11.04.2026, 16:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 16:57 przez Aaron Andrew Moody.)
Problemem Aarona nie był żaden Briello Dagienhardtio, bo jak już raz wsadziło się delikwenta za kraty, łatwo można go było za nimi zatrzymać. A sądząc po brzmieniu jego nazwiska, nawet lepiej, jakby słuch o nim zaginął, bo wtedy nikt nie musiałby na głos tego łamańca wypowiadać, i głupka z siebie robić. Ale nie, problemem Aarona nie był żaden recydywista, problemem było to, że za głośno myślał przy Lorien, stwierdził, grzebiąc przy aucie rozkaraczonym na podjeździe.
A tymczasem...
– Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej? – Ni to spytała, ni to stwierdziła nagle gospodyni. Wydawała się szczerze zainteresowana opowieścią Lorien. Przez chwilę po prostu przysłuchiwała się kobiecie z lekko rozchyloną buzią, szybko zamknąwszy ją jednak, gdy zorientowała się, że wygląda przy tym nieelegancko. Buzię w końcu zamknęła, ale oczy wciąż świeciły się, przepełnione nadzieją, a może odległym wspomnieniem. Niespodziewanie wyrwana ze swojej rutyny, odeszła na chwilę, aby powrócić z różańcem wykonanym, jak się miało okazać, z drewna oliwnego. Paciorki połączone były ze sobą ręcznie plecionym sznureczkiem, zwieńczonym kapsułką zawierającą kawałek jerozolimskiej ziemi oraz drewnianym krzyżykiem. Krzyżyk wyposażony był w metalowe okucie z wytłoczonym napisem "Jerusalem". Wykonany był o wiele precyzyjniej niż ten, który Lorien otrzymała w prezencie od nieznajomego. Znalazła przecież taki sam krzyżyk w kieszeni, po tym jak ocknęła się już na dobre w szpitalu w Spaloną Noc.
– Przywiózł mi go z Jerozolimy znajomy ksiądz misjonarz, który dużo jeździ po świecie. Tylko on wyruszał z Przylądka Finisterra w Hiszpanii. Od końca świata, do jego początku. Bo Jerozolima jest tak naprawdę początkiem. – Uśmiechnęła się do Lorien, pozwalając jej dotknąć różańca. Zawsze chciała pojechać gdzieś daleko, daleko, ale nigdy swych marzeń nie zrealizowała. Wojna zabrała jej męża i plany zjechania wielkiego świecie, o którym wciąż jednak lubiła myśleć z dystansu marzeń. W gruncie rzeczy, pani Michałowa wcale wyjeżdżać z Anglii nie chciała, choć książki podróżnicze czytała namiętnie. Miło było czasem pomyśleć, jak wielki świat Pan Bóg stworzył, nawet jeżeli sama poznała niewielką tylko jego część. Była jednak kobietą ciekawską, i czego na własne oczy nie zobaczyła, wyczytała w książkach, albo posłyszała z cudzych opowieści. Już więc chciała pytać Lorien, czy była na tej pielgrzymce sama, czy z mężem, a tak w ogóle, to ile już lat po ślubie, i czy mają może państwo jakieś dzieci, a skąd Bóg prowadzi, quo vadis, i tak dalej, i tak dalej, ale dociekania ciekawej gospodyni przerwało stukanie męskich butów w sieni.
Aaron wszedł na plebanię sadząc wielkie, pewne siebie kroki, wyprzedziwszy księdza, od którego chodził szybciej, chociaż był od niego niemal o głowę niższy. Skłonił się grzecznie starszej pani, obrzucając pomieszczenie uważnym wzrokiem. Usmolone smarem ręce wymył pod domem, nie tylko dlatego, że nie chciał wchodzić do izby brudny, ale i po to, żeby obejrzeć zabudowania. Bez problemu był więc w stanie odtworzyć rozkład plebanii. Po wejściu do środka jego oczy od razu powędrowały w stronę Lorien.
– W porządku? – spytał, oparłszy rękę na krześle, na którym siedziała. Krzepka jego, niewzruszona kompletnie spotkaniem z mugolami postać kontrastowała z wielce przejętym księdzem, który wszedł do izby tuż za nim.
