10.04.2026, 20:33 ✶
Popchnąłem drzwi i wszedłem pierwszy, odruchowo rejestrując wnętrze. Wiwern nigdy nie był miejscem, do którego się wracało dla przyjemności - wracało się tu z przyzwyczajenia, z potrzeby, czasem z czystej przekory, żeby sprawdzić, czy coś się zmieniło, nawet jeśli Nokturn, na którym znajdował się ten przybytek, na ogół nie produkował nowości, tylko przetasowywał to, co już było. Nic się tu raczej nie zmieniało. Zatrzymałem się na moment przy wejściu, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, podświadomie pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku, po czym poprowadziłem ją w głąb sali, bez słowa, instynktownie wybierając miejsce, które dawało mi najlepszy widok na wejście i resztę pomieszczenia. Nie musiałem się nad tym zastanawiać, to wchodziło w krew, lata robienia rzeczy, których nie powinno się robić, w miejscach, gdzie nie powinno się przebywać, uczyły jednego - plecy zostawia się przy ścianie, a oczy tam, gdzie mogą zobaczyć problem, zanim problem zobaczy ciebie.
Usiadłem ciężko w instynktownie wybranym miejscu, rozluźniając się tylko na tyle, na ile pozwalała nam sytuacja i stosunkowo wczesna pora popołudnia, rozciągając nogi pod stołem, jakbym chciał zaznaczyć swoją obecność jeszcze zanim ktokolwiek spróbuje ją podważyć. Przesunąłem spojrzeniem po sali, zanim zatrzymałem je na żonie - niektóre rzeczy się nie zmieniały, niezależnie od tego, czy siedziałem w spelunie na Nokturnie, czy w jakimś egzotycznym, ale równie obskurnym porcie po drugiej stronie świata - stare nawyki nie znikały, szczególnie w miejscach, gdzie jeden błąd mógł kosztować więcej niż tylko dumę. Nie uśmiechnąłem się szeroko, tylko minimalnie, ledwie zauważalnie, widząc sposób, w jaki Pruey zlustrowała krzesło, nim na nim zasiadła.
- Stalam się. Jak widzisz, mam gest. - Odparłem bez większego wysiłku, przenosząc spojrzenie z powrotem na nią. - Nie kaszda piękna pani dostaje landkę w takim miejscu. Wiesz, świece, muzyka, eleganckie towaszystwo. - Przesunąłem dłonią po krawędzi drewnianego blatu, ignorując to, co się do niej lepiło, i oparłem się wygodniej, przyglądając się jej przez chwilę uważniej, splatając dłonie na stole, jakbyśmy naprawdę byli na spokojnej, normalnej randce w przyzwoitym lokalu, a nie w miejscu, gdzie ludzie znikali szybciej, niż zdążono zapamiętać ich twarze. Nieliczni znajdujący się w środku byli dokładnie tacy, jakich można się było spodziewać - zajęci swoimi sprawami, zbyt podejrzliwi, żeby ignorować innych całkowicie, ale też zbyt doświadczeni, żeby szukać problemów tam, gdzie nie było to konieczne. Kilka znajomych twarzy, więcej takich, które lepiej było ignorować - nic, czym warto byłoby się przejmować.
- I? - Rzuciłem krótko, wracając oczami w kierunku ukochanej, jednocześnie skinieniem głowy wskazując na torbę u jej stóp. - To ma byś to, czym plóbujesz mnie pszebiś? - Wrócił ten lekki błysk w spojrzeniu, znajomy, stary, dokładnie taki sam jak kiedyś, kiedy jeszcze wszystko między nami opierało się na tym, kto pierwszy ustąpi, tyle że tym razem nie zamierzałem ustępować wcale - w najlepszy możliwy sposób, no, przynajmniej jak na okoliczności…
Usiadłem ciężko w instynktownie wybranym miejscu, rozluźniając się tylko na tyle, na ile pozwalała nam sytuacja i stosunkowo wczesna pora popołudnia, rozciągając nogi pod stołem, jakbym chciał zaznaczyć swoją obecność jeszcze zanim ktokolwiek spróbuje ją podważyć. Przesunąłem spojrzeniem po sali, zanim zatrzymałem je na żonie - niektóre rzeczy się nie zmieniały, niezależnie od tego, czy siedziałem w spelunie na Nokturnie, czy w jakimś egzotycznym, ale równie obskurnym porcie po drugiej stronie świata - stare nawyki nie znikały, szczególnie w miejscach, gdzie jeden błąd mógł kosztować więcej niż tylko dumę. Nie uśmiechnąłem się szeroko, tylko minimalnie, ledwie zauważalnie, widząc sposób, w jaki Pruey zlustrowała krzesło, nim na nim zasiadła.
- Stalam się. Jak widzisz, mam gest. - Odparłem bez większego wysiłku, przenosząc spojrzenie z powrotem na nią. - Nie kaszda piękna pani dostaje landkę w takim miejscu. Wiesz, świece, muzyka, eleganckie towaszystwo. - Przesunąłem dłonią po krawędzi drewnianego blatu, ignorując to, co się do niej lepiło, i oparłem się wygodniej, przyglądając się jej przez chwilę uważniej, splatając dłonie na stole, jakbyśmy naprawdę byli na spokojnej, normalnej randce w przyzwoitym lokalu, a nie w miejscu, gdzie ludzie znikali szybciej, niż zdążono zapamiętać ich twarze. Nieliczni znajdujący się w środku byli dokładnie tacy, jakich można się było spodziewać - zajęci swoimi sprawami, zbyt podejrzliwi, żeby ignorować innych całkowicie, ale też zbyt doświadczeni, żeby szukać problemów tam, gdzie nie było to konieczne. Kilka znajomych twarzy, więcej takich, które lepiej było ignorować - nic, czym warto byłoby się przejmować.
- I? - Rzuciłem krótko, wracając oczami w kierunku ukochanej, jednocześnie skinieniem głowy wskazując na torbę u jej stóp. - To ma byś to, czym plóbujesz mnie pszebiś? - Wrócił ten lekki błysk w spojrzeniu, znajomy, stary, dokładnie taki sam jak kiedyś, kiedy jeszcze wszystko między nami opierało się na tym, kto pierwszy ustąpi, tyle że tym razem nie zamierzałem ustępować wcale - w najlepszy możliwy sposób, no, przynajmniej jak na okoliczności…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)