10.04.2026, 21:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 21:47 przez Benjy Fenwick.)
Nie odrywałem od niej wzroku na długo, ale kątem oka cały czas kontrolowałem salę, drzwi, ruchy ludzi przy barze - to wchodziło w krew i już w niej zostawało, nawet jeśli przy obecności zaufanej osoby faktycznie mogłem sobie pozwolić na trochę mniej czujności, nie znaczyło to, że ją wyłączałem.
- Nieplawdasz? - Odparłem, jakbym mówił coś oczywistego, choć w rzeczywistości nigdy się nie starałem w ten sposób. - Masz szczęście. - Rzuciłem lekko, bez cienia skromności, chociaż bardziej ku podtrzymaniu żartu, niż serio, przesuwając spojrzeniem po pomieszczeniu tylko na ułamek sekundy, zanim wróciłem do niej. - Nie zawsze jestem w takiej folmie. - W tym także było pół żartu, pół prawdy, lecz pod innym względem niż mogłoby się wydawać - to nie była wyłącznie głupia zaczepką, nadal nie byłem w pełni sił, ale nie zamierzałem tego rozkładać na czynniki pierwsze - wystarczało, że siedziałem tu prosto i nie było po mnie widać efektów ostatnich wydarzeń, przynajmniej na pierwszy rzut oka, reszta nie miała znaczenia.
Na wzmiankę o muzyce uniosłem lekko brew, kątem oka zahaczając o grupkę przy barze, która już zaczynała być trochę głośniejsza, niż powinna.
- Niestety, oplawa nie zaleszy od nas… Daj im… Hm… Jeszcze kwadlans. - Mruknąłem, spokojnie, niemal lakonicznie. - Potem zacznie się koncelt. - Nie było w tym zgadywania, przypuszczeń ani niczego takiego, tylko pewność kogoś, kto widział takie rzeczy już wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, jak to się skończy - to było nieuniknione, w każdej lokalnej Wiwernie zawsze prędzej czy później ktoś zaczynał śpiewać, krzyczeć albo robić jedno i drugie jednocześnie. To miejsce miało swoje etapy - najpierw cisza, potem gwar, a na końcu chaos, który dla niektórych był formą rozrywki. Dla mnie… Zależało od dnia.
Zatrzymałem na niej wzrok dłużej, kiedy wspomniała o tym, że rzeczywiście spróbuje mnie przebić, było w tym coś znajomego, coś, co cofało nas o lata, do momentów, kiedy każde z nas chciało być o krok przed drugim. Nadal się podpuszczaliśmy, nadal graliśmy w te same gry, chociaż nie było w tym tej samej ostrości co kiedyś, a ja… Nadal lubiłem wygrywać, nawet w takich głupich, małych rzeczach jak to.
Zerknąłem na jej torbę, potem z powrotem na nią, jakbym oceniał szanse, chociaż nie potrzebowałem wiele, żeby wyrobić sobie zdanie. Nie chodziło nawet o to, co kupiła - chodziło o to, jak do tego podeszła, jak zawsze podchodziła do takich rzeczy. Wiedziałem, że miało być dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli w tym momencie nie zamierzałem tego powiedzieć na głos.
- Za balso to analizujesz. - Rzuciłem mimochodem, nie próbując jej bezcelowo pocieszać, wypadając tym samym z roli, i zamiast tego przesuwając palcem po krawędzi stołu. - A to nigdy nie działa na twoją koszyść w takich sytuacjach, Bletchley. Wiesz o tym, plawda? - To ostatnie powiedziałem cicho, prawie bezgłośnie, kierując słowa wyłącznie do uszu Prudence. Kącik ust znowu mi zadrżał, lecz nie był to pełny uśmiech, raczej cień, coś na pograniczu krzywego grymasu.
Dopiero kiedy padło pytanie o alkohol, uśmiechnąłem się wyraźniej, tym razem bez ukrywania, i przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym rozważał to przez ułamek sekundy, chociaż decyzja była oczywista - skinąłem lekko głową w stronę baru, nie odrywając od niej spojrzenia.