– Pani Michałowo, z nieba nam spadli! Z nieba samego zesłani przez Boga jako te anieli! – Proboszcz był w stanie uniesienia, złapał bowiem gospodynię za ramiona, jak gdyby ogłaszał jej wspaniałą wieść. Przez chwilę oboje nie zwracali uwagi na szanownych gości. – Auto naprawione! – wypowiedział takim samym tonem, jakim wygłaszał z ambony zbożne "amen". Kobieta również wydała z siebie radosny okrzyk, a po chwili całe pomieszczenie zaniosło się jej wesołym trajkotaniem, poleciała bowiem do telefonu, żeby powiadomić kurię, że wizyta odbyć się może zgodnie z planem. Zdążyła tylko zakrzyknąć, że państwo koniecznie muszą poczekać, że ona zrobi jeszcze herbatki, i poda naprędce poczęstunek, bo przecież są im niewymownie wdzięczni, powtarzała, uszczęśliwiona.
Aaron już otwierał buzię, żeby przeprosić oboje, bo z żoną są umówieni, i bardzo się śpieszą, ale w tym momencie na plebanię wpadł nieoczekiwany gość.
– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks! – zaklął głośno mężczyzna, podobny do stojącego po przeciwnej stronie pokoju księdza proboszcza tak jak dwie krople wody podobne są do siebie. Widząc nieznajome twarze, wójt Doliny Godryka, John Wolfgoat, stropił się nieco, jeszcze bardziej, niż kiedy przypomniał sobie, że na plebanii nie wypada przeklinać, a już na pewno nie przed ścianą pokrytą świętymi obrazami. Rękę z palcem wyciągniętym oskarżycielsko w stronę brata bliźniaka opuścił więc na chwilę, żeby się przeżegnać, a potem skinąć głową nieznajomym. Zaraz jednak podniósł palec z powrotem, mierząc w księdza. – Przepraszam państwa, że porządek zakłócam, ale to rodzinna sprawa – zwrócił się w stronę Lorien i Aarona, lekko poczerwieniały na twarzy. Trudno powiedzieć, czy ze złości, czy dlatego, że musiał tutaj przybiec.
Aaron uniósł tylko brwi, zerkając na Lorien. Dokładnie tak jak wtedy, gdy oboje słuchali ministerialnych plotek. Albo gdy młode małżeństwo z parteru jego bloku kłóciło się znowu ze sobą. Na razie postanowił obserwować. Przyglądając się wójtowi, który mógł okazać się jednostką potencjalnie niestabilną, w końcu zakłócił spokój domostwa, przygładził mechanicznym ruchem swojego wąsa. Jego wciąż był lepszy, niż tego mugola, prawda?
A tymczasem...
– Więc pani była na pielgrzymce w Ziemi Świętej? – Ni to spytała, ni to stwierdziła nagle gospodyni. Wydawała się szczerze zainteresowana opowieścią Lorien. Przez chwilę po prostu przysłuchiwała się kobiecie z lekko rozchyloną buzią, szybko zamknąwszy ją jednak, gdy zorientowała się, że wygląda przy tym nieelegancko. Buzię w końcu zamknęła, ale oczy wciąż świeciły się, przepełnione nadzieją, a może odległym wspomnieniem. Niespodziewanie wyrwana ze swojej rutyny, odeszła na chwilę, aby powrócić z różańcem wykonanym, jak się miało okazać, z drewna oliwnego. Paciorki połączone były ze sobą ręcznie plecionym sznureczkiem, zwieńczonym kapsułką zawierającą kawałek jerozolimskiej ziemi oraz drewnianym krzyżykiem. Krzyżyk wyposażony był w metalowe okucie z wytłoczonym napisem "Jerusalem". Wykonany był o wiele precyzyjniej niż ten, który Lorien otrzymała w prezencie od nieznajomego. Znalazła przecież taki sam krzyżyk w kieszeni, po tym jak ocknęła się już na dobre w szpitalu w Spaloną Noc.
