12.04.2026, 18:51 ✶
Świst magicznych ostrzy, wizg lecącej miotły łamiącej wynaturzone kości, to wszystko przygniótł ciężar pieśni strażniczki morza. Białe sieci zatańczyły konwulsyjnie, ryk ich twórczyni zginął pośród wibrujących niskich tonów, jedynej pieśni, morza dopominającego się swojej przestrzeni.
Pod ich stopami czerń rozjaśniała bielą mrowiących run, na ten moment, na krótki moment nim wszystko roztrzaskało się w pył. Ich dłonie złączyły się resztkę refleksu, gdy cały ten koszmar skruszał, dążąc w jedynym słusznym kierunku - ku przebudzeniu.
A potem spłukała ich woda, słodycz deszczu i słoność morza porwała trzech śmiałków w wir oczyszczenia, starcia z powierzchni plugawości wyrosłej w miejscu, które miało przed wiekami chronić życia, nie ich pozbawiać.
Otworzyli oczy patrząc na bezchmurne niebo odziane w chłodny błękit. Szum fal był kojący, w końcu spokojny. Naturalny, jak potrafiło być naturalne życie w magicznym świecie. Leżeli na piaszczystej plaży, ale nie czuli zimna, wobec rozchodzącej się po członkach ulgi płynącej ze świadomości przeżycia. Przemoczeni, lecz cali, świadomi budzącego się do życia za ich plecami miasteczka, które przetrwało sztorm. Które nie doświadczyło losu połowy miasta zatopionej gdy ktoś poprzednim razem próbował wezwać do jego brzegu statek Wellermana. Nad nimi przeleciały mewy, ich skrzek odkształcił się jednak w uszach w zgodnym, niewielkim chórze odchodzących do limbo uwolnionych dusz.
Bezimienni bohaterowie mogli się podnieść, mogli wrócić do domu. Nikt nie wiedział o ryzyku, jakie podjęli, zapewne też niewielu by im uwierzyło. Fakt, że spojrzeli szaleństwu w oczy i że wzajem pamiętali o tym doświadczeniu, musiał wystarczyć wraz z satysfakcją i poczuciem, że uleczyli zgryzoty w Dunwich.
Pod ich stopami czerń rozjaśniała bielą mrowiących run, na ten moment, na krótki moment nim wszystko roztrzaskało się w pył. Ich dłonie złączyły się resztkę refleksu, gdy cały ten koszmar skruszał, dążąc w jedynym słusznym kierunku - ku przebudzeniu.
A potem spłukała ich woda, słodycz deszczu i słoność morza porwała trzech śmiałków w wir oczyszczenia, starcia z powierzchni plugawości wyrosłej w miejscu, które miało przed wiekami chronić życia, nie ich pozbawiać.
✼✼✼✼✼
Otworzyli oczy patrząc na bezchmurne niebo odziane w chłodny błękit. Szum fal był kojący, w końcu spokojny. Naturalny, jak potrafiło być naturalne życie w magicznym świecie. Leżeli na piaszczystej plaży, ale nie czuli zimna, wobec rozchodzącej się po członkach ulgi płynącej ze świadomości przeżycia. Przemoczeni, lecz cali, świadomi budzącego się do życia za ich plecami miasteczka, które przetrwało sztorm. Które nie doświadczyło losu połowy miasta zatopionej gdy ktoś poprzednim razem próbował wezwać do jego brzegu statek Wellermana. Nad nimi przeleciały mewy, ich skrzek odkształcił się jednak w uszach w zgodnym, niewielkim chórze odchodzących do limbo uwolnionych dusz.
...dziękujemy...
Bezimienni bohaterowie mogli się podnieść, mogli wrócić do domu. Nikt nie wiedział o ryzyku, jakie podjęli, zapewne też niewielu by im uwierzyło. Fakt, że spojrzeli szaleństwu w oczy i że wzajem pamiętali o tym doświadczeniu, musiał wystarczyć wraz z satysfakcją i poczuciem, że uleczyli zgryzoty w Dunwich.