03.04.2026, 08:42 ✶
– Och, rozmowa… nie ucieknie – powiedziała Anelise z wyraźnym niezadowoleniem, spoglądając za synem. Nie zamierzała krzyczeć na środku jednej z głównych sal Domu Mody ani próbować zatrzymać Christophera siłą, ale jej słowa zabrzmiały niemalże złowieszczo i jasno pokazywały, że zamierzała jeszcze znaleźć sposób na to, aby pogawędzić ze swoim dzieckiem.
Christhoper, po prawdzie, zapomniał o sowie. A nawet gdyby pamiętał, i tak machnąłby na to ręką, bo wiedział, że kazał zająć się nią jednej z asystentek: dziewczyna na pewno będzie o tym pamiętała, kiedy już upora się z Cressidą. Nie odpowiedział i na słowa Victorii odnośnie tego, że to raczej nie Avery, trochę pełen obawy, co takiego padnie z jego ust: może zacznie przeklinać? Nie żeby nigdy nie zdarzało mu się zakląć, ale na pewno nie robił tego w sali dostępnej dla klientów, i przy własnej matce.
– Piłem kawę – powiedział, nawet te słowa wypowiadając z jakąś ostrożnością, jakby obawiał się, że powie coś zupełnie innego niż zamierzał. Nie potrafił dopasować kluczowa swojego zachowania do tego, co się działo. Nadmierna szczerość, zniesienie hamulców, absolutne zapomnienie o dobrych manierach? Ani nie natknął się wcześniej na tego poltergeista, ani nie miał wielkiej styczności z klątwami.
Zatrzymał się i spojrzał na tę sukienkę, wciąż przewieszoną przez ramię, trochę nieprzytomnym wzrokiem. Ostatecznie ściągnął ją i powstrzymał odruch ciśnięcia w kąt: pokazał się już z wystarczająco złej strony, a znając jego dzisiejsze szczęście, jakaś klientka weszłaby akurat w chwili, w której zacząłby rzucać ubraniami. Ledwo to pomyślał i zaczął po prostu składać sukienkę – ruchami nieco nerwowymi, ale wprawnymi – drzwi otworzyły się i do środka weszła starsza czarownica, którą Victoria mogła kojarzyć jako daleką krewną ze strony Parkinsonów.
Na całe szczęście, pracownice zdążyły już zebrać z podłogi ubrania, i choć atmosfera była wyczuwalnie nerwowa, to jedynym, co mocno odbiegało od normy, był fakt, że jedna z kobiet właśnie kończyła poprawiać chwiejący się nieco wieszak. Rosier jednak i tak zamknął oczy, powtarzając sobie, że mogło być gorzej. To mogła być matka Victorii.
– Dzień dobry, byłam umówiona na przymiarki…
– Proszę za mną, pani Parkinson, zanim pracownica będzie wolna, zajmę się panią osobiście – powiedziała pani Rosier, rzucając synowi ostatnie, uważne spojrzenie.
– Klątwołamacz. Powinienem iść do klątwołamacza. Możemy porozmawiać po prostu… później? – mruknął on tymczasem do Lestrange, obiecując sobie, że wyznaczy nagrodę za dorwanie tego wstrętnego poltergeista.
Christhoper, po prawdzie, zapomniał o sowie. A nawet gdyby pamiętał, i tak machnąłby na to ręką, bo wiedział, że kazał zająć się nią jednej z asystentek: dziewczyna na pewno będzie o tym pamiętała, kiedy już upora się z Cressidą. Nie odpowiedział i na słowa Victorii odnośnie tego, że to raczej nie Avery, trochę pełen obawy, co takiego padnie z jego ust: może zacznie przeklinać? Nie żeby nigdy nie zdarzało mu się zakląć, ale na pewno nie robił tego w sali dostępnej dla klientów, i przy własnej matce.
– Piłem kawę – powiedział, nawet te słowa wypowiadając z jakąś ostrożnością, jakby obawiał się, że powie coś zupełnie innego niż zamierzał. Nie potrafił dopasować kluczowa swojego zachowania do tego, co się działo. Nadmierna szczerość, zniesienie hamulców, absolutne zapomnienie o dobrych manierach? Ani nie natknął się wcześniej na tego poltergeista, ani nie miał wielkiej styczności z klątwami.
Zatrzymał się i spojrzał na tę sukienkę, wciąż przewieszoną przez ramię, trochę nieprzytomnym wzrokiem. Ostatecznie ściągnął ją i powstrzymał odruch ciśnięcia w kąt: pokazał się już z wystarczająco złej strony, a znając jego dzisiejsze szczęście, jakaś klientka weszłaby akurat w chwili, w której zacząłby rzucać ubraniami. Ledwo to pomyślał i zaczął po prostu składać sukienkę – ruchami nieco nerwowymi, ale wprawnymi – drzwi otworzyły się i do środka weszła starsza czarownica, którą Victoria mogła kojarzyć jako daleką krewną ze strony Parkinsonów.
Na całe szczęście, pracownice zdążyły już zebrać z podłogi ubrania, i choć atmosfera była wyczuwalnie nerwowa, to jedynym, co mocno odbiegało od normy, był fakt, że jedna z kobiet właśnie kończyła poprawiać chwiejący się nieco wieszak. Rosier jednak i tak zamknął oczy, powtarzając sobie, że mogło być gorzej. To mogła być matka Victorii.
– Dzień dobry, byłam umówiona na przymiarki…
– Proszę za mną, pani Parkinson, zanim pracownica będzie wolna, zajmę się panią osobiście – powiedziała pani Rosier, rzucając synowi ostatnie, uważne spojrzenie.
– Klątwołamacz. Powinienem iść do klątwołamacza. Możemy porozmawiać po prostu… później? – mruknął on tymczasem do Lestrange, obiecując sobie, że wyznaczy nagrodę za dorwanie tego wstrętnego poltergeista.