09.04.2026, 17:49 ✶
Jonathan zdecydowanie nie miał nic przeciwko pokolacyjnemu rozbieraniu, co zaznaczył pełnym aprobaty pomrukiem. Podobnie zresztą nie miał nic przeciwko przedkolacyjnemu rozbieraniu. Natomiast w trakcie kolacji wolałby się raczej nie rozbieraniu, ale to było do przedyskutowania.
Docenił, że Anthony nie ciągnął na razie tematu Zakonnego pytania. Potem, kiedy odpocznie sam zapyta ukochanego o co mu chodziło. Teraz natomiast potrzebował zanurzyć się w świecie, który orbitował wyłącznie wokół palców Tony'ego na jego skórze i wspólnym czasie, gdzie największym problemem było to jakiego olejku użyć w podziemnej łazience. Czy to była już oznaka starości? To że fantazje na temat spokojnego życia z Anthonym powoli jawiły mu się jako kolorowsze, niż marzenia o heroicznych akcjach? A może nie chodziło o starość a miłość, przez którą myślał, że byłoby mu znacznie milej na sercu, gdyby Anthony nazwał go bohaterem za zrobienie mu doskonałej kawy, niż gdyby został tak okrzyknięty przez wszystkie gazety?
A może po prostu był bardzo zmęczony.
Na pewno nie potrafił gardzić komplementami Shafiqa odnośnie jego heroicznych wyczynów.
— Wydaje mi się, że to był Lockhart — mruknął rozmażony, zastanawiając się czy nie prosić Tony'ego, aby mówił dalej jak się czuł widząc go gaszącego pożary. – Natomiast tamtego dnia lśniłeś równie jasno mój drogi. Jesteś bardzo odważny Anthony. Myślę, że chyba powinienem mówić ci to znacznie częściej.
Stare małżeństwo... Hah... Chyba rzeczywiście tak było.
– Widzisz... Mówiłem ci że te wszystkie dekady przyjaźni były po coś nam potrzebne. – Uśmiechnął się na jego słowa, a potem uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy jego serce, znane również jako Anthony Shafiq, położyło się obok niego i zamknęło go w czułym objęciu.
– Ja też kocham... Kocham, zasypiać obok ciebie mój drogi – wyszeptał sennie, delikatnie muskając palcami policzek drugiego mężczyzny. – Nie zrozum mnie źle, zdecydowanie bardziej uwielbiam być przy tobie przytomny, ale kocham świadomość tego, że na przynajmniej te kilka godzin mogę cię mieć nieprzerwanie w swoich objęciach. – Jak za sprawą uroku, powieki Selwyna stawały się coraz cięższe, a słowa nieco mniej przemyślane. – Kocham, że jesteśmy wtedy sami. Że nikt nam nie przeszkadza. Że mogę cię całować na dobranoc. Kocham cię Anthony. – Zamknął oczy i wtulił się w drugiego mężczyznę. Sen powoli ogarniał go całego, zamraczał umysł słodką mgłą, przez którą nie liczyło się nic innego niż ciepłe objęcie ramion czarodzieja. – Stare małżeństwo... – wymamrotał nieprzytomnie, a przez jego twarz przemknął senny uśmiech. – Hah... Zobaczysz. Kiedyś będziemy starym małżeństwem, bo nie wiem jeszcze jak ale kiedyś za ciebie wyjdę.
I z tą obietnicą zasnął.
Docenił, że Anthony nie ciągnął na razie tematu Zakonnego pytania. Potem, kiedy odpocznie sam zapyta ukochanego o co mu chodziło. Teraz natomiast potrzebował zanurzyć się w świecie, który orbitował wyłącznie wokół palców Tony'ego na jego skórze i wspólnym czasie, gdzie największym problemem było to jakiego olejku użyć w podziemnej łazience. Czy to była już oznaka starości? To że fantazje na temat spokojnego życia z Anthonym powoli jawiły mu się jako kolorowsze, niż marzenia o heroicznych akcjach? A może nie chodziło o starość a miłość, przez którą myślał, że byłoby mu znacznie milej na sercu, gdyby Anthony nazwał go bohaterem za zrobienie mu doskonałej kawy, niż gdyby został tak okrzyknięty przez wszystkie gazety?
A może po prostu był bardzo zmęczony.
Na pewno nie potrafił gardzić komplementami Shafiqa odnośnie jego heroicznych wyczynów.
— Wydaje mi się, że to był Lockhart — mruknął rozmażony, zastanawiając się czy nie prosić Tony'ego, aby mówił dalej jak się czuł widząc go gaszącego pożary. – Natomiast tamtego dnia lśniłeś równie jasno mój drogi. Jesteś bardzo odważny Anthony. Myślę, że chyba powinienem mówić ci to znacznie częściej.
Stare małżeństwo... Hah... Chyba rzeczywiście tak było.
– Widzisz... Mówiłem ci że te wszystkie dekady przyjaźni były po coś nam potrzebne. – Uśmiechnął się na jego słowa, a potem uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy jego serce, znane również jako Anthony Shafiq, położyło się obok niego i zamknęło go w czułym objęciu.
– Ja też kocham... Kocham, zasypiać obok ciebie mój drogi – wyszeptał sennie, delikatnie muskając palcami policzek drugiego mężczyzny. – Nie zrozum mnie źle, zdecydowanie bardziej uwielbiam być przy tobie przytomny, ale kocham świadomość tego, że na przynajmniej te kilka godzin mogę cię mieć nieprzerwanie w swoich objęciach. – Jak za sprawą uroku, powieki Selwyna stawały się coraz cięższe, a słowa nieco mniej przemyślane. – Kocham, że jesteśmy wtedy sami. Że nikt nam nie przeszkadza. Że mogę cię całować na dobranoc. Kocham cię Anthony. – Zamknął oczy i wtulił się w drugiego mężczyznę. Sen powoli ogarniał go całego, zamraczał umysł słodką mgłą, przez którą nie liczyło się nic innego niż ciepłe objęcie ramion czarodzieja. – Stare małżeństwo... – wymamrotał nieprzytomnie, a przez jego twarz przemknął senny uśmiech. – Hah... Zobaczysz. Kiedyś będziemy starym małżeństwem, bo nie wiem jeszcze jak ale kiedyś za ciebie wyjdę.
I z tą obietnicą zasnął.
Koniec sesji