12.04.2026, 10:22 ✶
Delikatne, ledwie widoczne skinienie głowy. Ledwie nominalny gest dający przyzwolenie i wyrażający akceptację dla okazanej gestem oferty. Przewlekłą smukła dłoń przez wysunięte ramię. Zachowała jednak elegancki, stonowany dystans przystający ich relacji. Tak by między ich sylwetkami zarysowywała minimalna, acz wyraźnie widoczna dla spostrzegawczego obserwatora przestrzeń.
Pozwoliła mu mówić kiedy równym, spacerowym krokiem opuszczali teren kowenu. Wiedziała kim jest, tak jak właściwie wszyscy. Nazwisko Anthony'ego Shafiqa lśniło na licznych tablicach dziękczynnych oraz fundatorskich. Jego personalia sterowały ruchem ust prowadzących wydarzenie na tyle regularnie, że można było czasem odnieść wrażenie jak wypowiadane są płynniej niż słowa powitania. Cenne było jednak usłyszeć jak człowiek sam siebie definiuje w rozmowie.
Uniosła brwi, kąciki ust zadrgały w krótkim rozbawieniu wobec rodzącej się konkluzji. Elegancka wywód, naturalne brzmienie. Sam wierzył w swoją postać, albo miał skrupulatnie przygotowaną rolę, w której funkcję wierzył. Ostatecznie wszystkie rozwiązania budziły pewien poziom szacunku dla umiejętności i samoświadomości rozmówcy. Nawet to westchnienie po krótkim spojrzeniu przez ramię.
- W założeniach wspomnianych filozofii jest pewien potencjalny błąd. Skoro zmiennym jest wszystko, tak i odbiór rzeczywistości przez obserwatora jest zmienny. Gdy i on jest zmienny to zmienność rzeczy jest jedynie subiektywną interpretacją jego doświadczeń. W samej swej podstawie natura rzeczy określana jest ostatecznie przez jej obserwatora. - mówiła monotonnym głosem jakby wyrażała, coś na tyle oczywistego, że nie wymagało większego zaangażowania. - Czyni to każde wrażenie ulotnym i każde wspomnienie iluzją przeszłych wrażeń. Warto obdarzać chwilom obecnym godnej ich uwagi, gdyż tylko chwilę obecną można naprawdę doświadczać. - Dokończyła wywód już bardziej naturalnym, ciepłym tonem. Jakby to właśnie było jej myślą od początku, a wcześniejszy fragment ledwie koniecznym wprowadzeniem.
- Doprawdy? - Wydawała się rozbawiona tą uwagą. Jakby z usta rozmówcy padła zaczepna, kontrowersyjna teza. - Byłabym niezmiernie wdzięczna gdyby przybliżył mi Pan przemyślenia rodzące to odczucie zaskoczenia. Wydaje mi się to naturalnym efektem połączenia tradycji naszej społeczności i pewnych nieoczekiwanych efektów utajnienia jej przed mugolami. - Przewróciła nieznaczeni oczami, kiedy zmienił temat wchodząc na mugolską ulicę. Konieczność ważenia słów wywołała niewielkie ukłucie irytacji, którego nie chciała maskować. Przytłumiła szczere zainteresowanie pozornie spokojną, ale w gruncie wzywającą do dyskusji tezą przedstawioną przez rozmówcę. Potencjał retorycznej potyczki przejawiała się jako kusząca rozgrzewka przed spotkaniem z ojcem przy stole. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, głaszcząc koniuszkiem palca drewno fajki. Jednocześnie jej spojrzenie w sposób naturalny podążało po zakamarkach ulicy na jakiej się znajdowali. Nawyk, który jej towarzyszył tak długo, że stał się naturalnym gestem.
- Jestem wybredna w zakresie dostępu do pewnego smaku ekscytacji, którym lubię doprawiać swoje aktywności. Nie mając gwarancji odpowiedniego towarzystwa omijam niektóre spotkania. - odpowiedziała płynnie i melodyjnie, ale była to tylko część prawdy. - W moim guście odnajduję bardziej aktywności klubu Cutty Sark lub Klucza. Zakładam, że są Panu znane. Oba zdaja się nasycać dwa z odcieni ekscytacji, w których gustuję. Zdaje się, że nie jest Pan członkiem. Dostrzegam w tym jeden z powodów naszych nieczęstych spotkań. - Odparła neutralnym tonem. Była to prosta obserwacja faktu.
- Możliwe, że lato 1969. W tamtym czasie było kilka interesujących wydarzeń. - Odparła neutralnie, zupełnie spokojnie. Była całkiem pewna, że przez jej ręce przechodziły już poszukiwane dzieła protegowanych Shafiqa. Dzieła, których szybko się pozbywała zgodnie ze złożonym zamówieniem. Myśl ta jednak tylko na chwile błysnęła na granicy jej świadomości. Nie było większego sensu jej roztrząsać.
