Leviathan nigdy nie posiadał złudzeń co do tego, jak się prezentował. Nigdy też nie zabiegał o to, by pełnić reprezentatywną rolę czegokolwiek, ale niestety ta przypadła mu z urodzenia, jako pierworodnemu synowi czarodzieja, który pochodził z czystokrwistego rodu z długą, wielopokoleniową tradycją. Wygląd nie był wszystkim, ale zdecydowanie w życiu pomagał; gdyby odjąć Leviemu łuski i oczy, przywrócić je do normalności, to pewnie można by bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że był przystojny. Może nie tak... pięknolicy, jak Elliott Malfoy, bo należeli do dwóch różnych kategorii ludzi, ale tkwiąca w Rowle'u drapieżność pozostawałaby na tyle subtelna, że działałaby magnetycznie. A tak straszyła już na pierwszy rzut oka.
Może gdyby był rozsądniejszy, już dawno zacząłby napędzać narrację, że za ciążącą nad jego rodem klątwą, stał nie kto inny jak jakiś mugolak. Ktoś, kto sprzeniewierzał się tradycjom i zwyczajom czarodziejskim. Ktoś, kto chciał zniszczyć dobre rodziny, a przez to był zdolny do takich okropności jak wypaczanie ludzkiego oblicza. Nie miał na to do tej pory czasu czy głowy, ale może nie był to taki zły pomysł. Szczególnie w aktualnych nastrojach.
Rowle z pewnym bólem, ale zostawił swojego pupila w domu. Do kancelarii pani Mulciber nigdy nie przychodził ze smoczognikiem czy innym stworzeniem, szanując zasady jakie w tym miejscu panowały. Podobał mu się też wystrój, o jaki dbała Philomena. Czuło się, że miało się odpowiednią osobę na odpowiednim stanowisku. Kogoś, komu zależało.
Nie miał niestety świadomości, ze jakiś czas temu przed mecenas Mulciber gnieździł się Martes i rozpoczynał rozmowę w podobnym do niego tonie. Może wtedy spróbowałby podejść do tematu nieco inaczej - może, bo chyba sam nie byłby pewien, czy w ogóle obchodziło go na ile Philomena mogła się domyślać tutaj pewnych powiązań. Bardziej pewnie martwiłoby go, czy nie pojawił się tutaj na darmo, do kogoś komu wiadoma oferta została już złożona.
- Czyli wiedziona była pani niczym więcej jak dobroć serca i słuszność sprawy? - upewnił się, próbując jakoś utrzymać się na powierzchni mądrych słów, których używała tak łatwo, jakby było to dla niej powietrze. Rozumiał, przecież nawet jeśli Rowle'owie jako rodzina zajmowali się zwierzętami, to nie żyli pod kamieniem ani tez słoma nie wystawała im z butów. Piękne, kwieciste słówka uznawał jednak zazwyczaj za stratę czasu.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast