Duchota, która zalegała w tej chacie, nie była dla niego ciężarem. Przeciwnie. Była powietrzem, którym oddychał pełną piersią. Tam, gdzie tamci zaczynali się wewnętrznie krztusić, gdzie napięcie mogło ściskać gardła i usztywniać ruchy, on czuł, jak coś w nim się rozpręża, jakby właśnie w takich warunkach jego natura znajdowała najczystszy wyraz. Im bardziej ta dwójka wikłała się w niezręczność, w niedopowiedzenia, w napięcie, którego nie potrafili ani rozładować, ani przekierować, tym wyraźniej w nim samym rosła cicha, niemal perwersyjna satysfakcja. Było w tym coś doskonałego. Ustawić ich naprzeciw siebie, pod jej własnym dachem, w miejscu, które z definicji powinno być bezpieczną przystanią, a zamieniło się w arenę. To było zwieńczeniem wcześniejszej rozmowy o okrucieństwie w formie niemal podręcznikowej. Nie teoria, nie słowa, nie alegorie. Praktyka. Czysta, żywa, pulsująca. I on, w samym jej centrum. Nie było w tej chwili nikogo, kto dorównywałby mu w tej diabolicznej katedrze nauk. Nie dlatego, że rzeczywiście był jedyny, lecz dlatego, że jego własne ego nie pozostawiało miejsca, by ktokolwiek inny mógł w niej stanąć obok niego. Wszystko, co się działo, przechodziło przez niego, było przez niego interpretowane, ustawiane, ważone. Może więc jego Zimno nigdy nie było tylko zadrą na duszy. Może nie chodziło o znalezienie miejsca, w którym można przestać je czuć, załagodzić. Może chodziło o coś znacznie bardziej aktywnego. O rozprzestrzenianie tego chłodu, o dzielenie się nim, jakby był darem. Zatrutym, wyniszczającym, lecz podanym z niemal dobroduszną konsekwencją. Jakby chciał, by świat wokół niego nauczył się oddychać tym samym zepsuciem, które wypełniało jego własne wnętrze. Czuł to teraz wyraźnie. Pod dłońmi. Niepokój, który drgał w jej ciele, napięcie skryte pod skórą, nieregularność oddechu. Wszystko to przenikało przez jego palce jak subtelny prąd. Nie potrzebował patrzeć, by wiedzieć. Wystarczyło, że dotykał. To było niemal znajome. Bliskie temu momentowi, gdy przyłożył jej dłoń do swojego Zimna. Tamta ulga. To samo echo. A jednak nie był ślepy. Draconis próbował go prowadzić w innym kierunku. Subtelnie, niemal niezauważalnie. Podsunąć myśl, wydobyć reakcję, sprowokować odsłonięcie czegoś, co mogłoby zostać uznane za słabość. Louvain wyczuwał to z precyzją, która graniczyła z instynktem. Każde słowo, każda pauza, każde spojrzenie, wszystko to układało się w próbę. Względnie udaną. Bo choć Leviathan nie odrywał wzroku od Niedorzecznej, choć jego obecność była skupiona niemal wyłącznie na niej, nie było w nim nic, co zdradzałoby prawdziwą wagę tej relacji. Ani napięcia, ani zawahania, ani choćby najmniejszego przesunięcia, które można by wykorzystać. Louvain niemal odczuł rozczarowanie. Chciał, by to padło. By zostało nazwane. By Draconis, choć raz, przyznał, że kobieta jest czymś więcej niż użyteczna. Wtedy… wtedy byłby gotów ustąpić. Tylko ten raz. Ale Leviathan nie należał do ludzi, którzy rozdają takie rzeczy za darmo. Zbyt dobrze rozumiał rachunek sił, zbyt sprawnie operował w ekonomii strachu i przemocy, by pozwolić sobie na tak oczywiste odsłonięcie.
