos i odwrócił się gwałtownie w stronę lądujących kobiet, wyciągnął przed siebie różdżkę.
- Kto tam? - zaczął swoim najlepszym scenicznie rozkazującym głosem i dopiero, kiedy usłyszał własny ton, zorientował się, że chyba trochę zbyt agresywnie wyszło. Przeklęty lęk najtrudniej mu było maskować. Może dlatego, że rzadko kiedy towarzyszył mu on w pracy.
Nowoprzybyłe okazały się jednak znajomymi twarzami. Jedna z nich nawet bardzo.
- Hestia! - zawołał Hannibal z ulgą. Zrobił krok w stronę przyjaciółki i dopiero wtedy zorientował się, że wciąż zaciska palce na ubraniu Peregrinusa. Obejrzał się na niego krótko i puścił go. Skinął lekko głową drugiej czarownicy i zmusił się do przyjęcia pewnej siebie postawy i nawet do lekkiego uśmiechu - Ceolsige, co za zbieg okoliczności! Co tu robicie? - zapytał już zdecydowanie ciszej - Ostrzegam, że prawdopodobnie nie jesteśmy tu sami… - rzucił kontrolne, niespokojne spojrzenie najpierw w stronę, w którą odeszła Helena, potem na budynek łaźni (ciekawe, co mogło aż tak pierdyknąć?) a w końcu na Trelawneya, którego jakoś wolał nie spuszczać na dłużej z oczu.
Trochę napięcia uszło z Hannibala, kiedy wzrok Peregrinusa odzyskał przytomny wyraz. Trwało to jednak jedynie tyle, ile wypowiedzenie słów ”Coś próbowało przejąć nade mną kontrolę.” Selwyn spodziewał się takiej odpowiedzi, ale do końca łudził się, że może jednak nie. Kiwnął poważnie głową i mruknął potwierdzająco, odwzajemniając spojrzenie drugiego czarodzieja równie poważnie i z uwagą, jakby chciał w lśniących odbitym światłem lampionu oczach jasnowidza odnaleźć dowód na pełnię jego władz umysłowych albo ślad wgryzającej się w umysł obecności.
Znalazł tylko niepewność.
- Czy to… odeszło? Daj znać, jakby znowu… - szepnął, pocierając machinalnie między palcami cienki, gładko utkany materiał jego szaty.
Skupiony na Peregrinusie, przez chwilę zaniedbał obserwację otoczenia i przybycie kolejnych osób zaskoczyło go. Za wcześnie na pomoc sprowadzoną przez Helenę. Sapnął przez nos i odwrócił się gwałtownie w stronę lądujących kobiet, wyciągnął przed siebie różdżkę.
- Kto tam? - zaczął swoim najlepszym scenicznie rozkazującym głosem i dopiero, kiedy usłyszał własny ton, zorientował się, że chyba trochę zbyt agresywnie wyszło. Przeklęty lęk najtrudniej mu było maskować. Może dlatego, że rzadko kiedy towarzyszył mu on w pracy.
Nowoprzybyłe okazały się jednak znajomymi twarzami. Jedna z nich nawet bardzo.
- Hestia! - zawołał Hannibal z ulgą. Zrobił krok w stronę przyjaciółki i dopiero wtedy zorientował się, że wciąż zaciska palce na ubraniu Peregrinusa. Obejrzał się na niego krótko i puścił go. Skinął lekko głową drugiej czarownicy i zmusił się do przyjęcia pewnej siebie postawy i nawet do lekkiego uśmiechu - Ceolsige, co za zbieg okoliczności! Co tu robicie? - zapytał już zdecydowanie ciszej - Ostrzegam, że prawdopodobnie nie jesteśmy tu sami… - rzucił kontrolne, niespokojne spojrzenie najpierw w stronę, w którą odeszła Helena, potem na budynek łaźni (ciekawe, co mogło aż tak pierdyknąć?) a w końcu na Trelawneya, którego jakoś wolał nie spuszczać na dłużej z oczu.