10.04.2026, 17:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 18:09 przez Brenna Longbottom.)
Rzut na Andersa
– Czyli trochę jak z Dziurawym Kotłem? W sumie ciekawe, nie miałam pojęcia, że w jakimś innym mieście też coś takiego działa…
Brenna chciałaby bardzo, aby świat był innym miejscem. Takim, w którym nie musisz ukrywać swojej twarzy, kiedy nigdy nie zrobiłeś niczego złego i gdzie nagle wszyscy z jakichś przyczyn uznają, że lepiej wspierać terrorystów, bo może wtedy przestaną być terrorystami. Nie mogła jednak zmienić ani całego świata, ani tylko Anglii: mogła wyłącznie starać się, aby w tym wszystkim Dora pozostawała bezpieczna.
Choć ta czapka i rękawiczki miały po prawdzie skrywać nie tylko jej tożsamość, ale też zielone plamy i pędy.
– Prosiłaś, żeby Basilius obejrzał te zzielenienia? – spytała, rzucając jeszcze Dorze spojrzenie, zanim ruszyła w stronę baru. Okazał się bardzo niedużo, ale i nic dziwnego, w końcu czarodziei pewnie ciągnęły zwykle Londyn lub Hogsmeade: choć i tak siedziało w środku przy paru niewielkich stolikach kilka osób. Pora była idealna na takie wizyty.
Rozejrzała się odruchowo, szukając innych wejść, znajomych twarzy. To krótkie rozeznanie zajęło zaledwie kilka sekund, a potem skierowała się prosto do lady. Jeżeli czarodzieje w Manchester faktycznie mieszkali zwykle przy tej ulicy, to istniała spora szansa, że barman go zna albo że wręcz Anders jest stałym bywalcem.
– Dzień dobry. Mamy przesyłkę z zakładu w Londynie do Finnegana Andersa, ale adres na karteczce się zamazał, widzę tylko, że to chyba gdzieś przy tej ulicy… Nie zna pan może tego nazwiska?
Barman obrzucił ją spojrzeniem pełnym powątpiewania, i może by ją zbył… gdyby nie fakt, że wyjątkowo tego wieczora miały trochę szczęścia.
– Ej, Anders! Jakaś przesyłka z Londynu? – zawołał, spoglądając po chwili gdzieś w bok na jednego z mężczyzn, siedzących przy stoliku w kącie.
– Bardzo panu dziękuję – oświadczyła Brenna, obracając się i ruszając do stolika, znad którego wstawał właśnie mężczyzna. I jakby wszechświat odpowiedział na ich wcześniejszą rozmowę, zaiste Anders wyglądał jak żywcem wyjęty z powieści romantycznej: wysoki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy, chyba przed trzydziestką, o chmurnym spojrzeniu.
– Czyli trochę jak z Dziurawym Kotłem? W sumie ciekawe, nie miałam pojęcia, że w jakimś innym mieście też coś takiego działa…
Brenna chciałaby bardzo, aby świat był innym miejscem. Takim, w którym nie musisz ukrywać swojej twarzy, kiedy nigdy nie zrobiłeś niczego złego i gdzie nagle wszyscy z jakichś przyczyn uznają, że lepiej wspierać terrorystów, bo może wtedy przestaną być terrorystami. Nie mogła jednak zmienić ani całego świata, ani tylko Anglii: mogła wyłącznie starać się, aby w tym wszystkim Dora pozostawała bezpieczna.
Choć ta czapka i rękawiczki miały po prawdzie skrywać nie tylko jej tożsamość, ale też zielone plamy i pędy.
– Prosiłaś, żeby Basilius obejrzał te zzielenienia? – spytała, rzucając jeszcze Dorze spojrzenie, zanim ruszyła w stronę baru. Okazał się bardzo niedużo, ale i nic dziwnego, w końcu czarodziei pewnie ciągnęły zwykle Londyn lub Hogsmeade: choć i tak siedziało w środku przy paru niewielkich stolikach kilka osób. Pora była idealna na takie wizyty.
Rozejrzała się odruchowo, szukając innych wejść, znajomych twarzy. To krótkie rozeznanie zajęło zaledwie kilka sekund, a potem skierowała się prosto do lady. Jeżeli czarodzieje w Manchester faktycznie mieszkali zwykle przy tej ulicy, to istniała spora szansa, że barman go zna albo że wręcz Anders jest stałym bywalcem.
– Dzień dobry. Mamy przesyłkę z zakładu w Londynie do Finnegana Andersa, ale adres na karteczce się zamazał, widzę tylko, że to chyba gdzieś przy tej ulicy… Nie zna pan może tego nazwiska?
Barman obrzucił ją spojrzeniem pełnym powątpiewania, i może by ją zbył… gdyby nie fakt, że wyjątkowo tego wieczora miały trochę szczęścia.
– Ej, Anders! Jakaś przesyłka z Londynu? – zawołał, spoglądając po chwili gdzieś w bok na jednego z mężczyzn, siedzących przy stoliku w kącie.
– Bardzo panu dziękuję – oświadczyła Brenna, obracając się i ruszając do stolika, znad którego wstawał właśnie mężczyzna. I jakby wszechświat odpowiedział na ich wcześniejszą rozmowę, zaiste Anders wyglądał jak żywcem wyjęty z powieści romantycznej: wysoki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy, chyba przed trzydziestką, o chmurnym spojrzeniu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.