Zdecydowanie ciekawszym znajdowała zwerbalizowanie rozważań na temat źródeł położenia kowenu i magicznego Londynu.
Pozwoliła mu mówić kiedy równym, spacerowym krokiem opuszczali teren kowenu. Wiedziała kim jest, tak jak właściwie wszyscy. Nazwisko Anthony'ego Shafiqa lśniło na licznych tablicach dziękczynnych oraz fundatorskich. Jego personalia sterowały ruchem ust prowadzących wydarzenie na tyle regularnie, że można było czasem odnieść wrażenie jak wypowiadane są płynniej niż słowa powitania. Cenne było jednak usłyszeć jak człowiek sam siebie definiuje w rozmowie.
Uniosła brwi, kąciki ust zadrgały w krótkim rozbawieniu wobec rodzącej się konkluzji. Elegancka wywód, naturalne brzmienie. Sam wierzył w swoją postać, albo miał skrupulatnie przygotowaną rolę, w której funkcję wierzył. Ostatecznie wszystkie rozwiązania budziły pewien poziom szacunku dla umiejętności i samoświadomości rozmówcy. Nawet to westchnienie po krótkim spojrzeniu przez ramię.
- W założeniach wspomnianych filozofii jest pewien potencjalny błąd. Skoro zmiennym jest wszystko, tak i odbiór rzeczywistości przez obserwatora jest zmienny. Gdy i on jest zmienny to zmienność rzeczy jest jedynie subiektywną interpretacją jego doświadczeń. W samej swej podstawie natura rzeczy określana jest ostatecznie przez jej obserwatora. - mówiła monotonnym głosem jakby wyrażała, coś na tyle oczywistego, że nie wymagało większego zaangażowania. - Czyni to każde wrażenie ulotnym i każde wspomnienie iluzją przeszłych wrażeń. Warto obdarzać chwilom obecnym godnej ich uwagi, gdyż tylko chwilę obecną można naprawdę doświadczać. - Dokończyła wywód już bardziej naturalnym, ciepłym tonem. Jakby to właśnie było jej myślą od początku, a wcześniejszy fragment ledwie koniecznym wprowadzeniem.
- Doprawdy? - Wydawała się rozbawiona tą uwagą. Jakby z usta rozmówcy padła zaczepna, kontrowersyjna teza. - Byłabym niezmiernie wdzięczna gdyby przybliżył mi Pan przemyślenia rodzące to odczucie zaskoczenia. Wydaje mi się to naturalnym efektem połączenia tradycji naszej społeczności i pewnych nieoczekiwanych efektów utajnienia jej przed mugolami. - Przewróciła nieznaczeni oczami, kiedy zmienił temat wchodząc na mugolską ulicę. Konieczność ważenia słów wywołała niewielkie ukłucie irytacji, którego nie chciała maskować. Przytłumiła szczere zainteresowanie pozornie spokojną, ale w gruncie wzywającą do dyskusji tezą przedstawioną przez rozmówcę. Potencjał retorycznej potyczki przejawiała się jako kusząca rozgrzewka przed spotkaniem z ojcem przy stole. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, głaszcząc koniuszkiem palca drewno fajki. Jednocześnie jej spojrzenie w sposób naturalny podążało po zakamarkach ulicy na jakiej się znajdowali. Nawyk, który jej towarzyszył tak długo, że stał się naturalnym gestem.
- Jestem wybredna w zakresie dostępu do pewnego smaku ekscytacji, którym lubię doprawiać swoje aktywności. Nie mając gwarancji odpowiedniego towarzystwa omijam niektóre spotkania. - odpowiedziała płynnie i melodyjnie, ale była to tylko część prawdy. - W moim guście odnajduję bardziej aktywności klubu Cutty Sark lub Klucza. Zakładam, że są Panu znane. Oba zdaja się nasycać dwa z odcieni ekscytacji, w których gustuję. Zdaje się, że nie jest Pan członkiem. Dostrzegam w tym jeden z powodów naszych nieczęstych spotkań. - Odparła neutralnym tonem. Była to prosta obserwacja faktu.
- Możliwe, że lato 1969. W tamtym czasie było kilka interesujących wydarzeń. - Odparła neutralnie, zupełnie spokojnie. Była całkiem pewna, że przez jej ręce przechodziły już poszukiwane dzieła protegowanych Shafiqa. Dzieła, których szybko się pozbywała zgodnie ze złożonym zamówieniem. Myśl ta jednak tylko na chwile błysnęła na granicy jej świadomości. Nie było większego sensu jej roztrząsać.
Zdecydowanie ciekawszym znajdowała zwerbalizowanie rozważań na temat źródeł położenia kowenu i magicznego Londynu.
Postacie opuszczają sesję