Louvain prychnął cicho, z wyraźnym niesmakiem, jakby samo przywołanie tej argumentacji pozostawiło pod językiem gorzki osad. W jego spojrzeniu przemknęło coś ostrego, niemal pogardliwego. Nie wobec samego imienia, lecz wobec sposobu, w jaki zostało użyte. Zasłanianie się teraz słowami Czarnego Pana było wygodne. Zbyt wygodne. Cytaty Mistrza wyciągnięta w chwili, gdy brakowało własnej odwagi, by stanąć za własnym stanowiskiem. Było w tym coś małego. Coś, co nie przystawało do istoty, która rościła sobie prawo do siły. W jego oczach nie tak zachowywały się stworzenia, które porównywały się do smoków. Smoki nie cytowały, smoki rozstrzygały. - Moja różdżka nie miała jeszcze okazji być wycelowana w kierunku Gospodyni. - uniósł lekko podbródek, a na jego ustach pojawił się cień chłodnego rozbawienia - A zanim się tutaj pojawiłeś… - dodał po chwili, z niemal niedostrzegalną nutą ironii - ten kwiat miał więcej barw. Ta udawana poufałość między nim, a Helloise przestała już go bawić. Przestała, kiedy poczuł lepkość i brud pod jej opuszkami na własnej skórze. Dlatego zacisnął jej dłoń przy swojej twarzy we własnej dłoni i lekkim ruchem odprowadził bliżej jej sylwetki. - To przy tobie wyraźnie więdnie.
Odstąpił, bo nie był w stanie zbyt długo udawać, że potrafi walczyć z obrzydzeniem. Jednak zamiast ostentacyjnych nudności od jej bliskości, uszanował jej sugestię o preferencji dłoni na własnym ciele. Płaskim uśmiechem i gestem otwartych dłoni oddał jej przestrzeń osobistą i wykonał krok w tył. Przeniósł na nią spojrzenie, niemal obojętne, jakby pytanie, które mu zadała, nie było dla niego ani wyzwaniem, ani prowokacją. Raczej kolejnym elementem, który należało uporządkować. - Jestem. - odparł bez wahania, z tą samą chłodną prostotą, z jaką stwierdzał fakty - od ciebie, i od niego. Nie było w tym wyniosłego tonu, ani triumfu. Jedynie pewność. - W interpretacji woli boga śmierci. - doprecyzował po chwili, lekko przechylając głowę. - Choć może rzeczywiście nie jest to powód, by ci umniejszać. Teraz on odwrócił się do nich plecami, nachylając się w stronę okiennic. - Być może powinienem przekazać ci coś, co sam otrzymałem. Nauki najpotężniejszego. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, tym razem subtelniejszy, bardziej niepokojący niż jawnie drwiący. - Największą lojalnością mężczyzny jest ta, której nigdy ci nie obiecał. Wyprostował się powoli, krzyżując ręce na piersi, pozostawiając te słowa między nimi jak coś, co dopiero miało się rozejść po kościach. Jednak tę naukę lok-perliczka z pewnością odczuła szybciej, niż padła ona z jego ust.
Stał przez chwilę odwrócony do nich plecami, jakby cała ta rozmowa była jedynie szumem, który przestał zasługiwać na jego uwagę. Odsunął lekko okiennicę, wpuszczając do środka chłodne, ciężkie powietrze, i przez moment wyglądał na zewnątrz, jak ktoś, kto sprawdza, czy świat poza tą chatą nadal istnieje w bardziej znośnej formie. - Tak wiele pytań, a tak mało szczerości. Tymi słowami na swój sposób poparł wniosek o wycofanie się Rowla z tego spotkania. - Wystarczy. Tym razem słowo padło ostrzej, choć nadal bez podnoszenia głosu. Jego spojrzenie spoczęło na Leviathanie z wyraźną, niemal ostentacyjną oceną. - Wracaj do swoich zajęć. Nie było już większej potrzeby przeciągania jego obecności w tym miejscu. I tak otrzymał od niego o wiele więcej, niż początkowo zakładał.