– Przywiózł mi go z Jerozolimy znajomy ksiądz misjonarz, który dużo jeździ po świecie. Tylko on wyruszał z Przylądka Finisterra w Hiszpanii. Od końca świata, do jego początku. Bo Jerozolima jest tak naprawdę początkiem. – Uśmiechnęła się do Lorien, pozwalając jej dotknąć różańca. Zawsze chciała pojechać gdzieś daleko, daleko, ale nigdy swych marzeń nie zrealizowała. Wojna zabrała jej męża i plany zjechania wielkiego świecie, o którym wciąż jednak lubiła myśleć z dystansu marzeń. W gruncie rzeczy, pani Michałowa wcale wyjeżdżać z Anglii nie chciała, choć książki podróżnicze czytała namiętnie. Miło było czasem pomyśleć, jak wielki świat Pan Bóg stworzył, nawet jeżeli sama poznała niewielką tylko jego część. Była jednak kobietą ciekawską, i czego na własne oczy nie zobaczyła, wyczytała w książkach, albo posłyszała z cudzych opowieści. Już więc chciała pytać Lorien, czy była na tej pielgrzymce sama, czy z mężem, a tak w ogóle, to ile już lat po ślubie, i czy mają może państwo jakieś dzieci, a skąd Bóg prowadzi, quo vadis, i tak dalej, i tak dalej, ale dociekania ciekawej gospodyni przerwało stukanie męskich butów w sieni.
Aaron wszedł na plebanię sadząc wielkie, pewne siebie kroki, wyprzedziwszy księdza, od którego chodził szybciej, chociaż był od niego niemal o głowę niższy. Skłonił się grzecznie starszej pani, obrzucając pomieszczenie uważnym wzrokiem. Usmolone smarem ręce wymył pod domem, nie tylko dlatego, że nie chciał wchodzić do izby brudny, ale i po to, żeby obejrzeć zabudowania. Bez problemu był więc w stanie odtworzyć rozkład plebanii. Po wejściu do środka jego oczy od razu powędrowały w stronę Lorien.
– W porządku? – spytał, oparłszy rękę na krześle, na którym siedziała. Krzepka jego, niewzruszona kompletnie spotkaniem z mugolami postać kontrastowała z wielce przejętym księdzem, który wszedł do izby tuż za nim.
– Pani Michałowo, z nieba nam spadli! Z nieba samego zesłani przez Boga jako te anieli! – Proboszcz był w stanie uniesienia, złapał bowiem gospodynię za ramiona, jak gdyby ogłaszał jej wspaniałą wieść. Przez chwilę oboje nie zwracali uwagi na szanownych gości. – Auto naprawione! – wypowiedział takim samym tonem, jakim wygłaszał z ambony zbożne "amen". Kobieta również wydała z siebie radosny okrzyk, a po chwili całe pomieszczenie zaniosło się jej wesołym trajkotaniem, poleciała bowiem do telefonu, żeby powiadomić kurię, że wizyta odbyć się może zgodnie z planem. Zdążyła tylko zakrzyknąć, że państwo koniecznie muszą poczekać, że ona zrobi jeszcze herbatki, i poda naprędce poczęstunek, bo przecież są im niewymownie wdzięczni, powtarzała, uszczęśliwiona.
Aaron już otwierał buzię, żeby przeprosić oboje, bo z żoną są umówieni, i bardzo się śpieszą, ale w tym momencie na plebanię wpadł nieoczekiwany gość.
– Żadna wizyta biskupa się nie odbędzie, krucafuks! – zaklął głośno mężczyzna, podobny do stojącego po przeciwnej stronie pokoju księdza proboszcza tak jak dwie krople wody podobne są do siebie. Widząc nieznajome twarze, wójt Doliny Godryka, John Wolfgoat, stropił się nieco, jeszcze bardziej, niż kiedy przypomniał sobie, że na plebanii nie wypada przeklinać, a już na pewno nie przed ścianą pokrytą świętymi obrazami. Rękę z palcem wyciągniętym oskarżycielsko w stronę brata bliźniaka opuścił więc na chwilę, żeby się przeżegnać, a potem skinąć głową nieznajomym. Zaraz jednak podniósł palec z powrotem, mierząc w księdza. – Przepraszam państwa, że porządek zakłócam, ale to rodzinna sprawa – zwrócił się w stronę Lorien i Aarona, lekko poczerwieniały na twarzy. Trudno powiedzieć, czy ze złości, czy dlatego, że musiał tutaj przybiec.
Aaron uniósł tylko brwi, zerkając na Lorien. Dokładnie tak jak wtedy, gdy oboje słuchali ministerialnych plotek. Albo gdy młode małżeństwo z parteru jego bloku kłóciło się znowu ze sobą. Na razie postanowił obserwować. Przyglądając się wójtowi, który mógł okazać się jednostką potencjalnie niestabilną, w końcu zakłócił spokój domostwa, przygładził mechanicznym ruchem swojego wąsa. Jego wciąż był lepszy, niż tego mugola, prawda?
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.