Śpiew selki potrafił wiele.
Łudzące wizje ściągające żeglarzy na ostre skały, piękne wizje pozwalające zapodzianym na klifom wędrowcom zmierzać wprost ku objęciom śmierci, gdy omamieni urokiem śpiewu nie zauważali końca swojej ścieżki.
Dla badaczy, śpiew okazał się wybawieniem.
To nie była cisza, nie mogła nią być. To był poszum oceanu i spokój dawany przez jego głębię, miarowy ruch spokojnego serca znajdującego się po środku ukochanego przez śpiewającą oceanu.
Pieśń Brynji wyparła z umysłów intruzów słowa sieciarki, pieśń dała jakąkolwiek możliwość działania, choć… wszystko stało się głębiną i potrzebowali chwili by ogarnąć, że mogą w tej wizji oddychać. Ciemność oceanu. Przemykające ławice. Kryjące się na granicy widzenia niespieszne cielska waleni.
I ona. Latarnia, onyksowa podłoga z własnym ciężarem i grawitacją ściągającą ich do osi przeznaczenia. Ona - mimo wszystko - nie zniknęła, wraz ze swoim własnym, niekoniecznie morskim sercem.
Starucha podniosła pokryte bielmem oczy na Henry’ego próbującego stworzyć wokół niej bańkę, zaraz potem ruch Ceolsige obrócił głowę ku blondynce. Jej twarz powoli przestała tkać słowa, palce zamarły w połowie ruchu a szczęka zaczęła się rozwierać… i rozwierać… i rozwierać… aż niemal opadła na wysokość klatki piersiowej, wciąż będąc przyczepioną do głowy, w nienaturalnym rozciągnięciu przynosząc odkształcony zgryzotą wrzask. Złowieszczy skrzek z poleceniem. Pulsujące sieci zadrżały i uniosły się, wyrywając częściowo z podłogi, bryzgając półprzezroczystym śluzem, jak krwią z zerwanej żyły. A potem… sieci wyruszyły na łowy by pochwycić pasożyty, które zakradły się na szczyt budowli, by przerwać coś, co nie mogło być przerwane.
Łudzące wizje ściągające żeglarzy na ostre skały, piękne wizje pozwalające zapodzianym na klifom wędrowcom zmierzać wprost ku objęciom śmierci, gdy omamieni urokiem śpiewu nie zauważali końca swojej ścieżki.
Dla badaczy, śpiew okazał się wybawieniem.
To nie była cisza, nie mogła nią być. To był poszum oceanu i spokój dawany przez jego głębię, miarowy ruch spokojnego serca znajdującego się po środku ukochanego przez śpiewającą oceanu.
Pieśń Brynji wyparła z umysłów intruzów słowa sieciarki, pieśń dała jakąkolwiek możliwość działania, choć… wszystko stało się głębiną i potrzebowali chwili by ogarnąć, że mogą w tej wizji oddychać. Ciemność oceanu. Przemykające ławice. Kryjące się na granicy widzenia niespieszne cielska waleni.
I ona. Latarnia, onyksowa podłoga z własnym ciężarem i grawitacją ściągającą ich do osi przeznaczenia. Ona - mimo wszystko - nie zniknęła, wraz ze swoim własnym, niekoniecznie morskim sercem.
Starucha podniosła pokryte bielmem oczy na Henry’ego próbującego stworzyć wokół niej bańkę, zaraz potem ruch Ceolsige obrócił głowę ku blondynce. Jej twarz powoli przestała tkać słowa, palce zamarły w połowie ruchu a szczęka zaczęła się rozwierać… i rozwierać… i rozwierać… aż niemal opadła na wysokość klatki piersiowej, wciąż będąc przyczepioną do głowy, w nienaturalnym rozciągnięciu przynosząc odkształcony zgryzotą wrzask. Złowieszczy skrzek z poleceniem. Pulsujące sieci zadrżały i uniosły się, wyrywając częściowo z podłogi, bryzgając półprzezroczystym śluzem, jak krwią z zerwanej żyły. A potem… sieci wyruszyły na łowy by pochwycić pasożyty, które zakradły się na szczyt budowli, by przerwać coś, co nie mogło być przerwane.