- Co dziś pijesz? - To nie było pytanie rzucone w próżnię - zamierzałem to załatwić, zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby podejść do naszego stolika z własnej inicjatywy - zadając je, wyprostowałem się z powrotem, przygotowując się do tego, by wstać i ruszyć w kierunku baru. Temat nie był zamknięty, był jedynie odroczony, oboje wiedzieliśmy, że ta część zabawy dopiero się zaczynała.
- Nieplawdasz? - Odparłem, jakbym mówił coś oczywistego, choć w rzeczywistości nigdy się nie starałem w ten sposób. - Masz szczęście. - Rzuciłem lekko, bez cienia skromności, chociaż bardziej ku podtrzymaniu żartu, niż serio, przesuwając spojrzeniem po pomieszczeniu tylko na ułamek sekundy, zanim wróciłem do niej. - Nie zawsze jestem w takiej folmie. - W tym także było pół żartu, pół prawdy, lecz pod innym względem niż mogłoby się wydawać - to nie była wyłącznie głupia zaczepką, nadal nie byłem w pełni sił, ale nie zamierzałem tego rozkładać na czynniki pierwsze - wystarczało, że siedziałem tu prosto i nie było po mnie widać efektów ostatnich wydarzeń, przynajmniej na pierwszy rzut oka, reszta nie miała znaczenia.
Na wzmiankę o muzyce uniosłem lekko brew, kątem oka zahaczając o grupkę przy barze, która już zaczynała być trochę głośniejsza, niż powinna.
- Niestety, oplawa nie zaleszy od nas… Daj im… Hm… Jeszcze kwadlans. - Mruknąłem, spokojnie, niemal lakonicznie. - Potem zacznie się koncelt. - Nie było w tym zgadywania, przypuszczeń ani niczego takiego, tylko pewność kogoś, kto widział takie rzeczy już wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, jak to się skończy - to było nieuniknione, w każdej lokalnej Wiwernie zawsze prędzej czy później ktoś zaczynał śpiewać, krzyczeć albo robić jedno i drugie jednocześnie. To miejsce miało swoje etapy - najpierw cisza, potem gwar, a na końcu chaos, który dla niektórych był formą rozrywki. Dla mnie… Zależało od dnia.
Zatrzymałem na niej wzrok dłużej, kiedy wspomniała o tym, że rzeczywiście spróbuje mnie przebić, było w tym coś znajomego, coś, co cofało nas o lata, do momentów, kiedy każde z nas chciało być o krok przed drugim. Nadal się podpuszczaliśmy, nadal graliśmy w te same gry, chociaż nie było w tym tej samej ostrości co kiedyś, a ja… Nadal lubiłem wygrywać, nawet w takich głupich, małych rzeczach jak to.
Zerknąłem na jej torbę, potem z powrotem na nią, jakbym oceniał szanse, chociaż nie potrzebowałem wiele, żeby wyrobić sobie zdanie. Nie chodziło nawet o to, co kupiła - chodziło o to, jak do tego podeszła, jak zawsze podchodziła do takich rzeczy. Wiedziałem, że miało być dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli w tym momencie nie zamierzałem tego powiedzieć na głos.
- Za balso to analizujesz. - Rzuciłem mimochodem, nie próbując jej bezcelowo pocieszać, wypadając tym samym z roli, i zamiast tego przesuwając palcem po krawędzi stołu. - A to nigdy nie działa na twoją koszyść w takich sytuacjach, Bletchley. Wiesz o tym, plawda? - To ostatnie powiedziałem cicho, prawie bezgłośnie, kierując słowa wyłącznie do uszu Prudence. Kącik ust znowu mi zadrżał, lecz nie był to pełny uśmiech, raczej cień, coś na pograniczu krzywego grymasu.
Dopiero kiedy padło pytanie o alkohol, uśmiechnąłem się wyraźniej, tym razem bez ukrywania, i przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym rozważał to przez ułamek sekundy, chociaż decyzja była oczywista - skinąłem lekko głową w stronę baru, nie odrywając od niej spojrzenia.
- Co dziś pijesz? - To nie było pytanie rzucone w próżnię - zamierzałem to załatwić, zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby podejść do naszego stolika z własnej inicjatywy - zadając je, wyprostowałem się z powrotem, przygotowując się do tego, by wstać i ruszyć w kierunku baru. Temat nie był zamknięty, był jedynie odroczony, oboje wiedzieliśmy, że ta część zabawy dopiero się zaczynała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)